Fot. Jochen Haar / Scott Sports

Jakiś czas temu w NaSzosie opublikowany został tekst Leszka Sibilskiego, przedstawiający rower jako “maszynę wolności”. Jego autor jest byłym kolarzem, a obecnie profesorem socjologii i konsultantem Banku Światowego. Ustanowiony przez ONZ i obchodzony 3 czerwca Światowy Dzień Roweru to właśnie dzieło profesora Sibilskiego.

Analizując rolę roweru w ruchach wolnościowych na całym świecie autor raczej wie, o czym mówi. Rzecz ma się podobnie, gdy prezentuje znaczenie tego popularnego środka lokomocji jako rozwiązania pozwalającego ludziom na pokonywanie rozmaitych barier logistycznych i komunikacyjnych. Określenie “maszyna wolności” doceni też zapewne każdy, kto choć raz doświadczył uczucia swobody, jaką daje pokonanie rowerem długiej trasy.

Niestety, profesor Sibilski prawdopodobnie nie wziął pod uwagę dwóch rzeczy. Po pierwsze tego, że pokonanie owych logistycznych barier zdaje się być łatwiejsze od pokonania ograniczeń, jakie wielu użytkowników rowerów ma w głowach. A po drugie faktu, że wolność docenia się na ogół tylko tam, gdzie jej brakuje.

Okazuje się bowiem, że istnieją miejsca, w których korzystając z własnej swobody wolnością drugiego człowieka się zwyczajnie gardzi. Jedno z nich jest – niestety – położone między Bugiem a Odrą. W ojczyźnie twórcy Światowego Dnia Roweru.

Trudno o inną refleksję, gdy się spojrzy na komentarze pod zwykłą informacją o nowej elektrycznej szosówce. Nie pierwszą zresztą i zapewne nie ostatnią, bo jest to trend, którego popularność w wielu miejscach świata sukcesywnie rośnie i prawdopodobnie wciąż rosnąć będzie. Technologia idzie do przodu, tego typu rowery stają się więc coraz bardziej dostępne. I nie byłoby w tym zupełnie nic szokującego, gdyby nie całkowicie niezrozumiała niechęć, z jaką się owo rozwiązanie spotyka wśród innych użytkowników rowerów.

Trochę to śmieszne, a trochę straszne. Pomijam już stan ducha kogoś, kto ma za złe redakcji serwisu sam fakt publikacji tego typu informacji. Nad okrzykiem “To hańba! To jest udawanie kolarzy przez zwykłych rowerzystów!” również można się z politowaniem uśmiechnąć. A może nawet roześmiać w głos, gdy sobie człowiek uświadomi, że przecież nie pisze tego “prawdziwy kolarz”, ale ktoś, kto go od czasu do czasu udaje.

Ale wbrew pozorom sprawa jest o wiele poważniejsza, niż wyłaniająca się z tych wynurzeń karykatura polskich “velominatów”.

Wsiadając na rower domagamy się traktowania na równi z innymi uczestnikami ruchu. Oczekujemy poszanowania naszej wolności i dokonanego przez nas wyboru, bo przecież sami zdecydowaliśmy o sposobie, w jaki przemieszczamy się z miejsca na miejsce. Domagamy się szacunku od innych użytkowników dróg i respektowania pełni przysługujących nam praw, z prawem do przynajmniej metra odstępu przy wyprzedzaniu na czele. Żądamy wyrazów uznania już za sam fakt, że wsiedliśmy na rower.

Co dajemy w zamian? Skrajną pogardę dla tych, którzy mają czelność skorzystać z możliwości, jaką niesie im nowoczesność. Dla ludzi, którzy być może nie mieliby szansy po raz kolejny wsiąść na rower lub po prostu cieszyć się jazdą nim dłużej.

Większą frajdę miałbyś jeżdżąc o własnych siłach” – napisał mi ktoś w odpowiedzi na próbę obrony ludzi korzystających z “elektryków”. Nie bardzo rozumiem, na jakiej podstawie ktokolwiek miałby decydować za mnie, z czego ja będę miał większą frajdę, a z czego nie. To mój wybór, moja frajda i moja wolność. Nikt nie ma prawa mówić drugiej osobie, co będzie dla niej lepsze i z jakiego powodu.

Domagasz się szacunku dla swoich wyborów? Szanuj wybory innych. Boli cię, że ktoś dzięki wspomaganiu będzie miał lepszy wynik na Stravie? Może przestań korzystać ze Stravy? Przecież na każdym kroku deklarujesz, że jeździsz wyłącznie dla siebie. Nie chcesz się ścigać z jeżdżącymi na “elektrykach”? To się nie ścigaj. Ale nie próbuj im mówić, co mają robić, żeby przypadkiem twoje ego na tym nie ucierpiało. Wolnoć Tomku na swoim rowerku. Nie lubisz “elektryków”? To ich sobie nie kupuj. Nikt cię do jazdy na nich nie zmusza.

Ten skrajny egoizm, który demonstrujemy wobec wszystkich niepodzielających naszej pasji w takim samym stopniu, na koniec dnia uderzy w nas samych. Postponując i wykluczając z kolarskiej społeczności użytkowników rowerów z elektrycznym wspomaganiem spychamy ich na siłę do niszy, zamiast zachęcić do tego, by jak najczęściej i jak najliczniej korzystali z dróg, na których – jak wciąż narzekamy – miejsca jest dla nas ciągle za mało.

Może wprowadźmy kolejne zakazy dla “nieprawdziwych” kolarzy? Może rozkażmy zostać w domu wszystkim, którzy 5-procentowe wzniesienie pokonują na małej tarczy? Może oni też nie powinni mieć prawa nazywać się kolarzami? Wyrzućmy z szosy wszystkich używających na co dzień oświetlenia, bo to przecież także nie jest zgodne z zasadami “velominatów”. I może na dokładkę również jeżdżących w kolorowych skarpetkach? Kierowcy się z pewnością ucieszą.

“Zero szacunku dla takich ludzi” – pisze o użytkownikach “elektryków” urażony do żywego anonim, bo go jakiś koleś śmiał objechać na podjeździe. Widać jego życie tak bardzo straciło wówczas na znaczeniu, że postanowił odmówić prawa do korzystania z szosy wszystkim, którzy być może nie mają już wystarczająco wiele siły, by móc się cieszyć jazdą wyłącznie dzięki własnym mięśniom. “Niech zostanie w domu, jak nie ma siły pedałować” – spieszy z dobrą radą ktoś inny, kto z pewnością już do końca życia będzie piękny i młody.

Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem, “kolarze”. Był to zaiste popis godny ludzi dosiadających “maszyn wolności”. Aż się prosi, by dodać: “i bezgranicznej miłości własnej”.