fot. Wikimedia Commons

22 czerwca 1951, w walce o zwycięstwo na królewskim etapie Tour de Suisse liczy się już tylko dwóch kolarzy. Daleko, niemal 10 minut za nimi jedzie Włoch – Alfredo Martini. Do mety w Davos pozostało już tylko kilkanaście kilometrów, więc wiadomo, że to któryś z nich dojedzie do niej jako pierwszy. Nietrudno rozpoznać, co to za jedni. Pierwszy z nich jedzie bardzo płynnie. Każdy jego ruch cechuje niesłychana harmonia, co doskonale pasuje do jego sylwetki, która równie dobrze mogłaby należeć do modela – to oczywiście “le Pedaleur de Charme” – Hugo Koblet. Kolarz jadący tuż za nim, to jego kompletne przeciwieństwo – elementem jego twarzy, który najmocniej rzuca się w oczy są: spiczasty nos i mocno zaciśnięte zęby. W jego ruchach nie widać ani krzty elegancji – jedynie niesłychaną siłę, to może być tylko “Pedałujący Szaleniec” – Ferdi Kubler.

Kilka kilometrów dalej, na ostatnim podjeździe Koblet zaatakował i zostawił za sobą rodaka. Po chwili, gdy zobaczył, że meta jest już całkiem blisko, a Kubler daleko na nim, postanowił zrobić to co zawsze w takich sytuacjach. Zwolnił, by się uczesać i dobrze wyglądać na zdjęciach z linii mety.

Rzeczywiście, te jak zwykle wyszły wspaniale. Nie załapał się na nie Kubler, który ukończył przedostatni etap 58 sekund po Koblecie. Przegrał bitwę, ale wygrał wojnę. Dzień wcześniej aż o 8 minut pokonał swojego rywala, który aż siedmiokrotnie łapał gumę na podjeździe pod l’Oberalp. Po raz trzeci wygrał Tour de Suisse.

Król podczas wojennej zawieruchy

Dla Kublera był to ostatni wyścig wieloetapowy wygrany we własnym kraju. Aż trzykrotnie wygrywał Tour de Suisse, a w Tour de Romandie triumfował dwa razy. W Szwajcarii generalnie czuł się jak ryba w wodzie. Blisko 50 spośród swoich 70 profesjonalnych zwycięstw odniósł w tym alpejskim państwie.

A wszystko zaczęło się w 1940 roku. Choć na świecie trwała wówczas wojna, to kraj Helwetów zdołał zachować neutralność. Jednym z dobrodziejstw takiego stanu rzeczy było to, że kolarstwo spokojnie mogło się rozwijać. Powstał nawet nowy wyścig – a Travers a Lausanne (którego historię opisywaliśmy tydzień temu). Impreza była dość mocno obsadzona. Na liście startowej znaleźli się m.in: Robert Zimmermann – ubiegłoroczny zwycięzca Tour de Suisse, 23-letnia nadzieja szwajcarskiego kolarstwa – Robert Lang, a także kilku przybyszów z zagranicy.

A jednak to właśnie mający zaledwie 21 lat Kubler okazał się najlepszy. Drugiego Floriana Vacheura pokonał o 12 sekund, ale jego przewaga nad pozostałymi była znacznie większa. Wszyscy kolarze spoza pierwszej “5” stracili do niego ponad minutę, a dziesiąty Edouard Heinmann był od niego wolniejszy o 2 minuty, a to wszystko na zaledwie 4,5-kilometrowej czasówce!

To była dopiero zapowiedź dalszych sukcesów. Do końca 1945 roku młody kolarz jeszcze trzykrotnie zdołał wygrać wyścig w Lozannie, a do tego dołożył triumfy w pozostałych najważniejszych szwajcarskich imprezach kolarskich – Zuri Metzgete, Tour du Nord-Ouest i przede wszystkim Tour de Suisse. Nowy, powojenny świat witał jako zdecydowanie najlepszy kolarz wśród Helwetów ich nadzieja na to, by wreszcie któryś z ich rodaków sięgnął jakiś duży międzynarodowy triumf – pierwszy od lat 20. i czasów Heiriego Sutera.

Początek rywalizacji

Niestety, w 1946 roku wciąż ciężko było o wyjazd za granicę. Europa była w żałobie, a panujące wokół zamieszanie utrudniało organizację trwających wiele dni imprez. Walkę o przejęcie organizacji Tour de France z rąk zamkniętego w czasie wojny l’Auto walkę toczyło kilka gazet. Ostatecznie wygrało ją L’Equipe, której Wielką Pętlę udało się zaplanować dopiero na 1947 rok. 

Zanim jednak kolarz, którego ze względu na świetne wyniki i spiczasty nos zaczęto nazywać “Orłem z Adliswil” dostał okazję, by w wieku 28 lat w końcu zadebiutować w największym wyścigu na świecie, musiał przygotować odpowiednią formę. Wystąpił więc w Zuri Metzgete i nowym wyścigu w kolarskim kalendarzu – Tour de Romandie.

To właśnie tam po raz pierwszy spotkał Hugo Kobleta. Młody, zaledwie 22-letni kolarz kilka tygodni wcześniej zajął 3. miejsce w Zurych-Lozanna, gdzie na pokonanym polu pozostawił m.in Roberta Langa i Gino Bartaliego. Jednak w Romandii nie zrobił na nikim większego wrażenia. W klasyfikacji generalnej zajął miejsce w trzeciej dziesiątce, a swój najlepszy występ etapowy zanotował trzeciego dnia ścigania, gdy zajął 4. pozycję.

Kubler również musiał obyć się smakiem na zwycięstwo w Romandii – to przypadło Desiremu Keteleerowi, ale 3. miejsce było dobrym prognostykiem przed Tour de France. Szwajcar jechał tam z wielkimi nadziejami i po części udało mu się je spełnić. Wygrał dwa etapy, przez jeden dzień nosił koszulkę lidera wyścigu, ale już po tygodniu zrezygnował z powodu olbrzymiego zmęczenia.

Do ścigania wrócił w sierpniu na Tour de Suisse. Tym razem trafił na znacznie lepiej dysponowanego Kobleta. Na inaugurującej wyścig 88-kilometrowej czasówce młodszy ze Szwajcarów odniósł swoje pierwsze zwycięstwo, a Kubler zajął 2. miejsce. Obaj pokonali m.in Fausto Coppiego i Gino Bartaliego – duet, który tuż przed i tuż po wojnie rozpalał wyobraźnię włoskich kibiców. Tifosi byli podzieleni na dwa obozy- jeden całym sercem był za “Il Campionissimo”, drugi za “Świętym Gino”.

Ogień i woda

Szybko okazało się, że podobną moc mieli Koblet i Kubler. Byli idealnym materiałem na to, by stać się szwajcarską odpowiedzią na tych dwóch świetnych kolarzy. Obaj urodzili się w Zurychu i mieli bardzo podobne nazwiska, ale zdecydowanie więcej ich różniło.

Pierwszy pochodził z klasy średniej. Gdyby nie został kolarzem, mógłby spokojnie przejąć piekarnię od matki. Poza tym w wieku 16 lat rozpoczął pracę w Belmagu – producencie latarni i przedmiotów ze stali i cyny. Gdyby poszedł dalej w tym kierunku, z pewnością byłby w stanie żyć na przyzwoitym poziomie.

Kubler nie miał tego luksusu. Był jednym z piątki rodzeństwa, jego rodzina chodziła głodna, a on dość szybko zakończył swoją edukację. Na domiar złego, gdy miał 18 lat jego matka zginęła w wypadku, w którym uczestniczyła jako… rowerzystka. A jednak Ferdi, mimo oporów ojca właśnie z tym środkiem transportu postanowił związać swoją przyszłość.

Walczyłem o jedzenie, o lepsze życie. Marzyłem o zwycięstwie w Tour de France, ponieważ wiedziałem, że dzięki niemu już nigdy nie będę biedny

– wspominał po latach.

Kublera interesowało tylko kolarstwo – Koblet był kobieciarzem. Kubler bazował na pracy i sile woli – Koblet na talencie. Kubler jeździł brzydko – Koblet potrafił atakować w najbardziej niespodziewanych momentach, a jego piękny styl sprawiał, że francuscy dziennikarze posądzali o pokrewieństwo z Apollem. Tych różnic było tak wiele, że nie sposób je wszystkie wymienić, najczęściej w zależności od grupy społecznej, do której należeli, ludzie stawali się Kobletystami lub Kublerystami.

Ferdi był ulubieńcem zwykłych ludzi. Odzwierciedlał wszystkie cnoty i przywary Helwetów. Każdy mógł rozpoznać w nim samego siebie. Z kolei Hugo był taki… nieszwajcarski. Beztroski, dobrze wychowany, hojny, o otwartym umyśle. Zawsze był poza takimi rzeczami jak szczęście czy nieszczęście, a to podobało się miejskiej młodzieży, która czuła, że Szwajcaria zaczyna robić się dla niej zbyt ciasna

– pisał o ich rywalizacji szwajcarski dziennikarz – Hanspeter Born. 

Pokonać Bartaliego

Najlepsze lata obu panów przypadły na początek lat 50. Nową dekadę lepiej rozpoczął Koblet. “Potomek Apolla” pokonał swojego wielkiego rywala na trasie Tour de Romandie. Niestety, wyścigu i tak nie wygrał – zwycięstwo padło łupem drugiego kolarza pierwszego powojennego Tour de France – Edouarda Fachleitnera. Kubler przegrał jeszcze z Kleberem Piotem i zajął dopiero 4. miejsce.

Dla obu panów było to jednak ledwie przygotowanie przed Giro d’Italia, w którym mieli zadebiutować. Tamten wyścig od razu rozpoczął się mocnym uderzeniem Szwajcara, tyle że nie był nim ani Koblet, ani Kubler, a Fritz Schar, który był drugi na 2. etapie i został nowym liderem wyścigu. 

Koblet rozpoczął swoje show dopiero na 6. etapie, kończącym się w Locarno, a więc w Szwajcarii. Zaatakował w swoim stylu, zdobył dużą, blisko dwuminutową przewagę nad rywalami. Choć nie był liderem, to zdecydowanie wyprzedzał najgroźniejszych rywali w klasyfikacji generalnej – Coppi tracił do niego 1 minutę i 40 sekund, a Bartali jeszcze więcej.

Dwa dni później Szwajcar potwierdził swój status najlepszego kolarza wyścigu, przejmując różową koszulkę. Przed wyścigiem to Kubler był uważany za zawodnika, który ma większe szanse na wysoką lokatę, ale odkąd Koblet przejął Maglia Rosa, mówiło się już tylko o nim. 13 czerwca stał się pierwszym zwycięzcą Giro spoza Półwyspu Apenińskiego.

Pokonał Bartaliego, a pokonałby pewnie i Coppiego, gdyby nie to, że ten po kraksie na 9. etapie złamał miednicę i musiał wycofać się z wyścigu. To wydarzenie pozostawiło jedyną rysę na tamtym zwycięstwie, z czego zdawał sobie sprawę sam Koblet, który po wygranym wyścigu powiedział w rozmowie z La Stampą:

Bardzo bym się cieszył, gdyby Coppi ukończył wyścig. Nie żałowałbym nawet wtedy, gdyby okazałby się ode mnie lepszy.

Mimo wszystko trudno było umniejszać jego zwycięstwu. Wygrał pewnie, z pięciominutową przewagą nad drugim kolarzem i wątpliwe, by Il Campionissimo byłby w stanie nawiązać z nim równorzędną walkę – przed pechowym 9. etapem tracił do niego 3 minuty.

Szwajcarzy dominują w Tour de France 

Kubler zajął w tamtym wyścigu “dopiero” 4. miejsce – stracił 4 sekundy do trzeciego w wyścigu Martiniego. Jednak i on miał w tamtym sezonie swoje chwile chwały – nawet większe niż Koblet. Jego rodak zdominował Giro d’Italia – on zrobił to samo podczas Tour de France.

Miał nieco łatwiej. W wyścigu nie uczestniczyli Koblet oraz Coppi, który wciąż odczuwał skutki kontuzji miednicy, a ci rywale, którzy stanęli na liście startowej, wypadali jeden po drugim. Najpierw z wyścigu wycofali się Włosi (a więc m.in Magni i Bartali), którzy byli oburzeni tym, jak są traktowani przez francuskich kibiców (więcej o zachowaniu Francuzów podczas tamtego wyścigu możecie przeczytać w tekście o Stanie Ockersie), a później w kraksie ucierpieli Bobet i Geminiani. Na placu boju został jedynie Ockers – kolarz bardzo solidny, ale raczej nie na zwycięstwo w Tour de France. Dlatego to, że “Orzeł z Adliswil” wywalczył sobie dziewięciominutową przewagę nad resztą stawki raczej nie mogło nikogo dziwić.

Tuż przed kolejną Wielką Pętlą można było mieć nadzieję, że walka będzie bardziej zacięta. Swój udział zaplanowali zarówno Coppi, jak i Bartali, a także cała rzesza gwiazd kolarstwa spoza Półwyspu Apenińskiego. Szczególnie dobrze zapowiadała się walka między Kobletem a tym pierwszym – już od pierwszego wielkotourowego zwycięstwa “Le Pedaleur de Charme” ludzie oczekiwali ich konfrontacji.

Niestety, na tydzień przed imprezą sprawy mocno się pokomplikowały. Na finiszu Giro del Piemonte w groźnej kraksie ucierpiał Serse Coppi – brat “Il Campionissimo”. Szybko przewieziono go do szpitala, ale niestety nie udało się go uratować. Zmarł na rękach Fausto, co mocno odbiło się na psychice Włocha i już po kilku etapach Giro okazało się, że nie jest sobą.

Natomiast Koblet był w życiowej formie, więc zdominował Tour jeszcze bardziej niż jego rywal rok wcześniej. Najbardziej pamiętny był jego występ na 11. etapie, gdzie zaatakował na 135 kilometrów przed metą. 70 kilometrów później, gdy jego przewaga oscylowała wokół 3 minut w pogoń za nim ruszyli wszyscy możni tego wyścigu – Ockers, Bartali, Bobet, Robic, Ockers, Magni i Geminiani. Jednak ich wysiłki nie zdały się na nic, a Koblet powiększył tylko swoją przewagę i na metę wjechał 3 minuty i 35 sekund przed resztą. 

W tamtej edycji Szwajcar wygrał łącznie 5 etapów, a jego przewaga na koniec wyścigu nie pozostawiała żadnych złudzeń, kto był najlepszym kolarzem – różnica między nim, a 2. Geminianim wyniosła 22 minuty, a już 5. Stan Ockers stracił do niego ponad pół godziny.

Zmierzch szwajcarskich bogów

Później Koblet miał tak naprawdę jeszcze jedną szansę na wielkotourowy triumf – w 1953 roku stoczył długo wyczekiwaną walkę z Fausto Coppim. Przez blisko połowę wyścigu był właścicielem Maglia Rosa. Po 19. etapie wydawało się nawet, że sprawa zwycięstwa jest przesądzona. Coppi uciekł Szwajcarowi na Passo Pordoi, uzyskał sporą przewagę, a na zjeździe i tak dał się dogonić, więc ostatecznie na zlokalizowaną na welodromie metę obaj panowie wjechali wspólnie. Coppi tracił w “generalce” blisko dwie minuty, a przed dekoracją powiedział młodszemu koledze:

Moje gratulacje, Giro jest twoje. To ty jesteś najsilniejszy.

Koblet poczuł się zbyt pewnie i jeszcze tego samego dnia przesadził z imprezowaniem. Nazajutrz, przed ostatnim górskim etapem był ledwo żywy. Coppi to zauważył i postanowił raz jeszcze spróbować swoich sił. Szybko zaatakował i zgubił resztę zawodników. Niesiony dopingiem fanów błyskawicznie pokonał Stelvio – największe wzniesienie tego etapu i na metę w Bormio wjechał ponad dwie minuty przed drugim kolarzem. Natomiast Koblet złapał gumę i zaliczył dwa upadki, co sprawiło, że stracił koszulkę i jakiekolwiek szanse na jej odzyskanie na ostatnim etapie.

To był tak naprawdę jego ostatni wielki akord. Miesiąc po tamtym Giro Koblet wystartował jeszcze w Tour de France. Na 10. etapie, podczas zjazdu z Col du Solour wypadł z trasy, połamał sobie żebra i musiał wycofać się z wyścigu. Po tamtej kontuzji już nigdy nie wrócił do dawnej formy.

Natomiast Kublerowi po zwycięstwie w Tour de France 1950 ani razu nie udało się powtórzyć tego sukcesu w żadnym z trzytygodniowych wyścigów. Kilka razy był za to na podium – po raz ostatni na Wielkiej Pętli w 1954 roku, gdy miał już 35 lat. Rok później również stanął na starcie we Francji i do pewnego momentu szło mu całkiem nieźle, ale w końcu pokonał go podjazd pod Mont Ventoux.

Przed 11. etapem, gdy zawodnicy po raz drugi w historii mieli wjechać na “Górę Wiatrów” jego kolega zespołowy – Geminiani ostrzegał go:

uważaj, Mont Ventoux to nie jest góra jak pozostałe.

Kubler odparł jedynie:

spokojnie, Ferdi też nie jest kolarzem takim, jak pozostali.

Zaatakował u podnóża słynnej góry, jednak po kilku kilometrach okazało się, że nie ma już siły. Zatrzymał się w kawiarni, a gdy wrócił na trasę, to zaczął jechać w złym kierunku i dopiero po chwili zorientował się, że ma jechać w górę, a nie w dół. Do mety dojechał 26 minut po Louisonie Bobet. Był nieludzko zmęczony i zdołał jedynie wykrzyczeć:

Ferdi jest już za stary, Ferdi jest wyczerpany, Ferdi się zabił, zabił się na Ventoux!

Dzień później postanowił wycofać się z wyścigu. Już nigdy nie wziął udział w Tour de France, a po roku zakończył karierę.

Epilog

O ile w wielkich tourach starszy ze Szwajcarów musiał uznać wyższość Kobleta, to w już w klasykach szło mu zdecydowanie lepiej. “Le Pedaleur de Charme” tylko dwa razy wygrywał wyścigi jednodniowe poza Szwajcarią – Critérium des As i GP Alghero. Nie ukończył też  żadnego spośród trzech wyścigów o mistrzostwo świata, w których startował. Tymczasem “Orzeł z Adliswil” był jednym z najlepszych klasykowców swoich czasów – spośród swoich 70 profesjonalnych zwycięstw, aż 28 odniósł w tego typu imprezach.

Najlepiej wyglądał w latach 1951-52. Wygrał oba klasyki zaliczane do “Ardeńskiego Weekendu”, kilka miesięcy później wygrał mistrzostwa świata, a w kolejnym roku, już w tęczowej koszulce po raz drugi z rzędu wygrał zarówno Liege-Bastogne-Liege, jak i Strzałę Walońską. Poza tym w jego kolekcji znajdują się takie wyścigi jak Milano-Torino, Bordeaux-Paris czy GP Industria.

Nietrudno zauważyć, że ich rywalizacja była inna niż większość, które znamy z historii kolarstwa. Coppi i Bartali, Hinault i LeMond, Moser i Saronni – zmagania tych kolarzy polegały na bezpośrednim współzawodnictwie. Gdy któryś z nich chciał osiągnąć sukces, zazwyczaj musiał pokonać drugiego. Tutaj tego nie było. Gdy jeden odnosił ważne zwycięstwo, drugiego zazwyczaj w ogóle nie było na trasie. Jednak obaj walczyli o to, by być tym lepszym Szwajcarem.

Każde moje zwycięstwo było po części zasługą Hugo. Jemu również byłoby trudniej zmotywować się do wielkiego wysiłku, gdyby nie świadomość, że ma w kraju godnego rywala

– wspominał po latach Kubler w rozmowie z L’Equipe.

Być może to właśnie dlatego, pomimo znacznej różnicy wieku między oboma zawodnikami, Koblet skończył z kolarstwem rok po Kublerze. Ciężko rozstrzygnąć, który z nich był lepszy. Pierwszy jeździł zdecydowanie ładniej, a w swojej najlepszej formie potrafił pokonać każdego rywala – drugi był regularniejszy, i wszechstronniejszy, choć w jego jeździe nie było widać błysku.

Jednak dla sportowca najważniejsze jest to, jak poradzi sobie po karierze i tu Kubler jest zdecydowanym zwycięzcą. Niestety, Koblet nie poradził sobie z życiem po życiu. Lubił imprezować i nie potrafił odmawiać, przez co błyskawicznie roztrwonił pieniądze i wpadł w uzależnienie od narkotyków. Szybko posypało się również jego małżeństwo. W wieku 39 lat zginął w wypadku samochodowym, który najprawdopodobniej był udaną próbą samobójczą.

Na pogrzebie był obecny m.in Kubler, który doświadczony trudnym dzieciństwem żył zdecydowanie spokojniej niż jego rywal. Został instruktorem narciarskim i co jakiś czas udzielał się w szwajcarskich mediach. Zmarł dopiero cztery lata temu, jako stateczny 97-latek, a zanim to się stało, był najstarszym żyjącym zwycięzcą Tour de France.