„Habemus fastis!” – chciałoby się krzyknąć, bo w uniesieniu przy ogłaszaniu kolarskiego kalendarza na jesień brakowało już chyba tylko białego dymu. Nawet dramaturgia była podobna do wyboru papieża, bo przecież plan wyścigów miał być ogłoszony tydzień wcześniej, ale kolarskie władze zostały ponownie zaskoczone decyzjami polityków i pewne rzeczy trzeba było jeszcze raz przemyśleć. No, ale w końcu jest.

Na ile okaże się możliwy do zrealizowania – czas pokaże. Podobnie jak to, na ile ta upakowana do granic możliwości jesień okaże się dla kolarstwa wybawieniem z kłopotów, a przecież to jest jedna z głównych idei, jakie przyświecały tworzeniu tych planów: zacząć w końcu jeździć, by zrealizować swoje zobowiązania wobec sponsorów.

Sam fakt uzgodnienia nowych planów na resztę sezonu w jakimś stopniu mnie cieszy, ale mój entuzjazm stygnie, gdy tylko sobie przypomnę, że przecież jeszcze na przełomie lutego i marca również mieliśmy kalendarz. Chyba nie taki najgorszy, skoro zmieściło się w nim nieco więcej wyścigów.

Ale nie to mnie martwi. Z nowego kalendarza wynika, że pierwszy wyścig, jaki – mam nadzieję – zobaczymy, wystartuje 1 sierpnia. Jeśli dobrze liczę: za 82 dni. I cały czas się zastanawiam, w jaki sposób kolarstwo ten czas wykorzysta?

O tym, że kolarstwo funkcjonuje z sezonu na sezon przekonaliśmy się już wiele razy. Lista zespołów zmuszonych do zakończenia działalności z powodu zmiany strategii sponsorów, jest bardzo długa. Z samymi wyścigami sprawa wygląda podobnie. Obecna pandemia i wstrzymanie rywalizacji tylko ten kryzys pogłębią.

Do czego wrócimy 1 sierpnia? Do tego samego modelu, tylko znacznie osłabieni?

Lubię przywoływać przykład federacji lekkoatletycznej, której szef już na samym początku kryzysu oznajmił, że jest to najlepsza z możliwych okazji do tego, by porzucić schemat działania, oparty na zasadzie „bo zawsze tak robiliśmy” i zacząć szukać nowych rozwiązań.

I nie skończyło na zgrabnym bon mocie, ale poszły w ślad za nim konkretne pomysły: większa koncentracja na lokalnych imprezach, ograniczenie konieczności podróżowania z jednego końca świata na drugi, stworzenie zawodnikom większych szans zarabiania na życie tam, gdzie mieszkają. A jeśli ucierpi na tym „Diamentowa Liga”? Trudno, może i ucierpi, ale może jedna, nawet niezwykle ważna impreza, nie jest dogmatem wartym tego, by poświęcać dla niej całą dyscyplinę. W końcu rangę temu wydarzeniu nadali ludzie, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobili to samo w przypadku innych imprez.

Nawet jeśli się okaże, że część z tych pomysłów pozostanie zapiskami na papierze, zostanie nimi w wyniku jakiejś dyskusji. Może w jej trakcie pojawią się nowe? Może ktoś w międzyczasie wpadnie na pomysł, jak się rozwijać nie rezygnując z dotychczasowych osiągnięć? Jakieś lekcje zostaną w tym czasie odrobione.

Brakuje mi takich dyskusji w kolarstwie. Jedyny głos, jaki dociera z tej strony, brzmi: zacznijmy już jeździć, żeby uratować co się da. OK. Zacznijmy.

Tylko dokąd dojedziemy, jeśli się okaże, że jesienna oglądalność nie zadowoli sponsorów? Co w sytuacji, w której mający być kołem ratunkowym dla dyscypliny Tour de France, dotąd rozgrywany w lipcu, gdy przerwę wakacyjną ma większość innych rozgrywek, będzie musiał o uwagę kibiców walczyć z ligami piłkarskimi, tenisem, czy wieloma innymi dyscyplinami? Przecież we wrześniu ruszyć ma nie tylko kolarstwo. W jednym czasie wystartują wszyscy.

Co w sytuacji, gdy ten plan okaże się zawodny? Ile będzie czasu po skończonym w listopadzie sezonie, by usiąść i pomyśleć, jak rozwiązać mocno nawarstwione problemy?

Mamy 82 dni. To więcej niż bohater powieści Verne’a potrzebował na okrążenie świata. Na razie wiele wskazuje na to, że kolarstwo jako takie nie ma w planach zrobienia w tym czasie nawet jednego obrotu korbą. A jeśli już, to będzie kręcić w miejscu – stacjonarne wyścigi mimowolnie oddają stan ducha naszego sportu.

Przecież wszystko jest dobrze. Tylko sponsorzy jacyś tacy niecierpliwi i mało stateczni.