AA414657 cucina 420 303 300 4961 3574 RGB Wikimedia Commons

Wszystko wskazuje na to, że narodziła się nowa gwiazda kolarstwa. Gazety nie mają wątpliwości. “Gaul królem Galibier”, “Gaul miażdży rywali”, “Gaul nowym cesarzem kolarstwa”. La Stampa idzie nawet dalej. Pisze: “Czasy Coppiego się skończyły, nadchodzi era Gaula”. O co chodzi? Nieznany Luksemburczyk, którego nazwisko kojarzyć się może tylko ze słynnym francuskim politykiem, właśnie pokonał wszystkie sławy kolarstwa na jednym z najtrudniejszych etapów tamtej edycji. I to pokonał w wielkim stylu – aż o 13 minut.

Zburzenie Bastylii

Takiego obrotu spraw raczej mało kto się spodziewał. Gaul nie należał do największych gwiazd kolarstwa. Owszem, jako amator błyszczał. Choć stał się zawodowcem już jako 20-latek, to w amatorskim peletonie zdążył odnieść ponad 60 zwycięstw – także w tych najtrudniejszych wyścigach. Mając 17 lat, został zwycięzcą etapu Tour of Austria kończącego się na Glossglocknerze – podjeździe porównywanym często do Mont Ventoux.

Jako zawodowiec również był całkiem niezły – plasował się w czołówce nie tylko wyścigów rozgrywanych w ojczyźnie, takich jak Fleche du Sud i Tour du Luxemburg. Już w pierwszym roku startów w profesjonalnym peletonie zajął drugie miejsce w Criterium du Dauphine, a w drugim sięgnął po brązowy medal mistrzostw świata. Może i był złotym dzieckiem, ale nie wszędzie szło mu jak po maśle.

Na przykład w Tour de France. Jego dwa pierwsze występy zakończyły się kompletną klapą. Za pierwszym razem wytrzymał tylko sześć etapów – wycofał się, zanim peleton wjechał w prawdziwe góry. Rok później było tylko trochę lepiej – przetrwał 11 etapów, zajmował nawet miejsce w pierwszej “10”, ale następnego dnia został pokonany przez Tourmalet i znów się wycofał.

Długo wiele wskazywało na to, że w 1955 roku historia się powtórzy. Wówczas w Tour de France startowały reprezentacje narodowe, więc, jak można łatwo się domyślić, jemu nie udało się zgromadzić wokół siebie zbyt mocnej ekipy. Nawet pomimo tego, że oprócz Luksemburczyków znaleźli się w niej także Austriacy, Niemcy i Australijczycy. W przeciwieństwie do Bobeta, Kublera czy Ockersa nie mógł liczyć na zbyt mocną ochronę na pierwszych etapach, co skończyło się tym, że po siódmym dniu rywalizacji tracił do lidera blisko pół godziny i zajmował odległą lokatę w klasyfikacji generalnej.

Jednak nazajutrz, 14 lipca miał odbyć się pierwszy prawdziwie górski etap. Na trasie znalazły się m.in Aravis, Telegraphe i przede wszystkim Galibier. Gaul wykorzystał swoją niską pozycję w klasyfikacji generalnej i wziął udział w ucieczce, która podzieliła się już na pierwszym ze wzniesień. Z przodu zostali tylko on i Jan Nolten – ceniony, choć z pewnością nie wybitny góral z Holandii.

Jednak Holender szybko został z tyłu, a Gaul rozpoczął swój koncert. Jego przewaga rosła z każdą minutą – u podnóża Galibier wynosiła już blisko 15 minut nad rywalami. Ci dopiero wtedy rozpoczęli swój pościg. Do przodu ruszyli m.in Geminiani, Bobet i Kubler – najsilniejsi kolarze tamtych czasów, jednak nawet oni nie byli w stanie odrobić zbyt wiele do samotnego, zmęczonego długą jazdą z przodu Gaula. Młody zawodnik zakończył etap 13 minut i 47 sekund przed goniącą grupką. To była przepaść, więc nic dziwnego, że wielu pisało o upokorzeniu rywali. El Mundo Deportivo wspominało nawet o zburzeniu Bastylii i kolarskiej rewolucji, po której nową gwiazdą peletonu miał zostać Charly Gaul.

Roztopione marzenia

Dzięki temu występowi Luksemburczyk objął prowadzenie w klasyfikacji górskiej (wówczas jeszcze nie przyznawano za to żadnej koszulki) i awansował na 3. miejsce w “generalce” za Antoninem Rollandem i Wimem Van Estem. Biorąc pod uwagę to, że obaj byli dość przeciętnymi kolarzami po trzydziestce, nie można było wykluczać, że Gaul niedługo zostanie nowym właścicielem żółtej koszulki.

Tyle że w kolejnych dniach Gaul nie był w stanie nawiązać do tamtego występu. Najbliżej był na 9. etapie – znów wcześnie zaatakował i jako pierwszy pokonał dwa pierwsze wzniesienia. Na Alto de Vasson wjechał wraz z Louisonem Bobetem, ale na zjeździe zaliczył upadek, przez co do mety dojechał ponad cztery minuty za zwycięskim Geminianim.

W kolejnych dniach Francję nawiedziły upały, a Gaul, w przeciwieństwie do wielu kolarzy bardzo nie lubił ciepła, a najlepiej czuł się przy deszczu i mrozie. Miał problem z tym, by podczas upalnych etapów odpowiadać na ataki Bobeta, Geminianiego i reszty kolarzy, przez co w ciągu 10 dniu spadł w “generalce” na dopiero 9. pozycję. 

Na szczęście przed 17. etapem fortuna znów się do niego uśmiechnęła. Nad południową częścią Francji zebrały się czarne chmury, a z nieba zaczęły spadać krople deszczu. To dodało Gaulowi pewności siebie. Ruszył do przodu już na początku pierwszego wzniesienia – Aspin i szybko oderwał się od rywali. 

Za Luksemburczykiem próbował nadążyć Bobet, ale nic z tego – młodszy rywal był dla kolarza, który właśnie zmierzał po swój trzeci z rzędu triumf w Tour de France, zbyt szybki. Na domiar złego Francuz szybko złapał gumę, co tylko utrudniło mu gonitwę. Nic więc dziwnego, że Gaul nie dał się dopaść i na mecie w Saint-Gaudens znów podniósł ręce w geście zwycięstwa.

Później jeszcze zanotował kilka niezłych występów i ostatecznie ukończył wyścig jako król gór i trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej. To był dopiero początek jego wielkiej kariery.

Władca piekła

Dzięki tamtemu występowi Gaul wskoczył do grona największych kolarskich gwiazd i przed kolejnym wielkim tourem był wymieniany jako jeden z dwóch, obok starzejącego się Fausto Coppiego, głównych kandydatów do zwycięstwa. Tyle że na początku obaj kolarze zawodzili. Coppi szybko wycofał się z wyścigu, a Gaul co prawda wygrał siódmy etap, ale poza tym jego występy były bardzo rozczarowujące – tracił nie tylko na trudnych, ale także tych najprostszych etapach. Narzekał nie tylko na słabą formę, ale także na olbrzymiego pecha, czego najlepszym przykładem był 16. etap, na którym aż trzykrotnie złapał gumę.

Niespodziewanym liderem wyścigu długo był Pasquale Fornara, a Gaul tracił aż 15 minut. Jednak nie wszystko było stracone. Już dzień przed startem rozgrywanego w Dolomitach, 18. etapu prognozy mówiły o tym, że kolarzom podczas ścigania będzie dokuczać okrutna pogoda. Oczywiście Luksemburczyk doskonale o tym wiedział, dlatego powiedział Marcelowi Ernzerowi – swojemu koledze z pokoju:

wygram ten jutrzejszy etap, albo umrę próbując.

Nazajutrz Gaul wstał wcześnie, podszedł do okna i od razu uśmiechnął się szeroko. Termometry wskazywały bardzo niską temperaturę, a z nieba padał rzęsisty deszcz, któremu momentami towarzyszył śnieg. Wiedział, że na podjazdach będzie jeszcze gorzej. Warunki były tak ciężkie, że dyrektor wyścigu – Vincenzo Torriani rozważał odwołanie etapu. Jednak w końcu postanowił, że widowisko straciłoby zbyt wiele, gdyby zrezygnował z odcinka prowadzącego przez Costalungę, Rolle, Brocon i Bondone, dlatego decyzja była jasna – “jedziemy dalej”.

Początkowo Luksemburczyk miał problemy – jako pierwszy wjechał na Costalungę i Rolle, ale później znów dokuczał mu pech. Dwukrotnie łapał gumę, przez co został z tyłu. Swój koncert rozpoczął dopiero na Bondone. Podyktował takie tempo, że wszyscy zostali daleko z tyłu. Giuseppe Fantini, który zajął 2. miejsce, stracił 7 minut, w przypadku trzeciego Magniego było to już 12 minut. Fornara w ogóle nie dojechał do mety, podobnie jak większość zawodników. Trudne warunki sprawiły, że w wyścigu pozostało zaledwie 43 śmiałków.

Śnieżyło cały czas, było cholernie zimno. Nie widziałem zbyt wiele. Przy drodze mijałem całą masę rowerów zaparkowanych przy barach. W końcu zapytałem kogoś, co się dzieje – odpowiedział, że większość zawodników prawie zamarzła, że nie zamierzają jechać dalej. W końcu zobaczyłem różową koszulkę. pomyślałem wtedy “co tu się u licha wyprawia? Czy mam halucynacje?” Gdybym to ja miał różową koszulkę, nie wycofałbym się nawet wtedy, gdybym musiał czołgać się na kolanach

– wspominał Magni, który wcale nie przesadzał – od kilku dni jeździł ze złamanym obojczykiem i kością ramienną, a mimo to był drugi i tracił 3 minuty do nowego lidera – Gaula. 

Oczywiście wciąż było mi mało. Myślałem o tym, by zaatakować Gaula na kolejnych etapach. Chciałem wygrać Giro po raz czwarty. Wielokrotnie próbowałem mu odjechać na dwóch ostatnich etapach, ale nie miałem szans. Był dla mnie za mocny

– mówił w 2005 roku, w wywiadzie przeprowadzonym przez Valerię Paoletti i Billa McGanna.

W ten sposób Gaul wygrał Giro d’Italia jako pierwszy Luksemburczyk w historii i wydawało się, że lada moment rozpocznie swoje rządy w peletonie.

Od Górskiego Anioła do Kochanego Sikusia i z powrotem

Tyle że wbrew oczekiwaniom długo nic takiego się nie działo. Na Tour w 1956 roku Gaul co prawda przyjechał, ale wciąż czuł w nogach zwycięskie Giro. Znów świetnie szło mu na podjazdach, tyle że miał duże wahania formy. Dlatego, podobnie jak przed rokiem, wygrał klasyfikację górską i jeden z trudniejszych etapów, ale w “generalce” zajął dopiero 13. pozycję. Kolejny Tour zakończył się dla niego po dziewięciu etapach  – po raz kolejny zaszkodziły mu upały, które nawiedziły Francję.

A jak wyglądało to w Giro? W 1957 długo wiele wskazywało na to, że Gaul obroni tytuł. Po siedemnastu etapach był liderem, a przed kolejnym był na tyle pewny swego, że powiedział dziennikarzom:

Zwycięstwo mam w kieszeni, w okolicach Monte Bondone zadecyduję, jak daleko za sobą chcę zostawić rywali.

Przeliczył się. W pewnym momencie musiał zatrzymać się, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Gdy mijał go bardzo nielubiany przez niego Bobetem, Gaul nie omieszkał się po raz kolejny okazać mu swojej niechęci.

Użył swojego przyrodzenia, by pokazać Louisonowi, jak bardzo go nie szanuje

– mówił Geminiani, który jechał tuż za Bobetem.

To rozsierdziło podstarzałego Francuza, który wbrew kolarskiej etykiecie zaatakował, wykorzystując to, że Gaul wciąż nie siedział na swoim rowerze. Za nim pojechało kilku zawodników. Zanim Luksemburczyk załatwił swój interes, czołówka była już daleko z przodu. Nie zdołał już jej dopaść. Przejechał kreskę blisko 10 minut za faworytami, co oznaczało koniec marzeń o różowej koszulce. Francuzi zaczęli na niego mówić “Cheri Pipi”, co można przetłumaczyć jako “kochany sikuś”.

To jeszcze bardziej zaogniło konflikt. Gaul po dekoracji podszedł do Bobeta i powiedział mu:

Pamiętaj, że jestem byłym rzeźnikiem. Obiecuję ci, że wezmę swój nóż i rozetnę twój żołądek.

Na szczęście w hotelu, w którym mieszkali zawodnicy nie doszło do tak drastycznych scen, co jednak nie oznacza, że 25-latek nie zrewanżował się swojemu rywalowi. Przez resztę wyścigu pomagał Gastone Nenciniemu. Robił wszystko, by Bobet nie wygrał i ostatecznie dopiął swego – Włoch sięgnął po dość niespodziewany sukces.

Rok później Gaul wreszcie wszedł na kolarski Olimp. Najpierw zajął 3. miejsce w Giro d’Italia, a następnie wygrał Tour de France. W kolejnym sezonie znów triumfował w Giro. Schemat obu wygranych przez niego wyścigów był dość podobny. Luksemburczyk bawił się z rywalami. Najpierw dawał im nadzieję, tracąc do nich bardzo dużo czasu, by podczas ostatniego górskiego etapu zniwelować całe straty.

Emanował przy tym olbrzymią pewnością siebie. Przed oboma atakami podjeżdżał do swojego najgroźniejszego rywala i mówił, w którym dokładnie miejscu odjedzie. Za każdym razem realizował swoją obietnicę, a znający jego zamiary konkurenci i tak byli bezsilni, choć za pierwszym razem był nim Bobet, a za drugim Jacques Anquetil.

Dziecko swoich czasów

Niestety, hossa szybko się skończyła. Giro 1959 było jego ostatnim wielkim zwycięstwem. Później zaczął się powolny zjazd. W Tour de France 1961 wygrał jeden z etapów i zajął 3. miejsce w “generalce”, ale sam już wiedział, że jego era powoli się kończy. Jeszcze w czasie wyścigu udzielił jednemu z dziennikarzy ciekawego wywiadu:

– Niestety podczas tegorocznej Wielkiej Pętli muszę połykać pigułki, by nadążać za rywalami. Któregoś dnia zapłacę za to rachunek…

– Co ty gadasz! Przecież wszyscy biorą!

– Tak, wszyscy biorą, ale nie wszyscy… biorą tego tyle co ja!

Ten wywiad był kwintesencją kolarskich lat 50. – nie istniały jeszcze kontrole antydopingowe, a szprycowanie się narkotykami nie było zakazane, więc kolarze nawet nie kryli się z tym, że biorą. Sam Fausto Coppi potrafił przyznać:

– Biorę tylko wtedy, gdy jest to konieczne

– To znaczy kiedy?

– Praktycznie cały czas!

Natomiast dobry kolega Gaula – Bahamontes mówił, że świetnie radzi sobie przy wysokiej temperaturze nie dlatego, że pochodzi z gorącej Hiszpanii, a z innego, bardziej prozaicznego powodu.

Moi rywale nie mogą wtedy brać aż tyle amfetaminy

– mówił.

O Gaulu mówiło się, że praktycznie od początku swojej kariery korzystał z wymienionej przez Bahamontesa substancji najczęściej spośród wszystkich kolarzy, co miało wpływać na to, że tak źle radził sobie w upałach i tak dobrze przy zimnie – pod koniec po prostu jeszcze zwiększył ilość wstrzykiwanej substancji. Być może właśnie to sprawiło, że szybko wyeksploatował swój organizm i przestał osiągać wielkie wyniki.

Już na kilka miesięcy przed trzydziestką był cieniem samego siebie sprzed lat – od 1962 roku wystartował w trzech wielkich tourach – ukończył tylko jeden z nich. Swoje ostatnie zwycięstwo – nie licząc mistrzostw Luksemburga, odniósł w 1961 roku. Na szczęście mężczyzn nie zawsze poznaje się po tym jak kończą, dlatego Gaul do dziś uznawany jest za jednego z najlepszych górali w historii.

Źródła: Bike Race Info, El Mundo Deportivo, La Stampa, Wikipedia, Ina.fr, Colin O’Brien, Giro d’Italia, historia najpiękniejszego wyścigu świata, tłum. Bartosz Sałbut