Pola Elizejskie są stałym elementem Tour de France od tak dawna, że można odnieść wrażenie, jakby częścią wyścigu były od zawsze. Nie jest to prawda. Nieodłączną częścią Wielkiej Pętli są dopiero od 1975 roku.
23 lipca 1904, Henri Cornet z podziwem patrzył na Maurice’a Garina. Doświadczony kolarz właśnie odbierał nagrodę za swoje drugie zwycięstwo w Tour de France. Henri marzył, że kiedyś także on wygra wyścig, który zdobywał coraz większą popularność – tak brzmi początek 4. odcinka Flamme Rouge. Być może wielu z Was wyobrażało sobie wtedy, jak ówczesny gwiazdor kolarstwa, tak jak dziś Tadej Pogačar, stał na Polach Elizejskich, mając za sobą tylko drzewa i zachodzące słońce.
Nic w tym dziwnego, ponieważ reprezentacyjna aleja Paryża kończy trasę wyścigu już dokładnie od półwiecza i zdążyła stać się częścią jego tożsamości. Owszem, możliwe, że kolarze już wtedy zatrzymywali się tam na dłużej – w końcu to miejsce już wtedy było bardzo ważnym elementem paryskiego krajobrazu. Jeśli tak jednak było, to wyłącznie z powodów turystycznych. Pierwsze edycje Tour de France kończyły się po drugiej stronie Sekwany – nie w samym Paryżu, a na jego przedmieściach, w Ville d’Avray.
Paryż zamknięty
Ville d’Avray, mała podparyska gmina, wcale nie była dla organizatorów pierwszym wyborem. Najbardziej naturalnym miejscem zakończenia wyścigu wydawał się bowiem wtedy otwarty w 1997 roku Parc des Princes. Słynny stadion dziś kojarzy się zdecydowanie bardziej z piłką nożną niż z kolarstwem – gościł dwa finały mistrzostw Europy, a na co dzień jest areną meczów PSG – zwycięzców ostatniej Ligi Mistrzów.
Nie zawsze tak jednak było. Pierwsza pełna nazwa obiektu brzmiała bowiem… “Stade Velodrome du Parc des Princes”. Oczywiście stadion, wbrew swojej nazwie, nie był wyłącznie kolarski. Odbywały się na nim imprezy wszelkiego rodzaju – od wyścigów motocyklowych, przez imprezy lekkoatletyczne aż po mecze piłkarskie. Jednak o tym, że to właśnie 666-metrowy welodrom jest centralnym punktem obiektu dobrze świadczył fakt, że pierwszym jego administratorem został… Henri Desgrange – wówczas znany przede wszystkim jako rekordzista świata w jeździe godzinnej na czas i felietonista Velo.
Nic dziwnego, że gdy kilka lat później, już jako redaktor naczelny L’Auto zaczął organizować Tour de France, to właśnie Parc des Princes był dla niego idealnym miejscem na udekorowanie kolarzy. Niestety, pomimo olbrzymiej popularności kolarstwa, Louis Lépine – ówczesny prefekt Departamentu Sekwany, zabronił organizacji wyścigu w granicach samej stolicy. Bał się… korków, które mógłby spowodować przejazd kolarzy przez stolicę. W tej sytuacji Desgrange próbował zakończyć wyścig w Wersalu, ale i tu poległ. Choć miejscowość ze słynnym pałacem znajduje się kilkanaście kilometrów od Paryża, to i tu weto postawili urzędnicy. W tej sytuacji organizatorzy postawili na inne podparyskie banlieue, czyli właśnie Ville d’Avray.
Gdy w końcu peleton Tour de France 1903 docierał na miejsce, niewiele przypominało to, co znamy obecnie z Pól Elizejskich, jednak pewne punkty wspólne można znaleźć. Zwycięzcę uraczono bowiem kieliszkiem wina, zaś wszystkiemu przyglądały się tłumy kibiców. Wianuszek fanów towarzyszył kolarzom aż do… Parc des Prince, gdzie miała miejsce dekoracja zwycięzców. Prawdopodobnie zatem zakłóceń ruchu drogowego i tak nie udało się całkowicie powstrzymać.
Ten modus operandi powtórzono do 1906 roku jeszcze trzy razy. Jedynym wyjątkiem okazał się 1905 rok, gdy organizatorzy postanowili dać kolarzom nauczkę po tym, co wyczyniali 12 miesięcy wcześniej. Peleton startował z Caen, a miejsca finiszu nie podano. Zawodnicy poruszali się zgodnie ze wskazaniami organizatorów, aż w końcu, na kilometr przed metą, ich oczom ukazał się znak, na którym widniał napis: “1 km do mety”. Pokazana w ostatniej chwili zielona flaga była dla nich sygnałem do ataku, zaś czerwona sygnalizowała metę, po której kolarze znów udali się na Parc des Princes.

Park Książąt
Choć swoista procesja w kierunku Parc des Princes bez wątpienia miała swój urok, to dla kolarzy była jednocześnie dodatkową uciążliwością po długim wyścigu. Dlatego gdy w końcu władze departamentu wydały zgodę na oficjalny wjazd wyścigu do stolicy, zarówno kolarzom, jak i organizatorom spadł prawdziwy kamień z serca. Dużym atutem stadionu były jego rozmiary – jego trybuny mogły pomieścić 20 000 widzów, którzy przez kilka kolejnych dekad najpierw z utęsknieniem czekali na wjazd kolarzy na welodrom, by w końcu obserwować ich walkę o zwycięstwo na ostatnich etapach kolejnych edycji.
Kolarzem, któremu udawało się to najczęściej był Jean Alavoine – ten, który “wiecznie drugim” stał się zanim to było modne. Aż dwa razy był drugi i tyle samo razy trzeci w klasyfikacji generalnej całego wyścigu. Nic dziwnego, że w Parku Książąt czuł się jak ryba w wodzie – wygrywał tam trzykrotnie.
Tyle samo razy dokonywał tego także Andre Leducq, dwukrotny zwycięzca całego wyścigu, który po raz ostatni zatriumfował tam w 1938 roku. To właśnie ostatnia wygrana, odniesiona na rok przed wybuchem II wojny światowej, była jednym z najbardziej pamiętnych wydarzeń w historii rozgrywania Tour de France na Parc des Princes. Wygrał bowiem po dwójkowej ucieczce z Antoninem Magnem – swoim największym rywalem*.
Dwaj kolarze, w tamtym momencie nieliczący się już w walce o zwycięstwo w całym wyścigu, swoje ostatnie występy w Tour de France zwieńczyli wspólnym wjazdem na Parc des Princes, pięć minut przed rywalami. Wzruszony korespondent L’Auto pisał wówczas: – Po dziesięciu latach dzielnych i rycerskich potyczek ta para przyjaciół zdecydowała się zakończyć dwie kariery zbudowane na duchu fair play, odwadze i honorze. Wzruszyliśmy się do łez. Drogie, stare wiarusy, jak mogliśmy kiedykolwiek przestać was kochać?”.
Tamten występ dwójki weteranów nie odmienił losów całego wyścigu, podobnie jak większość spośród pozostałych etapów z metą w Paryżu. Wyjątek od tej reguły był tylko jeden. W 1948 wbrew niepisanej regule o nieatakowaniu lidera na ostatnim etapie postąpił Jean Robic. Wraz z innym wysoko sklasyfikowanym zawodnikiem – Edouardem Fachleitnerem odjechał liderowi – Pierre’owi Brambilli. Potem zaś powiedział swojemu rodakowi – Nie atakuj mnie. Nigdy mnie nie zgubisz, ale jak będziesz współpracować, a ja wygram Tour, dostaniesz 100 000 tys. franków. – Na mecie musiał wywiązać się z obietnicy, bo rzeczywiście wygrał wyścig.
Od tamtej pory etap z metą na Parc des Princes już ani razu nie zmienił zwycięzcy całego wyścigu – nawet gdy w latach 60. zaczęto kończyć tam czasówki. Wiele spośród tamtych prób czasowych prowadziło zresztą z Wersalu do Paryża, dość dobrze symbolizując rozwój wyścigu. Obie lokalizacje, które w 1903 były niedostępne dla Desgrange’a stały teraz otworem.
*Magne również jest dwukrotnym zwycięzcą Tour de France i tak jak Leducq po raz ostatni w tym wyścigu wystąpił w 1938 roku. Cały wyścig wygrał Gino Bartali, Magne był 8. zaś Leducq 30.
Welodrom Jacquesa Anquetila… Albo Eddy’ego Merckxa.
Niestety, do czasu. Wraz z biegiem lat, Parc des Princes coraz mniej kojarzony był z kolarstwem, a coraz częściej z piłką nożną. Przez cały okres istnienia, podobnie jak większość najważniejszych stadionów, także i on podlegał ciągłym modernizacjom. W ciągu sześciu dekad współpracy pomiędzy wyścigiem a obiektem, pojemność tego ostatniego stopniowo rosła.
Początkowo działało to na korzyść wyścigu – rozbudowa z okazji piłkarskich mistrzostw świata 1938 spowodowała, że wspólny wjazd Leducqa oraz Magne’a był jeszcze bardziej doniosły, bo duet weteranów przekraczający wspólnie kreskę mógł być oklaskiwany przez 45 tysięcy widzów. Niestety, jeden z kolejnych remontów raz na zawsze zakończył wspólną historię stadionu i największej francuskiej imprezy sportowej.
Wszystko dlatego, że decyzją projektantów, ze stadionu zniknął tor kolarski. W tej sytuacji Tour de France musiał szukać sobie nowego gospodarza i ostatecznie zdecydowano się na La Cipale. Welodrom był jednym z ważniejszych miejsc na sportowej mapie Francji. W 1900 roku był głównym stadionem igrzysk olimpijskich w Paryżu, zaś 24 lata później, na kolejnej imprezie czterolecia gościł konkurencje torowe.
Jednak w 1968 roku był już obiektem przestarzałym, nieorganizującym dużych sportowych wydarzeń. Odpowiadał jednak wymaganiom organizatorów Tour de France, dla których bardzo istotna była wartość historyczna miejsca. I już pierwsza spośród rozegranych edycji przyniosła paryskim kibicom to, co tak rzadko przydarzało się na Parc des Princes – zmianę lidera klasyfikacji generalnej.
Przed ostatnim etapem Tour de France 1968 zajmujący 3. miejsce w “generalce” Jan Janssen tracił do lidera – Hermanna Van Springela zaledwie 16 sekund. Bliskość trzech pierwszych zawodników klasyfikacji generalnej powodowała, że 21 lipca 1968 roku publiczność zgromadzona na La Cipale nerwowo obgryzała paznokcie w oczekiwaniu na ostateczny wynik. Zwycięzcą został Holender, który z dużą przewagą wygrał tamtego etapu i w ostatniej chwili wyszedł na prowadzenie w wyścigu.
Kolejnym edycjom przeprowadzonym na legendarnym torze brakowało podobnej dramaturgii. Głównie dlatego, że na liście startowej Tour de France zaczął się pojawiać Eddy Merckx. Jeśli Janssena po genialnym występie na ostatnim etapie w 1968 roku zaczęto nazywać księciem La Cipale, “Kanibal” z całą pewnością był jego królem. W latach 1969-74 nie tylko wygrał 5 edycji Wielkiej Pętli, ale także aż 4 etapy z metą na tym torze.
Traf chciał, że gdy tylko w 1975 organizatorzy Tour de France postanowili przenieść metę swojego wyścigu na Pola Elizejskie, Eddy Merckx poniósł swoją pierwszą porażkę w Tour de France, ulegając Bernardowi Thevenetowi… I aż dziw, że gdy w 1987 torowi nadano nowego patrona, to został nim nie słynny “Kanibal”, a Anquetil, który wszystkie swoje triumfy świętował jeszcze w Parku Książąt.
***
Przygoda Tour de France z Polami Elizejskimi rozpoczęła się od wielkiej porażki Merckxa i wielkiego triumfu francuskiego kolarstwa. Jeśli wierzyć relacjom dziennikarzy L’Equipe, przyklepanie zwycięstwa Bernarda Theveneta obserwowało półtora miliona ludzi.
– Żadna parada wojskowa z okazji Dnia Bastylii nigdy nie przyciągnęła na Pola Elizejskie i Les Tuileries tak wielu ludzi. To sugeruje, że Francuzi wolą rowery niż samochody opancerzone. To chyba dobra wiadomość.
– pisał wtedy Pierre Chany.
Nic dziwnego, że romans Tour de France z Polami Elizejskimi trwa do dziś. Tegoroczna edycja jest już 50., której finisz zorganizowano na najsłynniejszej francuskiej alei. Od 1975 tylko raz zdarzył się w tej tradycji wyłom – w zeszłym roku, gdy organizatorzy musieli przenieść się do Nicei ze względu na zbliżające się igrzyska olimpijskie.
Istnieje jednak szansa, że ten mariaż już wkrótce się skończy. O pożegnaniu ze stałą lokalizacją ostatniego etapu Tour de France mówi już Christian Prudhomme. Dyrektor wyścigu mówi już wprost o częstszym organizowaniu go poza Paryżem. Czas pokaże jednak, czy w kolejnych latach słowa te zostaną wprowadzone w życie, a Pola Elizejskie dołączą do Ville d’Avray, Parc des Princes oraz La Cipale jako miejsce, którego związki z Wielką Pętlą pozostaną jedynie historyczne.
Flamme Rouge to w kolarskim słowniku mały czerwony trójkącik (w dosłownym tłumaczeniu, czerwona flaga) zawieszony nad trasą etapu na kilometr przed jego metą. Odpowiedź na pytanie, dlaczego to właśnie ten symbol stał się jednocześnie tytułem mojego cyklu, na razie pozostawiam Wam.
Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego
Flamme Rouge #2: Pogačar z głową w chmurach
Flamme Rouge #3: Najlepsi czasowcy w historii Tour de France
Flamme Rouge #4: Najmłodszy zwycięzca w historii
Flamme Rouge #5: Ben Healy znów jest skuteczny
Flamme Rouge #6: Mathieu van der Poel jak św. Mikołaj?
Flamme Rouge #7: Kolejny zawód Evenepoela
Flamme Rouge #8: Rekord, którego nikt nie umie pobić
Flamme Rouge #9: 40 lat wkurzania Francuzów
Flamme Rouge #10: Mentor Merckxa i ofiara Góry Wiatrów
Flamme Rouge #11: Góra, która pokonała Pogačara
Flamme Rouge #12: Wszystkie przypadki Kwiatkowskiego









