21 lipca 1985 roku Bernard Hinault po raz ostatni w karierze wygrał Tour de France. Od tamtego momentu mija już 40 lat, a “Borsuk” wciąż pozostaje ostatnim zwycięzcą wyścigu z kraju-gospodarza.
Gdy nic nie zapowiada końca…
Zdarza się, że wielkie kryzysy da się przewidzieć na wiele lat do przodu, tymczasem w momencie, gdy Bernard Hinault sięgał po swoje ostatnie zwycięstwo na trasie Tour de France, wyjątkowo trudno było sobie wyobrazić aż 40-letnią posuchę. Jeśli liczyć tylko zwycięzców, lata 1976-1985 były dla Francuzów najlepszą dekadą w historii wyścigu – równie dobrą co pierwsza. Zarówno w latach 1902-1911, jak i 1976-85 łupem gospodarzy padło aż 8 spośród 10 edycji wyścigu.
Francuscy kolarze błyszczeli nawet wtedy, gdy wszystko układało się nie tak, jak powinno. Gdy w 1976 roku Bernard Thevenet – pogromca Merckxa sprzed 12 miesięcy, został pokonany przez zapalenie wątroby, godnie zastąpił go starszy kolega – Raymond Poulidor, który zajął 3. miejsce. Gdy w 1980 roku Bernarda Hinaulta, prowadzącego w klasyfikacji generalnej, wyeliminował ból kolana – na horyzoncie pojawił się Raymond Martin – trzeci na Polach Elizejskich.
Gdy w 1985 roku Bernard Hinault odnosił swoje ostatnie zwycięstwo w Tour de France, miał już 31 lat i powoli schodził ze sceny, jednak nie był jeszcze kolarzem całkiem wypalonym. Najlepiej pokazał to rok później, gdy do końca walczył o to, by pokonać Grega LeMonda i pobić absolutny rekord zwycięstw w Tour de France. Nie udało mu się to. Tamten Tour zakończył na 2. miejscu, 3 minuty za Amerykaninem, a kilka miesięcy później zakończył karierę.
Miał zdolnych następców. Laurent Fignon – zwycięzca Tour de France z lat 1983-84, miał dopiero 26 lat, a Jean-Francois Bernard, który przegrany przez Hinaulta Tour de France 1986 zakończył z etapową wygraną, był 24-latkiem. Swoje pierwsze sukcesy zdążył już odnieść także 24-letni Charly Mottet – dwukrotny zwycięzca etapowy Vuelta a Espana 1986. Choć w przyszłości cała trójka miała przynieść francuskim kibicom sporo radości, to żadnemu z nich nie udało się w pełni zastąpić “Borsuka”.
Okres złudnych nadziei
Dokładnie 38 lat temu, w Święto Bastylii wiele wskazywało na to, że kolarskie życie bez Hinaulta rzeczywiście istnieje. Po pierwszych czternastu etapach wyścigu liderem był Mottet, a drugie miejsce zajmował Bernard. Ten ostatni miał niewielką, zaledwie kilkusekundową przewagą nad zwycięzcą Giro d’Italia – Stephenem Rochem, ale już zdecydowanie większą nad Pedro Delgado, a peleton był już po dwóch pierwszych pirenejskich etapach. Nie był to koniec dobrych wieści – 4 dni później to Bernard zastąpił Motteta na czele wyścigu po wygraniu etapu jazdy indywidualnej na czas.
Niestety, szanse na kolejny francuski triumf w Wielkiej Pętli zostały pogrzebane przez… kolarską wojnę domową Francuzów. Motteta drugie miejsce w całym wyścigu wcale nie satysfakcjonowało – chciał szybko wrócić na pozycję lidera. W tym celu już przed 19 etapem zawiązał przeciwko Bernardowi sojusz wraz z Pedro Delgado i Stephenem Rochem. Zaplanował atak w strefie bufetu, wykorzystując swoją znajomość terenu. Wiedział, że niedługo później znajduje się wąski most, który siłą rzeczy utrudni pogoń La Vie Claire – bardzo mocnej drużynie Bernarda. Trójka przystąpiła do etapu obładowana jedzeniem, a później przystąpiła do realizacji planu, który powiódł się w… 120 procentach. Nie uwzględnił kolejnej sprzyjającej okoliczności – tego, że Bernard złapie gumę.
Mimo planu i sprzyjających okoliczności, Mottet nie osiągnął swojego celu. Nie wytrzymał tempa nadawanego przez Irlandczyka i Hiszpana i został z tyłu. Wyprzedził w “generalce” Bernarda, a mimo to spadł w niej na trzecią pozycję, której i tak później nie utrzymał. Bernard i tak okazał się od niego lepszy, więc Mottet spadł na czwartą pozycję. Ani jeden, ani drugi już nigdy później nie byli już tak blisko wygrania największego francuskiego wyścigu.
Francuzi dostali jednak jeszcze jedną szansę na wygranie wyścigu. W 1989 roku Laurent Fignon po serii urazów wrócił w końcu do dawnej dyspozycji. Wygrał Giro d’Italia, a podczas Tour de France również długo prowadził. Niestety pokonało go to, co zawsze było jego wielką siłą. Gdy w 1984 roku sięgnął po swoje drugie zwycięstwo w Tour de France, wygrał wszystkie trzy czasówki znajdujące się na trasie wyścigu. Pięć lat później na wszystkich trzech był słabszy od Grega LeMonda, a najsłynniejsza była ostatnia z nich.
Fignon stracił na niej do Amerykanina blisko minutę i o osiem sekund przegrał cały wyścig. Dziś tamtą porażkę najczęściej tłumaczy się przewagą technologiczną Amerykanina, który przystąpił do etapu w aerodynamicznym kasku i specjalnie sprofilowaną kierownicą – obecnie, nie bez kozery nazywaną Lemondką. Sam Amerykanin na mecie tamtego wyścigu miał powiedzieć Fignonowi: “Przegrałeś przez Guimarda”. Uważał bowiem, że francuski menedżer, który zawsze był otwarty na nowinki techniczne, tym razem przespał odpowiedni moment. Nie zapewnił swojemu podopiecznemu rywalizacji na równych zasadach z LeMondem.
Początek wielkiej smuty
Słabszy występ Fignona na Polach Elizejskich z pewnością długo śnił się po nocach francuskim miłośnikom kolarstwa. Na początku jako wielka trauma, jednak niewykluczone, że po jakimś czasie zaczęli podchodzić do tamtego momentu z pewnym rozrzewnieniem. Ostatecznie ich rodak postawił jednemu z najlepszych kolarzy w historii bardzo trudne warunki i to mimo sprzętowej nierównowagi.
Prawdziwy kryzys rozpoczął się w 1990 roku. Charly Mottet po nieudanych występach w rozpoczynających wyścig czasówkach, skupił się na etapach i była to dobra decyzja – jeden z nich wygrał. Laurent Fignon wystartował w wyścigu krótko po urazie odniesionym podczas Giro d’Italia, a na trzecim etapie upadł raz jeszcze i szybko wycofał się z wyścigu. Ostatni z francuskiej wielkiej trójki – Jean-Francois Bernard, przejechał Wielką Pętlę praktycznie w ogóle nie zaznaczając swojej obecności. W związku z tym w czołowej “10” wyścigu po raz pierwszy od 1925 roku zabrakło jakiegokolwiek Francuza.
Okazało się, że był to dopiero początek mąk zawodników gospodarzy. Nie zawsze kończyło się takim blamażem, jak w 1990. Rok później na przykład po odważnej akcji na etapie z metą w Pau Luc Leblanc i Charly Mottet wspięli się nawet na 1. i 3. miejsce w klasyfikacji generalnej, ale ostatecznie zawsze kończyło się rozczarowaniem. W dodatku trudno było o nie winić dominację Miguela Induraina. Francuzi ani razu nie byli w stanie wspiąć się na podium swojego narodowego wyścigu, choć w międzyczasie dokonali tego m.in. Polak (Zenon Jaskuła), Łotysz (Piotr Ugrumow) oraz Duńczyk (Bjarne Riis).
Ryszard – rycerz w maillot a pois
Długie oczekiwanie na podium mogło niepokoić francuskich kibiców, ale wciąż nie było ewenementem w całej historii wyścigu. Owszem, nigdy wcześniej oczekiwanie na nie nie trwało aż tak długo, lecz… Tour de France nigdy nie był sprawą wewnętrznie francuską. Nawet przed II wojną światową Francuzom przydarzyła się passa czterech kolejnych edycji niezakończonych nawet w czołowej trójce. Być może właśnie dlatego kolejna z francuskich nadziei – Richard Virenque, nigdy nie czuła, że walka w klasyfikacji generalnej jest dla niej obowiązkiem.
– Na pewno nie czułem takiego ciśnienia ze strony kibiców, jak dzisiejsi kolarze… Ostatecznie od ostatniego triumfu Francuza mijało wtedy tylko 10 lat – nie czterdzieści, jak teraz… – mówił niedawno w rozmowie z L’Equipe. A w innym miejscu tego samego wywiadu przyznał nawet – Byłem zwykłym rycerzem noszącym koszulkę w groszki […]. Nawet jeśli kibice albo organizatorzy chcieli czegoś więcej, ja miałem swoją koszulkę i byłem zadowolony.
Mimo wszystko, Virenque walczył także w klasyfikacji generalnej. Pierwszy atak na podium przeprowadził w 1994 roku, gdy etap jazdy indywidualnej na czas na 19. etapie zepchnął go z drugiego na piąte miejsce. Dwa lata później wrócił silniejszy – znów szalał w Pirenejach, ale tym razem na czasówce nie dał się rywalom – zajął na niej 7. miejsce i obronił się przed atakiem Laurenta Dufauxa. Dzięki temu, po siedmiu latach od bolesnej porażki Fignona, Francuz znów pojawił się na podium wyścigu. Rok później poszło mu nawet lepiej – zajął 2. miejsce.
Pomimo dwóch miejsc na podium klasyfikacji generalnej, Francuz ani razu nie zbliżył się do zwycięstwa w wyścigu. Ani przez moment nie był liderem, a jego straty do zwycięzców za każdym razem były znaczne – za pierwszym razem blisko pięć, a za drugim – blisko 10 minut. W 1998 roku planował wielki rewanż – dopingował go sam Jacques Chirac – Sądzono powszechnie że wygram – nawet Chirac poprosił wtedy ASO, żeby Tour de France zagościł w Correze [miejscowość, w której Chirac miał swoją siedzibę]!.
Dalszy ciąg historii wielu z was zapewne zna: nim wyścig rozkręcił się na dobre, w samochodzie Festiny – drużyny Virenque’a znaleziono środki dopingujące. W krótszej perspektywie zakończyło się to dyskwalifikacją całej ekipy z wyścigu – w dłuższej, kilkumiesięcznym zawieszeniem Virenque’a. Wydarzenia, które dziś nazywamy “aferą Festiny” sam kolarz do dziś uważa za spisek francuskiej lewicy, nawet mimo tego, że ostatecznie sam przyznał się do korzystania z niedozwolonych środków.
Po “Aferze Festiny” już nigdy nie włączył się na poważnie do walki o najwyższe lokaty w Tour de France, choć raczej nie może narzekać na swoje dalsze losy. Jeszcze przez kilka lat pozostawał “Rycerzem w maillot a pois” i do dziś jest częstym gościem przeróżnych kolarskich programów.
Mała złota era
Możemy być pewni, że jednym z powodów dla których Richard Virenque do dziś cieszy się wśród Francuzów sporą popularnością, jest fakt, że nie doczekał się wielu godnych następców. Po tym, jak w 1997 roku po raz drugi stanął na podium, na kolejny podobny sukces swojego kolarza gospodarze czekali aż 15 lat. I wtedy w ich sercach zagościła nowa nadzieja.
Wątpliwe, by wiązała się z Jeanem-Christophem Peraudem – kolarzem, który zajął wówczas 2. miejsce. Kolarz AG2R miał już wtedy miał już wtedy 37 lat, więc nie rokował nadziei, ale w ślad za nim szli dwaj piekielnie zdolni młodzi kolarze, którzy przez długi czas bili się o miejsce na podium i białą koszulkę. Lepszy okazał się Pinot, któremu ostatecznie udało się zdystansować rywala, tak jak on urodzonego w 1990 roku, jednak 6. miejsce Romaina Bardeta i tak było dopełnieniem bardzo udanego wyścigu dla Francuzów.
Mieli po 24 lata i wróżono im, że przez dekadę będą walczyć o zwycięstwo w Wielkiej Pętli, jednak tylko Bardet po części spełnił te nadzieje. Był regularny – w latach 2014-24 dziesięciokrotnie wystartował w Tour de France: 7 razy zameldował się w czołowej “10” i wygrał cztery etapy. Dwa razy zameldował się na podium i przez większą część wyścigów z lat 2016-17 to on jawił się jako najgroźniejszy konkurent Chrisa Froome’a.
Sęk w tym, że nie było nawet chwili, w której można było pomyśleć, że ma bardzo duże szanse na to, by zdetronizować Brytyjczyka. Nairo Quintana miał swoje Alpe d’Huez w 2015 roku, gdy tymczasem Bardet nawet gdy miał w “generalce” 23 sekundy straty do Froome’a (2017 rok), to mimo licznych prób nie był w stanie na dobre oderwać się od Brytyjczyka, a potem jeszcze poniósł wyraźne straty na etapie jazdy indywidualnej na czas.
Przygoda Pinota z największym francuskim wyścigiem ułożyła się niemal dokładnie na odwrót. On już nigdy nie wrócił do jego czołowej “10”, ale za to w 2019 roku miał swój wielki moment, gdy przez kilka godzin był głównym faworytem bukmacherów do wygrania klasyfikacji generalnej. To jest jednak materiał na inną opowieść, zaś na zakończenie tej wypada dodać, że ani jeden, ani drugi kolarz swojego dorobku w Tour de France już nie poprawią.
Francuzi dziś mogą pokładać nadzieję na to, że kiedyś to, czego nie zrobili Virenque, Bernard czy Bardet, dokona kiedyś Kevin Vauquelin, Lenny Martinez albo Paul Seixas. Na razie jednak pozostaje im czekać…
Najlepsi Francuzi w Tour de France po 1985 roku:
| Rok | Najlepszy Francuz | Klasyfikacja generalna |
| 1986 | Bernard Hinault | 2. miejsce |
| 1987 | Jean-Francous Bernard | 3. miejsce |
| 1988 | Eric Boyer | 5. miejsce |
| 1989 | Laurent Fignon | 2. miejsce |
| 1990 | Fabrice Philipot | 14. miejsce |
| 1991 | Charly Mottet | 4. miejsce |
| 1992 | Pascal Lino | 5. miejsce |
| 1993 | Jean-Philippe Dojwa | 15. miejsce |
| 1994 | Luc Leblanc | 4. miejsce |
| 1995 | Laurent Jalabert | 4. miejsce |
| 1996 | Richard Virenque | 3. miejsce |
| 1997 | Richard Virenque | 2. miejsce |
| 1998 | Christophe Rinero | 4. miejsce |
| 1999 | Richard Virenque | 8. miejsce |
| 2000 | Christophe Moreau | 4. miejsce |
| 2001 | Francois Simon | 6. miejsce |
| 2002 | David Moncoutie | 13. miejsce |
| 2003 | Christophe Moreau | 8. miejsce |
| 2004 | Christophe Moreau | 12. miejsce |
| 2005 | Christophe Moreau | 11. miejsce |
| 2006 | Cyrille Dessel | 6. miejsce |
| 2007 | Stephane Goubert | 27. miejsce |
| 2008 | Sandy Casar | 13. miejsce |
| 2009 | Christophe Le Mevel | 10. miejsce |
| 2010 | John Gadret | 17. miejsce |
| 2011 | Thomas Voeckler | 4. miejsce |
| 2012 | Pierre Rolland | 8. miejsce |
| 2013 | Romain Bardet | 15. miejsce |
| 2014 | Jean-Christophe Peraud | 2. miejsce |
| 2015 | Romain Bardet | 9. miejsce |
| 2016 | Romain Bardet | 2. miejsce |
| 2017 | Romain Bardet | 3. miejsce |
| 2018 | Romain Bardet | 6. miejsce |
| 2019 | Julian Alaphilippe | 5. miejsce |
| 2020 | Guillaume Martin | 11. miejsce |
| 2021 | Guillaume Martin | 8. miejsce |
| 2022 | David Gaudu | 4. miejsce |
| 2023 | David Gaudu | 9. miejsce |
| 2024 | Guillaume Martin | 13. miejsce |
Flamme Rouge to mój cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu.
Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego
Flamme Rouge #2: Pogačar z głową w chmurach
Flamme Rouge #3: Najlepsi czasowcy w historii Tour de France
Flamme Rouge #4: Najmłodszy zwycięzca w historii
Flamme Rouge #5: Ben Healy znów jest skuteczny
Flamme Rouge #6: Mathieu van der Poel jak św. Mikołaj?
Flamme Rouge #7: Kolejny zawód Evenepoela










Zabrakło mi tu opowieści o dwóch wojownikach nadziei: Thoma Voeclerze i Julianie Alaphilipie. Tour z 2011 wciąż uważam za najlepszy jaki świadomie oglądałem (czyli od ok. 2009). No i tam też nadzieją francuską stał się Piere Rolland (co by było gdyby poczekał na Voeclera?)
Ja bardziej zadaję sobie pytanie co by było gdyby Thomas Voeckler nie podjął nieskutecznej próby przeskoku na Telegraphe i Galibier, która z pewnością kosztowała go mnóstwo energii… Zresztą tamten etap to dla mnie do dziś najlepsze widowisko jakie widziałem.
Tour z Voeclerem kiedy tak długo liderował. Nie do zapomnienia. Zgadzam się z przedmówcami.
Tak to fakt, skakał, a potem i tak się wszystko zjechało. No ale mądry człowiek po fakcie.
Skaczący Contador z Sanchezem, atak Rollanda, Walka Schlecków.
No i Cadel, który musiał sam bez zespołu ciągnąć i kontrolować. Coś wspaniałego. No i francuzi czekali aż do 19 etapu na zwycięstwo. I to gdzie, w Alpe d’Huez!
To był początek chyba stosowania krótkich dynamicznych etapów, bo tam było chyba raptem jakieś 110 km z Galibier i D’Huez