Sobotni etap Tour de France był kolejnym dowodem na to, że Tadej Pogačar jest dziś jednym z ostatnich kolarzy, których można zgubić na wiatrach. Nie zawsze tak jednak było. Podczas swojego pierwszego występu w Wielkiej Pętli Słoweniec bywał bowiem dość niefrasobliwy.
Jeśli pod koniec lata 2020 roku 21-letni Tadej Pogačar spoglądał na listę najmłodszych etapowych zwycięzców Tour de France XXI wieku, nie widział na niej choćby jednego zawodnika młodszego od siebie. Choć od kilkunastu miesięcy proces juwenalizacji kolarstwa mocno przyspieszał, dyscyplina co do zasady wciąż premiowała zawodników wyraźnie starszych od Słoweńca.
Tyle że on nie musiał się tym szczególnie przejmować. Od początku przygody w zawodowym peletonie wszystko przychodziło mu szybciej, niż mógłby zakładać ktokolwiek. Nawet on sam. – Nie sądzę, żebym wystartował w wielkim tourze – zapowiadał jeszcze w styczniu 2019 roku. Tymczasem już osiem miesięcy później zajął 3. miejsce w Vuelta a Espana. W Hiszpanii wystartował, bo drużyna nie miała innego wyjścia. Nie mogła zignorować tego, że wygrał już swój pierwszy wyścig w Europie przejechany jako kolarz UAE Team (Volta ao Algarve), a potem świetnie zaprezentował się w szeregu wyścigów najwyższej dywizji, jeden z nich nawet kończąc na pierwszym miejscu (Tour of California).
Z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia w kolejnym sezonie. Najpierw, jeszcze w grudniu przekonywano, że Pogačar na Tour de France będzie pomocnikiem Fabio Aru, ale później role się odwróciły. Choć komunikacie dotyczącym ostatecznego składu na wyścig obu przedstawiono jako równoprawnych liderów, to przytoczono wypowiedź tylko jednego z nich – tego młodszego. Już wtedy wiadomo było, że to Słoweniec – czwarty kolarz rozgrywanego chwilę wcześniej Criterium du Dauphine, jedzie do Francji walczyć o dobry wynik w klasyfikacji generalnej.
Dobry wybór
Tadej Pogačar bardzo szybko pokazał, że postawienie na niego było świetną decyzją. Dynamikę, z której dziś słynie, zaprezentował w pewnym, nieco ograniczonym stopniu już podczas Grand Depart w Nicei, gdzie po finiszu z małej grupy zajął 6. miejsce – pomiędzy Aleksiejem Łucenką a Maximilianem Schachmannem.
Jeszcze ważniejszy moment miał nadejść dwa dni później na etapie kończącym się podjazdem pod Orcières-Merlette. Kibice kolarstwa, szczególnie ci ze Słowenii, znów mogli się tam poczuć jak kilka miesięcy wcześniej, podczas Vuelta a Espana. Tam, w Hiszpanii, Roglič i Pogačar stoczyli szereg pojedynków – m.in. na Los Machucos, gdzie ustrzelili dublet. Wtedy wygrał nieatakowany przez rodaka Pogačar – tym razem, we Francji szybszy był Roglič. Mimo nieznacznej porażki, młodszy kolega i tak był zadowolony ze swojego występu.
– Drugie miejsce za Rogličem to świetny wynik. Wspaniale jest rywalizować z najlepszymi kolarzami na świecie.
– mówił podekscytowany zawodnik, który tamtego dnia awansował na 4. miejsce w klasyfikacji generalnej.
Po dwóch kolejnych dniach i kryzysie Juliana Alaphilippe’a był już na podium. Wyścig dopiero się zaczynał, a różnice były niewielkie, ale przebieg pierwszych sześciu dni rywalizacji musiał być dla utalentowanego 21-latka bardzo satysfakcjonujący. Tym bardziej, że nie był w gronie największych faworytów do końcowego zwycięstwa – nawet w naszej przedwyścigowej zapowiedzi poświęciliśmy mu zaledwie jedno zdanie:
– Na tle bardzo licznej i szalenie utalentowanej młodzieży wyróżnia się też Tadej Pogačar (UAE-Team Emirates), choć trzeba pamiętać, że świetne wyniki uzyskiwane za młodu we Vuelcie relatywnie często nie znajdują potwierdzenia w pozostałych wielkich tourach.
“Kwiatek” – wróg i pomarańczowi przyjaciele
Pogačar zyskiwał więc cenne sekundy tam, gdzie było to możliwe, zaś na pozostałych etapach unikał głupich strat. Dobra passa skończyła się jednak w najmniej spodziewanym momencie – przynajmniej sądząc po profilu. Etap z Millau do Lavaur owszem, był pofałdowany, ale tylko w pierwszej części. Druga była relatywnie płaska, co widać po czołówce tamtego etapu: pierwsze miejsce zajął Wout Van Aert, drugi był Edvald Boasson Hagen, zaś trzeci – Bryan Coquard.
Tyle że między startem a metą doszło do szeregu zdarzeń, które postawiły młodego Słoweńca w bardzo niekomfortowej sytuacji. Przede wszystkim, na około 35 kilometrów przed metą peleton musiał zmierzyć się z charakterystycznym dla tamtej części Oksytanii vent d’autan. To nie musiało jeszcze wcale oznaczać pogromu faworytów – większość z nich początkowo dość dobrze poradziła sobie z podmuchami wiatru, lecz wtedy na czoło wyszedł Michał Kwiatkowski. Po pracy Polaka z peletonu zostały strzępy, a wśród tych, którzy z niego odpadli, znaleźli się przede wszystkim Mikel Landa oraz Richie Porte.
Niestety obok obu kolarzy, którzy raczej nie kojarzą się z bezproblemową jazdą w grupie, pojawił się również obiecujący Słoweniec, który odpadł z grupy wraz z liderem CCC – mistrzem olimpijskim, Gregiem Van Avermaetem. Niestety, ani praca polskiej grupy, ani współpracującego z nią zespołu Pogačara, ani nawet ambitna jazda samego Słoweńca w końcówce nie pozwoliła mu dogonić 40-osobowej czołówki. Zapłacił za to, że w kluczowym momencie nie udało mu się pojawić z przodu peletonu. Na jego usprawiedliwienie warto wszak dodać, że na trasie zabrakło mu nie tylko doświadczenia, ale także nieco szczęścia:
– Już zaczynaliśmy się przesuwać, kiedy nagle ktoś przede mną się przewrócił. To dlatego nie znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie
– relacjonował tuż po przekroczeniu linii mety. Choć stracił aż 1 minutę i 21 sekund i wypadł poza pierwszą dziesiątkę, wcale nie wyglądał na zmartwionego: “Nie martwię się tym szczególnie, to tylko minuta” – uspokajał.
Dyptyk Tadeja
Czas przyznał mu rację. Najgorszy dzień Słoweńca podczas tamtego Tour de France przydarzył się bowiem w piątek, zaś już sobota i niedziela ułożyły się dla niego w najlepszy z możliwych sposobów.
Miejscem pierwszego pokazu siły Tadeja Pogačara na francuskich wzniesieniach okazało się Peyresourde. Podczas wspinaczki pod ostatni tamtego dnia podjazd, Słoweniec wykazywał olbrzymią wolę walki. Zaatakował raz – do koła doskoczył mu Roglič wraz z Quintaną. Za drugim razem efekt był podobny. – Widziałem, że wszyscy są podmęczeni, chciałem to wykorzystać – mówił później. Pomimo wzmożonej aktywności, sam wyglądał tak, jakby żadnego zmęczenia nie odczuwał. Dlatego zaatakował trzeci raz – tym razem już bez reakcji ze strony liderów klasyfikacji generalnej. Nawet jeśli rzeczywiście odpuścili, pamiętając o tym, że 21-latek ma już wyraźną stratę w klasyfikacji generalnej, jego występ musiał robić wrażenie. Etapu nie wygrał – o zwycięstwo walczyli harcownicy z Nansem Petersen i Ilnurem Zakarinem na czele, ale zniwelował połowę piątkowych strat, a dodatkowo pobił rekord podjazdu ustanowiony dwie dekady wcześniej podczas niesławnej EPOki.
Następny dzień był natomiast połączeniem piątku z sobotą. Pogačar znów pokazał, że wciąż jeszcze zdarza się mu jeździć z głową w chmurach – na jednej z górskich premii omal nie wywrócił Primoža Rogliča. – Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze ze mną jedzie. Myślałem, że wszystkich zgubiłem – tłumaczył później Pogačar, co było o tyle kuriozalne, że rodak jechał tuż obok niego – a nawet delikatnie go wyprzedzał. Najważniejsze było jednak to, że na koniec obaj znów dojechali do mety na dwóch pierwszych miejscach. Tym razem to młodszy ze Słoweńców był szybszy, dzięki czemu stał się najmłodszym zwycięzcą etapowym w XXI wieku.
😅 A bit of a fright for @TamauPogi and @rogla!
😅 Petite frayeur pour Pogacar et Roglic au Col de Marie-Blanque !#TDF2020 #TDFunited pic.twitter.com/5xwNeLIzdw
— Tour de France™ (@LeTour) September 6, 2020
Tour de Slovenie
Po tamtym weekendzie Pogačar awansował dopiero na 7. miejsce w klasyfikacji generalnej, ale szybko stało się jasne, że to on i Roglič są najmocniejszymi kolarzami wyścigu. W ciągu kolejnych 10 dni to właśnie oni byli w górach najlepszymi spośród faworytów klasyfikacji generalnej, nawet jeśli rzadko walczyli o zwycięstwa etapowe, z czego skrzętnie skorzystali m.in. Daniel Felipe Martinez i Michał Kwiatkowski.
Ciężko było jednak wskazać tego, który był w tych starciach lepszy. Z jednej strony to Tadej Pogačar odniósł w dwójkowym pojedynku z Rogličem zwycięstwo na Grand Colombier. Z drugiej – to starszy ze Słoweńców zostawił młodszego kolarza na Col de la Loze 15 sekund z tyłu, wykorzystując kapitalną pracę Seppa Kussa.
Sumarycznie (a więc po zsumowaniu czasów) w górach lepszy i tak okazał się Pogačar. Choć rzadko się to zdarza, tym razem klasyfikacja górska, którą miał wygrać właśnie młodszy ze Słoweńców, nie kłamała. Gdyby nie straty poniesione na siódmym, wietrznym etapie, to on przystępowałby do czasówki na Planche des Belles Filles z pozycji lidera – a nawet jeśli nie, to jego strata do Rogliča byłaby marginalna – nie aż 57-sekundowa.
Dziś jednak wiadomo, że tamten pozorny pech wyszedł Pogačarowi na dobre. Tamto Tour de France i tak wygrał, zostając najmłodszym kolarzem w całej historii kolarstwa, który mógł na Polach Elizejskich cieszyć się ze zwycięstwa w klasyfikacji generalnej*. A to właśnie straty poniesione w batalii z oksytańskimi wiatrami sprawiły, że wyczyn, którego Słoweniec dokonał później, dwa dni przed swoimi 22. urodzinami, na zawsze przeszedł do historii i do dziś przypominany jest podczas wielu kolarskich transmisji.
*Nie jest jednak najmłodszym zwycięzcą w historii Tour de France. Edycję z 1904 roku wygrał Henri Cornet, któremu triumf przyznano dopiero po dyskwalifikacji czterech pierwszych zawodników.
Flamme Rouge to mój nowy cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu.
Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego










w zeszłym roku widziałem na żywo jak w Nicei tadek odbiera puchar a Cavendish żegna się z peletonem