fot. WikiCommons

95 lat temu Charles Pelissier wygrał 8 etapów w ciągu jednej edycji Tour de France. Od tamtej pory mijały kolejne dekady, a jego osiągnięcie wyrównywali Eddy Merckx oraz Freddy Maertens, ale żadnemu z nich nie udało się go przebić. 

W 1927 roku Alfredo Binda wygrał 8 etapów Giro d’Italia z rzędu, a cały wyścig zakończył z 12 zwycięstwami, co do dziś pozostaje niepobitym wynikiem. Jeszcze lepiej prezentuje się rekord Vuelta a Espana – tam Freddy Maertens potrafił w 1977 roku zatriumfować aż 13 razy. Dziś oba wyniki wydają się absolutnie nie do pobicia przez któregokolwiek ze współczesnych kolarzy. Zdecydowanie bardziej realne jest pobicie rekordu Wielkiej Pętli, który ustanowiony został 27 lipca 1930 roku.

Opowieść o dwóch braciach

Henri i Francis Pelissier byli prawdopodobnie najbardziej znanym duetem braci w przedwojennej historii kolarstwa. Znano ich nie tylko w ojczyźnie, ale i w krajach sąsiednich. Gdy w 1924 roku gazeta “Excelsior” postanowiła stworzyć Wyścig Dookoła Kraju Basków, bracia znaleźli się wśród licznych obcokrajowców, których organizatorom udało się przyciągnąć dzięki współpracy z francuskim “L’Auto”. Francis wygrał tamten wyścig bez jakiegokolwiek trudu, a jego przewaga nad drugim kolarzem do dziś pozostaje rekordowa. 

Tym drugim kolarzem był oczywiście Henri, który stracił do swojego młodszego brata 14 minut i 54 sekundy. Nie zmienia to jednak faktu, że to starszy z Pelissierów był tym zdecydowanie lepszym. Na zwycięstwa Francisa w Paris-Tours, Paris-Bordeaux i szeregu nieco tylko mniej prestiżowych klasyków, potrafił odpowiedzieć wygraniem Il Lombardia, Mediolan-San Remo, Paryż-Roubaix i klasyfikacji generalnej Tour de France.

To ten ostatni triumf zapewnił najstarszemu z Pelissierów nieśmiertelność. Odniósł go bowiem po okresie pierwszej wielkiej francuskiej smuty. W latach 1912-22 gospodarze nie odnieśli ani jednego zwycięstwa w wyścigu, który już wtedy cieszył się ogromną popularnością. I w większym stopniu niż wybuch I wojny światowej odpowiadali za ten stan rzeczy Belgowie, którzy w tamtym czasie wygrali wszystkie siedem rozegranych edycji. 

Bracia stali się jednak sławni nie tylko z powodu wyników – być może jeszcze większą sławę przyniosło mu to, co wydarzyło się rok później w wyścigu, którego nie ukończyli. Przejechali tylko 3 spośród 15 etapów, a później się wycofali – Francis w wyniku kontuzji, a Henri w ramach protestu wobec działań Desgrange’a, które następnie skrytykował w rozmowie z dziennikarzem – Albertem Londresem. W jej trakcie oprócz narzekań na szereg decyzji podejmowanych przez szefa wyścigu, pokazał dziennikarzowi woreczek kokainy i chloroform. – Zobacz. Zobacz, co musimy tutaj zażywać, by przetrwać – narzekał. Miał na co, ponieważ tamtego roku kolarze przejechali piętnaście około 400-kilometrowych etapów rozgrywanych w ciągu zaledwie 30 dni.

W cieniu 

Być może to właśnie opowieści najstarszego syna o trudach życia zawodowego kolarza sprawiły, że głowa rodziny Pelissierów, nie chciała tego samego dla urodzonego w 1903 roku Charlesa. Marzyło mu się, by syn przejął jego warsztat, jednak ostatecznie młodzian, zasłuchany w relacje o kilka (Francis) i kilkanaście (Henri) lat starszych braci, ostatecznie i tak został poszedł w ich ślady. Już jako 14-latek wystartował w swoim pierwszym amatorskim wyścigu i pokazał się z na tyle dobrej strony, że postanowił próbować swoich sił w kolejnych. 

Pomoc braci okazała się nieoceniona – zwłaszcza Francisa. Młodszy z dwóch starszych braci Charlesa wziął na siebie rolę mentora. Jeździł na amatorskie wyścigi brata w roli trenera, ale też zabierał go na te imprezy, które sam wygrywał – np. Paryż-Bordeaux. Z kolei znajomości Henriego pozwoliły Charlesowi na szybkie podpisanie zawodowego kontraktu. Już jako 19-latek dołączył do Automoto – nowej kolarskiej drużyny, w której gwiazdą był najstarszy z Pelissierów, obok którego w składzie można było znaleźć m.in. Paula Demana, Eugene’a Christophe’a czy Honore’a Berthelemy’ego.

Długo nie potrafił wyjść z cienia braci. Nie był kolarzem takim jak Henri Cornet, który od pierwszego dnia na rowerze zachwyca wszystkich kibiców. Do sukcesów dorastał długo Jego pierwszy udokumentowany “występ” w Tour de France to 1925 rok, jednak bynajmniej nie wystartował tam w roli kolarza. Po czterech latach od momentu podpisania zawodowego kontraktu wciąż nie mógł się załapać do składu zespołu na najważniejszy wyścig w roku. 

Na Col du Tourmalet pojawił się wraz ze znajomymi, jako kibic i zdaniem dziennikarzy obecnych na wyścigu zachowywał się w sposób skandaliczny. Przede wszystkim, zirytowany tym, że kilka dni wcześniej na pierwszej stronie ukazała się karykatura Francisa, miał podejść do samochodu Henriego Desgrange’a – szefa wyścigu, obrażać go, a na koniec rzucić – mnie nigdy tu nie zobaczycie!

Rzeczywiście. Wtedy istniała ku temu spora szansa – w końcu trzeba było prezentować odpowiedni poziom sportowy. Tymczasem Desgrange zdawał się powątpiewać w talent najmłodszego z braci:

Tak naprawdę nie słyszałem wcześniej o tym człowieku, co nie świadczy o nim zbyt dobrze. Znam na pamięć zwycięzców wszystkich wyścigów we Francji. Nawet tych drugorzędnych. Ten chłopak ma już 23 lata i wciąż nie znalazł sposobu na to, by cokolwiek wygrać!

Inny z dziennikarzy L’Auto kpił z niego w nieco bardziej kreatywny sposób:

– Henri i Francis są jak pawie. Mają piękne pióra, które Charles czasem po prostu podkrada i przykleja sobie do pleców. Później jeździ sobie w nich po sportowych szosach i udaje sójkę.  

„Jak Chrystus”

Jakże inna atmosfera panowała między oboma panami sześć lat później. Henri Desgrange był pod olbrzymim wrażeniem postawy najmłodszego z braci Pelissierów. Nazywał go “geniuszem, przeznaczonym do wygrywania”. Gdy na jednym z etapów Charles Pelissier rzucił się na pomoc liderowi swojego zespołu – Antoninowi Magnemu, który stracił mnóstwo czasu w wyniku defektu roweru, jego wyczyn został skomentowany przez szefa L’Auto w następujący sposób*:

– Charles Pelissier nie ma już siły ani się śmiać, ani płakać. Wygląda jak umierający Chrystus, którego właśnie zdjęto z krzyża. Podnosi oczy do nieba – być może chce przekląć boga sportu, który narzucił mu dziś tak ciężkie zadania. Cóż za wielki, wspaniały kolarz Ucałowałem go z podziwem tak, jak całuje się swoje dziecko. Wielkie, bolesne, ale jakże wspaniałe.

Desgrange cenił najmłodszego z Pelissierów także dlatego, że, wbrew pierwszemu wrażeniu nie okazałrównie niepokorny co jego bracia. – Nie jest typem rewolucjonisty, organizator nie jest jego wrogiem – opisywał legendarny dyrektor wyścigu w felietonie napisanym po tragicznej śmierci Henriego, który w 1935 roku zginął zastrzelony przez kochankę. 

Charles był już wtedy pod koniec swojej kolarskiej drogi. Był znany jako świetny zespołowy kolega, który przyczynił się do tego, że Francuzi odzyskali w końcu prymat w swoim rodzimym wyścigu. Od 1929 roku, gdy Charles Pelissier zadebiutował w Tour de France, do 1935, gdy przejechał Wielką Pętlę po raz ostatni, Francuzi wygrali aż 5 z 7 edycji. 

Był to kapitalny wynik biorąc pod uwagę fakt, że na przestrzeni 14 poprzednich wyścigów, jedynym reprezentantem gospodarzy, który potrafił tego dokonać, był Henri Pelissier. Charles ani razu nie poszedł w ślady brata – jego najlepszym wynikiem w klasyfikacji generalnej było 9. miejsce. Nie oznacza to jednak, że ograniczał się do pomagania zespołowym kolegom. Sam wielokrotnie wracał ze zwycięstwami na poszczególnych etapach. Łącznie odniósł ich 15. Ponad połowę wywalczył w 1930 roku.

*W latach 1929-1961 kolarze nie startowali jako członkowie klubów, a jako reprezentanci krajów.

Legenda

To właśnie edycja z 1930 roku uczyniła z Charlesa Pelissiera legendą kolarstwa. Pięć lat po nieszczęsnym incydencie na Tourmalet był już powszechnie szanowanym w peletonie zawodnikiem. Już w 1929 roku, podczas swojego debiutu w Tour de France wygrał jeden z etapów z przewagą 25 minut nad peletonem*. Wtedy nie wygrał całego wyścigu i na kolejny wcale nie jechał w roli faworyta, jednak liczył na to, że uda mu się złowić kilka etapów.

Udało się to już pierwszego dnia, gdy na etapie z Paryża do Caen uciekł wraz z Alfredo Bindą, a następnie pokonał go w sprincie. Rok po tym, jak stał się trzecim Pelissierem, który wygrał etap Tour de France, został trzecim liderem tego wyścigu w rodzinie. Nie zamierzał na tym wcale poprzestawać.

Okazał się przekleństwem Bindy, uważanego wówczas przez wielu znawców kolarstwa i wszystkich Włochów, za najlepszego kolarza na świecie. Włoch długo nie potrafił znaleźć na niego sposobu. Na 3. etapie znów zajął drugie miejsce, po finiszu z dużej, 57-osobowej grupy – znów za Pelissierem. Francuz aby pokonać swojego wielkiego rywala niekiedy posuwał się do nieczystych zagrywek, jak choćby wtedy, gdy na finiszu 6. etapu pociągnął go za koszulkę. Akurat tamten ruch nikomu nie wyszedł jednak na dobre. Bindę na finiszu wyprzedził Jean Aarts, zaś Pelissier – pierwotny zwycięzca etapu, został za karę przesunięty na 3. pozycję.

Binda w końcu, na 8. etapie, pokonał Francuza, jednak całościowo to właśnie Pelissiera trzeba było uznać za skuteczniejszego na finiszach. Gorzej poszło mu w górach. Podobno w 1925, stojąc na szczycie Tourmalet, głośno śmiał się z kolarzy, że chce im się pokonywać takie podjazdy. Pięć lat później był jednym z nich i ewidentnie mu się to nie podobało – to właśnie na Tourmalet stracił ponad 20 minut i wypadł z walki o końcowe zwycięstwo.

Gdy jednak robiło się tylko nieco łatwiej, a kolarze do pokonania mieli już tylko nieco mniej wymagające podjazdy, był w stanie utrzymać tempo najlepszych górali. Tak było choćby na etapie z Portet d’Aspet, Port i Puymorens, gdzie wywalczył sobie 3. zwycięstwo. Najlepiej szło mu jednak na płaskich etapach. W końcówce wyścigu, gdy Bindy nie było już na trasie, podobnie jak kilku innych zawodników – zwłaszcza tych, których wykończyły górskie etapy, nie miał sobie równych. Wygrał cztery ostatnie odcinki – wszystkie po finiszach z grupy. Zwycięstwa w całym wyścigu mu to nie dało – był 9., ale i tak przeszedł do historii

* ci, którzy pamiętają odcinek Flamme Rouge o Henrim Cornecie, wiedzą już, że na początku historii Tour de France, różnice między poszczególnymi kolarzami wielokrotnie liczone były nie w minutach, a w godzinach. W 1930 roku 25-minutową różnicę na etapie można było traktować już jednak jako stosunkowo dużą. Jeśli do mety na czele dojeżdżał samotny kolarz, to z reguły jego przewaga nie przekraczała kilku minut nad drugim. W tamtej edycji Tour de France nikt nawet nie zbliżył się do 25 minut przewagi – najbliżej był Marcel Bidot, który 12. etap do Cannes zakończył niespełna 3 minuty przed Nicholasem Frantzem.

Dziedzictwo

Rekord Pelissiera niepobity pozostaje do dziś, a przez wiele lat wydawał się nawet niemożliwy do wyrównania. Przez cztery kolejne dekady pozostawał niewzruszony, aż w końcu nadeszła nowa era. Era Eddy’ego Merckxa, który w 1970 roku w końcu powtórzył wyczyn Pelissiera, nie tylko wygrywając 8 etapów, ale także cały wyścig. Tego samego dokonał jeszcze cztery lata później, gdy po raz ostatni w karierze zdominował Wielką Pętlę. 

Dwa lata później, gdy “Kanibal” odpuścił sobie kolejny start, jego miejsce zajął młodszy rodak – Freddy Maertens, trzeci w historii kolarz z ośmioma zwycięstwami w jednej edycji Tour de France. W ciągu sześciu lat wyczyn Pelissiera, dotąd niedościgniony, wyrównano aż trzykrotnie. Gdyby Francuz wciąż jeszcze żył, mógłby się wówczas obawiać się o utrzymanie rekordu.

Zupełnie niepotrzebnie, bowiem za rok minie 50 lat od sukcesu Freddy’ego Maertensa, a kolejnych naśladowców jak nie było, tak nie ma. W XXI wieku nikt nawet nie zbliżył się do wyniku dwóch Belgów i Pelissiera. Gdyby nawet zapomnieć na moment o tym, że Lance Armstrong z powodu dopingowego oszustwa został pozbawiony wszystkich najważniejszych sukcesów, jego rekord wygranych w jednej edycji to 5. Mark Cavendish poradził sobie tylko nieznacznie lepiej – w 2009 roku wywalczył sześć triumfów, a jeszcze gorzej prezentują się wyczyny takich sprinterów jak Alessandro Petacchi czy Marcel Kittel.

Kto wie, być może coś, co nie udało się żadnemu spośród wymienionych, uda się kiedyś Tadejowi Pogačarowi. Słoweniec już rok temu wygrał 6 etapów, a wciąż istnieje szansa, że w tym roku będzie jeszcze lepiej. Po tym, jak na sobotnim etapie zajął “dopiero” 2. miejsce, szanse na pobicie rekordu Pelissiera i spółki zmalały niemal do zera, ale kto wie? Może uda się go chociaż wyrównać? Dokonanie tego będzie bardzo trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy “tylko” wygrać wszystkie trzy pozostałe górskie etapy i finisz na Polach Elizejskich, co hipotetycznie wciąż jest możliwe, biorąc pod uwagę delikatne utrudnienia, które zafundowali kolarzom organizatorzy. I choć ciężko uwierzyć, by taki scenariusz się powiódł, to Tadej Pogačar już wielokrotnie pokazywał, że dla niego niemożliwe właściwie nie istnieje.


Flamme Rouge to mój cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu. 

Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego

Flamme Rouge #2: Pogačar z głową w chmurach

Flamme Rouge #3: Najlepsi czasowcy w historii Tour de France

Flamme Rouge #4: Najmłodszy zwycięzca w historii

Flamme Rouge #5: Ben Healy znów jest skuteczny

Flamme Rouge #6: Mathieu van der Poel jak św. Mikołaj?

Flamme Rouge #7: Kolejny zawód Evenepoela

Poprzedni artykułDavid Lappartient grozi ekipom angażującym się w OneCycling odebraniem licencji
Następny artykułTour Bitwa Warszawska 2025: Poznaliśmy miasta etapowe
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze