I’m gone. I’m dead – te słowa chyba na zawsze pozostaną symbolem niepowodzeń Tadeja Pogačara na Col de la Loze. Słoweniec dwa razy przejeżdżał przez to wzniesienie i dwa razy poniósł porażkę. Na szczęście już jutro dostanie szansę na to, by przynajmniej częściowo przegonić stare demony.
Jeszcze do niedawna nazwa Col de la Loze niewiele mówiła kolarskim kibicom. Jedna z pierwszych wzmianek na temat wzniesienia w szosowym kontekście pojawiła się w… 2018 roku. Portal gazety “Le Dauphine Libere” informował:
– Szlak prowadzący na Col de la Loze jest utwardzany od strony Courchevel. Trwa także budowa połączenia od strony Méribel. 23 czerwca 2019 roku pojawi się nowe wyzwanie dla rowerzystów, rolkarzy i biegaczy!”.
Kilka tygodni przed ukazaniem się artykułu, Tadej Pogačar wygrał Tour de l’Avenir. Tymczasem kolejna edycja Wyścigu Przyszłości miała się rozstrzygnąć właśnie m.in. na nowym podjeździe. Podczas „wyścigu przyszłości” nowy podjazd gościł górską czasówkę wygraną dość niespodziewanie przez Alexandra Evansa. To była próba generalna przed tym, co miało stać się w kolejnym roku, gdy świeżo wyasfaltowaną drogą po raz pierwszy przejechał Tour de France.
Za trudna dla najlepszego górala
Trafiło na bardzo ciekawą edycję. Przed Col de la Loze wszystko wskazywało na to, że Wielką Pętlę wygra Słoweniec, ale nie wiadomo było jeszcze który. Z jednej strony mieliśmy Tadeja Pogačara, który w pierwszym tygodniu stracił blisko półtorej minuty na rantach, ale później stopniowo odrabiał straty. Z drugiej – Primoža Rogliča, który przez cały dotychczasowy wyścig jechał czujnie i, pomijając bonifikaty, stracił do rodaka czas tylko na Peyresourde.
Przed etapem różnica między nimi wynosiła niespełna 40 sekund. Na mecie większości dotychczasowych etapów dwójka pojawiała się razem, ale nowy podjazd dawał widoki na to, by zmienić ten stan rzeczy. Miał być testem trudniejszym niż dotychczasowe. Wspinaczka ciągnęła się blisko 19 kilometrów o średnim nachyleniu wynoszącym 7,7% i nieregularnej stromiźnie. Musiała dać kolarzom w kość tym bardziej, że poprzedzona była tylko nieznacznie łatwiejszym podjazdem pod Col de Madeleine.
Drużyny obu faworytów odrobiły pracę domową. Trzeba przyznać, że na Col de la Loze także UAE Team, które dysponowało jeszcze wtedy zdecydowanie gorszą kadrą niż Jumbo-Visma zrobiło dla Pogačara tyle ile mogło. Mocna praca Davida de la Cruza spowodowała, że z tyłu został Tom Dumoulin.
Zgubienie zespołowego kolegi Rogliča i jednocześnie dziewiątego kolarza klasyfikacji generalnej było dobrą wiadomością. Niestety dla ekipy z Emiratów i samego Pogačara, z przodu wciąż dzielnie trzymał się niezawodny Sepp Kuss. – Planowaliśmy, że to on wygra dziś etap – mówił po etapie Roglič. Tego celu nie udało się zrealizować. Gdy Kuss zaatakował, na jego kole usiadł Miguel Angel Lopez – walka o etap ze znakomicie dysponowanym Kolumbijczykiem właściwie mijała się z celem. W związku z tym, szybko odpuścił i zajął się udzielaniem pomocy Rogličowi.
Wsparcie Amerykanina okazało się nieocenione. Tempo nadawane przez niego w głównej grupie spowodowało, że Pogačar w końcu nie wytrzymał. Choć na podjazdach z poprzednich etapów wyglądał lepiej od starszego rodaka, tym razem nie wytrzymał tempa Amerykanina.
Został za dwoma kolarzami Jumbo-Visma i ostatecznie dojechał do mety z 15-sekundową stratą do Rogliča. Był najlepszym góralem tamtego wyścigu – nie tylko dlatego, że zakończył go z koszulką w grochy – był najlepszy także po zsumujowaniu czasów uzyskiwanych na górskich etapach.
A jednak Col de la Loze to było dla niego za dużo. Tamten występ spowodował, że pisaliśmy wtedy: – Pokonanie starszego ze Słoweńców walczących o triumf w całym wyścigu będzie już prawie niemożliwe – bo wszystko na to wskazywało. Tego, co po kilku dniach miało wydarzyć się na La Planche des Belles Filles nikt się jeszcze wtedy nie spodziewał.
Kompleks Jonasa
Przed zwycięstwem w Tour de France 2020 Tadej Pogačar był “tylko” jednym z najlepszych kolarzy na świecie – niedługo po nim stał się absolutnym dominatorem. Już rok później, w 2021, nie tylko ponownie wygrał Wielką Pętlę, ale też dołożył triumfy w Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia.
Początek panowania Tadeja Pogačara na kolarskim tronie był imponujący, ale już wtedy na horyzoncie migotał mu jeden niebezpieczny rywal. Nazywał się Jonas Vingegaard, miał 24 lata, swoje pierwsze zwycięstwo w karierze odniósł na trasie Tour de Pologne, a po raz pierwszy napsuł Słoweńcowi krwi wiosną, podczas Wyścigu Dookoła Kraju Basków. Nie tylko ułatwił zwycięstwo w tamtej imprezie swojemu liderowi – Primožowi Rogličowi, ale sam dość niespodziewanie wrócił z drugim miejscem.
Potem jeszcze raz zostawił Słoweńca z tyłu – na Mont Ventoux, już podczas Tour de France. Z perspektywy tamtego wyścigu, nie miało to wcale dużego znaczenia. Pogačar już wcześniej wywalczył sobie dużą przewagę w klasyfikacji generalnej, a choć na szczyt Mont Ventoux wjechał z 30-sekundową stratą do Duńczyka, to wszystko odrobił na wieńczącym etap zjeździe.
Wydarzenie urosło do rangi symbolu dopiero po kolejnej edycji. Pogačar wygrał tam aż trzy etapy – Vingegaard tylko dwa, jednak to on zakończył Wielką Pętlę w żółtej koszulce. Podczas gdy Słoweniec błyszczał przede wszystkim na wymagających lecz krótkich ściankach – Duńczyk górował na potężnych podjazdach.
Swoje zwycięstwa odniósł na Col du Granon i Hautacam – oba o długości kilkunastu kilometrów i sporym nachyleniu. Pokonał tam Pogačara odpowiednio o 2:51 i 1:04. Z kolei Pogačar, nawet gdy wygrywał na znacznie łatwiejszym Peyragudes, nie potrafił zerwać Duńczyka ze swojego koła.
Przesilenie
Rywalizacja Jonasa Vingegaarda z Tadejem Pogačarem już przeszła do historii Tour de France – nigdy wcześniej jeden duet nie walczył ze sobą tak często o zwycięstwo w całym wyścigu. Ta walka nigdy nie była jednak tak wyrównana jak na początku Wielkiej Pętli z 2023 roku. Pierwsze etapy należały do Pogačara, który podczas baskijskiego Grand Depart ciułał kolejne sekundy bonifikat. Później Vingegaard zostawił Słoweńca na Col de Marie Blanque, za co ten zrewanżował mu się już następnego dnia na Cauterets-Cambasque.
Ta wyrównana batalia trwała jednak tylko do czasu. Po czasówce z Passy do Combloux – fenomenalnej w wykonaniu Vingegaarda i tylko świetnej w wykonaniu Pogačara różnica między nimi urosła z 10 sekund do 1 minuty i 48 sekund. Szanse na trzecie zwycięstwo Słoweńca były już wtedy tylko iluzoryczne, ale wciąż liczył jeszcze na to, że jest w stanie odrobić straty – tak jak to zrobił w 2019 roku.
– To może być trudne, ale spróbujemy to jakoś nadrobić – mówił. Etap, który jawił się wówczas jako największa szansa na odrobienie przynajmniej części strat, zaplanowano już następnego dnia. “Może tym razem Col de la Loze okaże się szczęśliwe?” – mógł sobie pomyśleć Tadej Pogačar…
Nie, nie okazało się. Już po kilkunastu kilometrach ucierpiał w kraksie, a przez kolejne kilometry wyglądał, jakby dokuczały mu albo skutki tego zdarzenia, albo choroba. Tego, co wydarzy się na ostatnim wzniesieniu nie spodziewał się jednak nikt. Biorąc pod uwagę nie najlepszą dyspozycję Słoweńca, można było oczekiwać, że podejmie jakąś nieudaną próbę ataku, a potem zostanie za plecami Jonasa Vingegaarda. Tymczasem on został z tyłu już na 9 km przed szczytem podjazdu – wtedy gdy Hindley, Rodriguez i Yates jeszcze spokojnie jechali za kolarzami Visma-Lease a Bike.
To koniec, jestem martwy – mówił przez radio Słoweniec kilka kilometrów później. Już wtedy tracił do Vingegaarda dwie minuty. Nie było podstaw by sądzić, że hiperbolizuje. – Walcz, walcz o podium, Adam! – krzyknął szybko dyrektor sportowy UAE, motywując do dalszej walki zespołowego kolegę Pogačara, Adama Yatesa, trzeciego w klasyfikacji generalnej. Słusznie, ponieważ na kolejnych kilometrach można było odnieść wrażenie, że Pogačar się poddał, a UAE stawiając wszystko na niego, mogłoby zostać z niczym. Do mety dojechał 6 minut po Duńczyku i 3 po zespołowym koledze.
Odkupienie
– To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Nigdy nie czułem się tak źle. Nawet wtedy, gdy straciłem ponad dwie minuty na Col du Granon – mówił później Pogačar. Wyglądał tak źle, że nikogo nie zdziwiłoby, gdyby za moment zapowiedział rychłe wycofanie się z wyścigu. On tego jednak nie zrobił.
Col de la Loze okazało się punktem przełomowym w jego karierze. Ani wcześniej, ani później nie stracił tak dużo czasu do żadnego rywala. Od dna odbił się już w tym samym roku – już trzy dni później wygrał etap, pokonując na finiszu m.in. niezawodnego Duńczyka, a później próbował nawet ataku na Polach Elizejskich. Dawny Tadej Pogačar wrócił i znów się ścigał.
Dziś to już nieaktualne Dziś Słoweniec jest lepszy niż kiedykolwiek. Od czasu wspinaczki pod tamtej traumatycznej wspinaczki skandynawski rywal pokonał go tylko dwa razy – najpierw na finiszu w Le Lioran, później na czasówce podczas Criterium du Dauphine. Nie przejmuje się niczym, a wieści o tym, jak potrafi podnosić się po kolejnych upadkach docierają do tak nieoczywistych miejsc jak kancelaria polskiego premiera (nawet jeśli w lekko zakrzywiony sposób). Niezależnie od tego, czy słowo “upadki” rozumiemy w sposób metaforyczny czy dosłowny. Rok temu upadł tuż przed wspinaczką pod Santuario di Oropa – po kilkudziesięciu minutach cieszył się z etapowego zwycięstwa. Upadek na Paryż-Roubaix pozbawił go szans na zwycięstwo, ale nie woli walki – do mety dojechał daleko przed trzecim kolarzem.
Nawet podczas tegorocznego Tour de France groźnie wyglądająca wywrotka tuż przed metą w Tuluzie nie przeszkodziła mu nazajutrz w odniesieniu kapitalnego zwycięstwa na Hautacam. Miejsce, które trzy lata wcześniej było świadkiem jednej z największych porażek w jego karierze, teraz stało się świadkiem jednej z jego największych wiktorii. Dlatego wątpliwe, żeby obawiał się Col de la Loze i być może nawet żałuje, że tym razem wspinaczka na szczyt będzie odbywała się inną drogą niż w 2020 i 2023 roku….
Flamme Rouge to mój cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu.
Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego
Flamme Rouge #2: Pogačar z głową w chmurach
Flamme Rouge #3: Najlepsi czasowcy w historii Tour de France
Flamme Rouge #4: Najmłodszy zwycięzca w historii
Flamme Rouge #5: Ben Healy znów jest skuteczny
Flamme Rouge #6: Mathieu van der Poel jak św. Mikołaj?
Flamme Rouge #7: Kolejny zawód Evenepoela
Flamme Rouge #8: Rekord, którego nikt nie umie pobić
Flamme Rouge #9: 40 lat wkurzania Francuzów
Flamme Rouge #10: Mentor Merckxa i ofiara Góry Wiatrów










Tadej kontroluje sytuację i nic nie musi udowadniać, to jest profesionalny sport a nie zabawa dzieci na podwórku. Szkoda ze Jonas nie jest delikatnie mocniejszy ale kto wie moze ma jeszcze delikatne rezerwy aby zmęczyć Tadeusza na jednym z dwóch etapów górskich
Świetna seria!