23 lipca 1904, Henri Cornet z podziwem patrzył na Maurice’a Garina. Doświadczony kolarz właśnie odbierał nagrodę za swoje drugie zwycięstwo w Tour de France. Henri marzył, że kiedyś także on wygra wyścig, który zdobywał coraz większą popularność. Miał ku temu podstawy – choć miał dopiero 19 lat, zajął świetne 5. miejsce w klasyfikacji generalnej. Rzeczywiście, wkrótce miało mu się to udać, i to szybciej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Tour de France 1904 był być może najbardziej szaloną edycją w całej historii wyścigu. Bynajmniej nie ze względów czysto sportowych. Wielka Pętla dopiero raczkowała i ciężko było porównać ją do dzisiejszego, ze wszech miar wielkiego wyścigu. Liczyła zaledwie sześć etapów, a jej najtrudniejszym podjazdem było… Col de la Republique, w niczym nie umywające się do Tourmalet, Mont Ventoux czy Alpe d’Huez.
Mimo to wyścig już wtedy zdobył serca kibiców. Pierwsza, zorganizowana w 1903 roku edycja okazała się wielkim sukcesem. Aż 20 tysięcy ludzi widziało, jak Maurice Garin samotnie przecina linię mety umiejscowionej na Parc des Princes. Organizatorzy wyścigu liczyli na to, że podobną popularnością będzie cieszyła się również druga odsłona Touru i nie zawiedli się. Fani znów tłumnie pojawili się przy szosach pokazując dużo zaangażowania. Niestety – zdecydowanie zbyt dużo
Wariactwo
Wygram Tour de France – nie mam co do tego wątpliwości…. Oczywiście pod warunkiem, że nie zostanę zamordowany przed dotarciem do Paryża
~ Maurice Garin
Zaczęło się już na pierwszym etapie. W momencie gdy Maurice Garin i Lucien Pothier – dwaj najlepsi kolarze pierwszej edycji uciekali przed peletonem, zostali zaatakowani przez czterech zamaskowanych bandytów. Ci tuż przed metą podjechali do nich samochodem, próbując zepchnąć ich z drogi. Na szczęście Garin zdołał im umknąć i wygrał etap.
Wtedy skończyło się na strachu, gorzej było następnego dnia, na etapie z Lyonu do Marsylii. Niedługo po starcie, z peletonu zaatakował Antoine Faure, który chciał pokazać się przed publicznością w Saint-Etienne, z którego pochodził. Tamtejsi kibice życzyli mu zwycięstwa etapowego, ale niestety na wsparciu werbalnym nie poprzestali. Gdy kilka minut po nim, przez miasto przejeżdżali pozostali kolarze, grupa 200 kibiców zatarasowała im drogę. Część z nich była uzbrojona w pałki, z których jedna złamała rękę Maurice’a Garina. Uderzenie innej sprawiło natomiast, że Giovanni Gerbi – jeden z dwóch Włochów na trasie, wracał na Półwysep Apeniński ze wstrząśnieniem mózgu.
Poobijany peleton mógł jechać dalej dopiero wtedy, gdy któryś z marshalli rozgonił tłum, oddając za pomocą rewolweru kilka strzałów w powietrze. Do końca etapu panował spokój, ale kolarze coraz bardziej obawiali się kibiców.
Wygram Tour de France – nie mam co do tego wątpliwości…. Oczywiście pod warunkiem, że nie zostanę zamordowany przed dotarciem do Paryża
– mówił nawet pewnie prowadzący Garin.
Niestety kolejny etap raczej go nie uspokoił, ponieważ we wszystko znów wmieszali ludzie – tym razem z Nimes, którzy nie do końca rozumieli istotę lokalnego patriotyzmu. Miasto straciło swojego przedstawiciela już po pierwszym etapie wyścigu, ponieważ Ferdinand Payan został zdyskwalifikowany za… siedzenie na kole “wszystkim kolarzom, których spotkał na swojej drodze”.
Z dzisiejszej perspektywy kara wydaje się zdecydowanie zbyt surowa – kibice z Nimes wyszli z tego samego założenia. Niestety ich sposób okazania braku aprobaty był co najmniej kontrowersyjny. Przywitali kolarzy kamieniami, a później zatararnowali im drogę. Jeden z fanatyków zniszczył nawet rower Cesara Garina – brata Maurice’a, który również plasował się w czołówce wyścigu. W końcu kolarze ruszyli dalej, ale wielu z nich szybko poprzebijało sobie opony na porozrzucanych wszędzie kawałkach szkła.
Sytuacja nieco uspokoiła się w kolejnych dniach, jednak kolarzom i tak wciąż towarzyszyła obawa o własne zdrowie
Bohater drugiego planu
To wszystko nie brzmi jak okoliczności sprzyjające debiutowi w Wielkiej Pętli, jednak Cornetowi nie przeszkadzało to zbytnio w odnoszeniu naprawdę dobrych wyników. Nie był najmłodszym zawodnikiem na trasie, ponieważ obok niego pojawiło się pięciu innych 19-latków. Niestety po tym, jak na piątym etapie zdyskwalifikowano Maurice’a Carrere’a, na trasie zostało ich tylko dwóch – Nicolas Damelincourt oraz Louis Coolsaet. Ci dwaj ostatni prawdopodobnie bardzo się polubili, bo przez większość wyścigu stanowili nierozłączny duet, regularnie przyjeżdżając obok siebie, jednak z reguły poza ścisłą czołówką.
Henri Cornet – przeciwnie, już 13. miejsce na pierwszym etapie do którego przystąpiło około 90 zawodników było pewnym sukcesem, jednak na kolejnych odcinkach było tylko lepiej. Młody Francuz najlepiej spisał się na trzecim etapie, gdzie zabrał się w dwójkowy odjazd wraz z Hippolytem Aucouturierem. Aucouturier był w tamtych latach prawdziwym dominatorem. Wygrał dwie poprzednie edycje Paryż-Roubaix, a także ubiegłoroczne Paryż-Bordeaux. Przede wszystkim jednak nie zwykł przegrywać finiszów na trasie Tour de France. Sezon wcześniej wygrał dwa etapy, a w 1904 był jeszcze skuteczniejszy – wygrał cztery spośród sześciu odcinków. Nic dziwnego, że ostatecznie Cornet z nim przegrał, ale przynajmniej zapewnił sobie awans w klasyfikacji generalnej.
Kolejne dobre i bardzo dobre występy sprawiły, że młody Henri mógł kończyć tamten wyścig z podniesioną głową. Nie zbliżył się do podium – stracił do niego ponad godzinę, ale i tak był piąty i to mimo tego, że ostatnie 35 kilometrów wyścigu musiał przejechać z pękniętą gumą. Tamten wynik należało uznać za doskonały prognostyk przed kolejnymi latami startów, które miały go czekać w następnych latach…
Nieoczekiwany zwrot akcji
Tour de France dobiegło końca. To była druga edycja i obawiam się, że ostatnia. Wyścig został zabity przez swój własny sukces. Przez ślepe namiętności, które wywołuje…
~Henri Desgrange
W jednej ze swoich rubryk Henri Desgrange określił Corneta wyrażeniem “Le Rigolo”, po polsku „żartowniś”. Utalentowany kolarz był w znany w peletonie ze swojego poczucia humoru, jednak scenariusza kolejnych godzin po zakończeniu wyścigu, nie wymyśliłby zapewne nawet on. Cztery miesiące po zakończeniu wyścigu, w grudniu 1904 roku otrzymał wiadomość, że… właśnie został zwycięzcą Tour de France.
Jak to możliwe? Otóż okazało się, że podczas drugiej edycji Tour de France nagannie zachowywali się nie tylko kibice, ale także sami kolarze oraz organizatorzy. Zaczęło się od licznych protestów ze strony zawodników, którzy przyłapywali rywali na oszustwach, o czym informowali organizatorów jeszcze w trakcie trwania wyścigu. Późniejsze dochodzenie wykazało, że Garin – pierwotny zwycięzca wyścigu, korzystał z samochodu… głównego sędziego wyścigu – Lefevre’a. Podjechał do niego już podczas jednego z pierwszych etapów. Był niezadowolony z powodu tego, co mu się do tej pory przydarzyło ze strony kibiców, a do tego narzekał na głód i groził, że jeśli sędzia mu nie pomoże, on wycofa się z wyścigu.
O dziwo, Lefevre zgodził się na taki układ bojąc się, że wycofanie się największej gwiazdy wyścigu będzie groziło kolejnymi wizerunkowymi stratami. Złamał regulamin, podając mu jedzenie, a Garin pojechał dalej, łamiąc następnie kolejne zasady. Nie wiadomo, czym dokładnie zasłużył sobie na dyskwalifikację, ponieważ archiwa zawierające szczegółowe informacje zaginęły podczas II wojny światowej. Najważniejsze jest jednak to, że zarówno zwycięzca, jak i trzej kolejni kolarze klasyfikacji generalnej – Lucien Pothier, Cesar Garin (brat Maurice’a) oraz Hyppolyte Aucoururier zostali wykluczeni z wyścigu.
Garin pożegnał się z peletonem aż na 7 lat. Najpierw ukarano go dwuletnim zawieszeniem, a później on sam nie chciał wracać do peletonu, w którym potraktowano go, w jego mniemaniu, wyjątkowo niesprawiedliwie. Choć w 1911 roku wrócił na moment do ścigania i nawet wystartował w Tour de France to do końca życia miał żal do organizatorów. Publicznie zaprzeczał oszustwom, ale, jak później przyznawali jego sąsiedzi, w gronie znajomych regularnie opowiadał anegdoty np. o etapach pokonywanych pociągiem.
Choć pewnie nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę się tam wydarzyło, dla Henriego Desgrange’a tamten wyścig był jedną wielką traumą. Początkowo nie wierzył, że uda mu się przeprowadzić kolejną edycję, jednak ostatecznie postanowił spróbować raz jeszcze. Wyciągnął wnioski z edycji z 1904 roku. Przede wszystkim wyraźnie skrócił etapy i zwiększył ich liczbę tak, by wyścig stał się łatwiejszy do skontrolowania przez sędziów. Zmiany przyniosły skutek – w kolejnych latach wyścig obywał się już bez podobnych skandali, dzięki czemu jego historia trwa do dziś.
Kariera nie na miarę talentu
Choć z kilkumiesięcznym opóźnieniem, to Henri Cornet w końcu zapisał się w historii jako najmłodszy zwycięzca w historii Tour de France. Gdy przekraczał metę w Paryżu, miał 19 lat i 354 dni i do dziś trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek miał pobić jego rekord. Nawet Tadej Pogačar, który w 2020 roku po ponad stuleciu zajął miejsce Francoisa Fabera na 2. lokacie tego zestawienia, był w chwili swojego wielkiego zwycięstwa ponad dwa lata starszy niż Cornet.
Niestety dalsza kariera Francuza nie okazała się pasmem sukcesów. Jego zwycięstwo w Tour de France nie było jednorazowym wystrzałem – w kolejnych dwóch latach osiągnął jeszcze kilka świetnych wyników, a w 1906 roku wygrał nawet Paryż-Roubaix. Niestety później dalszy rozwój jego kariery zakłóciła choroba serca, przez którą bardzo szybko przestał być uznawany za kolarza ze światowej czołówki, a swoją karierę zakończył już w wieku 28 lat.
Źródła:
Wheatcroft G., Le Tour: A History of the Tour de France, 2013; McGann, B.; The Story of Tour de France, 2006,; Pro Cycling Stats; Wielercentrum; La Voix du Nord.
Flamme Rouge to mój nowy cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu.
Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego
Flamme Rouge #2: Pogačar z głową w chmurach
Flamme Rouge #3: Najlepsi czasowcy w historii Tour de France









To są super artykuły o dawnych czasach. Ja nawet jeśli ich nie komentuje, to z dużą ciekawością czytam, a ten artykuł jest w ogóle hitowy. Nieraz Gdy jestem na spotkaniu rodzinnym, to wszyscy dopytują się mnie czy opowiem jakąś ciekawą historię kolarską. Ludzie tego w ogóle nie znają a dziś przytoczyłem wypowiedź faworyta Tour de France z 1904 roku:
„Wygram Tour de France – nie mam co do tego wątpliwości…. Oczywiście pod warunkiem, że nie zostanę zamordowany przed dotarciem do Paryża”
No to ubaw był przez całą godzinę. Gdy zaś opowiedziałem, że kibice przepuścili swojego w ucieczce a zatarasowali peleton, to moi szwagrowie zaczęli zastanawiać się czy aby są solidnymi kibicami, bo jeszcze nic takiego nie zrobili. Nie wiem czy to dobrze, ale historie z tamtych czasów jakoś pozytywnie resetują ludzi.
Zatem dziękuję panie Bartku za przybliżenie prawie dotykalnej atmosfery tamtych czasów, To jest bardzo ciekawe.
Podobnie dziękuję wszystkim Wam redaktorom za inne wspomnienia, wywiady, których my czytelnicy zazwyczaj nie komentujemy, ale które z wielką ciekawością czytamy.
Niekiedy myślałem że czasy Sujki, Mytnika czy Nowickiego już dawno minęły i nikt o nich już nie wspomni, A tak by się chciało ich właśnie podpytać co oni wtedy myśleli, jakie były sposoby techniki, wyzwania. Wydawało się że tego już nigdy się nie dowiemy a jednak przez takie ciekawe wywiady tamten świat mógł do nas kibiców powrócić.
Także jeszcze raz dziękuję za Wasze ciekawe inicjatywy – ludzi którzy rozumieją i czują kolarstwo i czekamy na kolejne ciekawe materiały.