Dzień, w którym peleton Tour de France pokonuje Mont Ventoux, zawsze jest dobrą okazją do tego, by wspomnieć Toma Simpsona – mistrza świata, który w 1967 roku zmarł pokonując Górę Wiatrów.
10 lipca 1970 roku Eddy Merckx zmierzał po swój kolejny sukces w Tour de France. Rok temu wygrał cały wyścig z blisko 18-minutową przewagą nad drugim Rogerem Pingeonem. Teraz jego przewaga w klasyfikacji generalna znów jest ogromna, wynosi siedem minut, a za chwilę znów się powiększy. Na dwa kilometry przed metą na szczycie Mont Ventoux na jego kole nie ma już nikogo – wszystkich zostawił wiele minut temu.
Jest jednak piekielnie zmęczony. Kilka minut później, gdy w końcu dojedzie do mety, nie będzie miał nawet siły podnieść rąk w geście triumfu, a następnie na dobre kilka minut straci przytomność. Pomimo tego wszechogarniającego zmęczenia, wtedy – na 2 kilometry przed metą, nie zapomniał o tym, by złożyć hołd przed pomnikiem Toma Simpsona. Nic dziwnego, Brytyjczyk, który pożegnał się z życiem na Górze Wiatrów, znaczył w karierze Eddy’ego Merckxa bardzo wiele.
W jednej drużynie z mistrzem świata
Simpson i Merckx spotkali się w jednej drużynie w 1966 roku. Gdy Eddy Merckx przechodził do Peugeota, Brytyjczyk był już gwiazdą światowego kolarstwa i wciąż panującym mistrzem świata. To ostatnie wcale nie musiało być dobrą wiadomością – nie po pobycie w Solo-Superii, w której spędził poprzedni rok.
Belgijska “Czerwona Gwardia” była pierwszym zawodowym zespołem Eddy’ego Merckxa i przyszły “Kanibal” wiązał z tym pobytem wielkie nadzieje. Jej gwiazdą był Rik Van Looy, którym w dzieciństwie się zachwycał. Liczył na to, że weteran – wówczas najlepszy klasykowiec w historii, nauczy go wielu nowych rzeczy. Niestety, jego relacja z dwukrotnym mistrzem świata okazała się wyjątkowo nieprzyjemna. Docinki ze strony Van Looya i podporządkowanych mu kolegów z drużyny, a także sposób jazdy grupy skupionej na jednym tylko kolarzu doprowadzał Merckxa do szewskiej pasji. Było na tyle źle, że już po kilku miesiącach poprosił swojego agenta, by poszukał mu nowego zespołu. Kilka lat później napisał o nim w swojej biografii: “Van Looy i jego świta nigdy nie będą moimi przyjaciółmi*.
Na szczęście Simpson był zupełnie innym typem lidera niż Van Looy. Gdy wiele lat później rozmawiał o nim z dziennikarzami, powiedział, że obaj mistrzowie byli “jak dzień i noc”. Simpson nigdy nie wydawał się zazdrosny o talent Merckxa – nawet mimo tego, że miał ku temu jeszcze większe podstawy niż Van Looy. To w Peugeocie Merckx odniósł swoje pierwsze wielkie zwycięstwo – Mediolan-San Remo.
W wywiadach, których później udzielał, chętnie podkreślał jego wpływ na swój rozwój, a także okazywaną mu serdeczność. I nie były to puste słowa, ponieważ “Kanibal” w 1967 roku rzeczywiście był jedynym kolarzem z kontynentalnej Europy, który pojawił się na pogrzebie Simpsona. Wiele lat później natomiast wielokrotnie wybierał się na rower w towarzystwie córki byłego zespołowego kolegi na wspólny kolarski trening.
*Nie była to prawda, na stare lata obaj panowie wyjaśnili sobie dawne niesnaski, a w 2024 roku, po śmierci Van Looya Eddy Merckx udzielił L’Equipe wywiadu, w którym opowiadał, że regularnie do siebie dzwonili.
Legenda
Wprawdzie Tom Simpson nie był zawodnikiem równie dobrym co Rik Van Looy, ale i tak był jedną z największych gwiazd swoich czasów. . Jeszcze w 2014 roku, a więc już po pierwszym zwycięstwie Chrisa Froome’a w Tour de France, Les Woodland – autor książki “Tour de France: The Inside Story – Making the World’s Greatest Cycling Race” nazwał go “najlepszym brytyjskim kolarzem w historii”.
Na pewno był pierwszym, który osiągnął taki status. Nie był pionierem brytyjskiego kolarstwa – Brytyjczycy w 1952 doczekali się zwycięzcy Wyścigu Pokoju, a od 1953 roku i powstania brytyjskiej grupy Hercules masowo zaczęli startować w największych wyścigach na świecie. Ba, jeden z nich – Brian Robinson wygrał nawet dwa etapy Tour de France! Tyle że Tom Simpson był zdecydowanie lepszy od nich wszystkich.
W przeciwieństwie do Robinsona, nigdy nie błyszczał w Tour de France, jednak był królem klasyków. Już w 1959 roku, pierwszym w roli zawodowego kolarza, zajął 4. miejsce na mistrzostwach świata, a potem było już tylko lepiej. W 1961 roku wygrał Wyścig Dookoła Flandrii, pokonując na dwójkowym finiszu słynącego z genialnego przyspieszenia Nino Defilippisa. Tamten sukces odniósł jeszcze w barwach Rapha – Gitane – Dunlop – kolejne triumfy święcił już jako kolarz Peugeota – legendarnej grupy Gastona Plauda. Zwycięstwa w Bordeaux-Paris, Mediolan-San Remo, aż w końcu mistrzostwo świata z 1965 roku zapewniły mu kolarską nieśmiertelność.
Tęczowa klątwa
Istnieje pewna szansa, że to właśnie przypadek Toma Simpsona spowodował, że zaczęto mówić o “klątwie tęczowej koszulki”. W jego przypadku “klątwa” nie polegała wcale na tym, że rywale zaczęli pilnować go bardziej niż wcześniej. Gwiazdą światowego peletonu był już od lat i jeszcze chwilę po zdobyciu tęczowej koszulki udało mu się wywalczyć zwycięstwo w Il Lombardia.
Klątwa “zaczęła działać” dopiero od nowego roku. W styczniu pojechał na narty, gdzie złamał sobie nogę. W ten sposób stracił cały okres przygotowawczy i pierwsze miesiące sezonu. Nie wystąpił we wiosennych klasykach – kto wie, czy Eddy Merckx wygrałby swoje pierwsze Mediolan-San Remo, gdyby nie fakt, że w tym czasie nominalny lider jego drużyny był absolutnie unieruchomiony. Pierwszy wyścig przejechał dopiero w maju i nie odniósł w nim sukcesu.
Podobnie sytuacja miała się przez kilka kolejnych miesięcy. Do niezłej formy doszedł dopiero na Tour de France, ale i tam, pomimo zabierania się w liczne odjazdy, nie udało mu się niczego wygrać. Czara goryczy przelała się, gdy w na 16. etapie potrącił go motocykl prasowy. Następnego dnia wycofał się z wyścigu, przyznając ze smutkiem w poetapowym wywiadzie: “Mój sezon jest już stracony!”.
Skurcze, które dopadły go miesiąc później podczas mistrzostw świata były już tylko smutnym podsumowaniem tamtego wyjątkowo słabego roku. Miał 29 lat, ale już myślał o emeryturze. Kupił sobie nawet domek na Korsyce, gdzie planował zamieszkać, gdy zakończy karierę.
Kres
Do sezonu 1967 roku podszedł jednak ze zdwojoną motywacją. Jego kontrakt z Peugeotem powoli dobiegał końca, a on mimo wszystko wciąż chciał być kolarzem. Na szczęście po utracie tęczowej koszulki znów zaczął wygrywać. Wygrał wtedy m.in. dwa etapy Vuelta a Espana i całe Paryż-Nicea, gdzie zresztą pokonał Eddy’ego Merckxa. Ten ostatni wyścig to prawdopodobnie jedyna rysa na łączącej ich relacji: – Byłem liderem wyścigu, a on moim kolegą z zespołu. Tymczasem na decydującym etapie uciekł razem z Van Looyem, moim najgorszym wrogiem! – mówił po latach L’Equipe.
Niestety świetne wyniki na otwarcie sezonu wcale nie obniżyły presji ciążącej na niedawnym mistrzu świata. Szefostwo wciąż wymagało od niego więcej! Choć nigdy nie był świetnym góralem – tylko raz w całej swojej karierze zajął miejsce w czołowej “10” Tour de France, wymagano od niego, że tym razem zmieści się w top 5. – Inaczej zespół obniży ci pensję! – miał go ostrzegać własny agent – Daniel Dousset.
Simpson walczył dzielnie, przed 13. etapem był nawet na 7. miejscu w klasyfikacji generalnej, choć walczył z anemią. Po latach Lucien Aimar mówił L’Equipe, że widział słabość rywala. Chciał mu pomóc. – Siadaj na moje koło, nie bądź idiotą! – miał mu mówić. Albo – No już, trzymaj! Wypij, to zimna cola!
Niestety zamroczony Brytyjczyk albo nie przyjął tej pomocy, albo okazała się ona niewystarczająca. Na zewnątrz panował olbrzymi upał – niektóre szacunki mówią nawet o 37 stopniach Celsjusza. To w połączeniu z mieszanką alkoholu i amfetaminy, którą zaaplikował sobie przed etapem Brytyjczyk, wywołało prawdziwą tragedię. Na dwa kilometry przed szczytem zaczął się zataczać, a po chwili wylądował na ziemi. Za pierwszym razem poprosił kibiców – Wsadźcie mnie z powrotem na rower! – a ci posłusznie wykonali jego polecenie. Niestety gdy kilkanaście sekund później znów się wywrócił, nie powiedział nic. Nie żył.
Jego śmierć do dziś pozostaje jednym z najtragiczniejszych wydarzeń w historii Tour de France. Do dziś, gdy etapowa meta znajduje się na Mont Ventoux, jednym z najczęściej pokazywanych obrazków przez telewizyjne kamery jest postawiony tam pomnik Simpsona postawiony tam przez jego małżonkę w 1968 roku. Z jednej strony upamiętnia wielkiego mistrza, który na tej górze pożegnał się z życiem. Z drugiej, dla mijających kolarzy jest ostrzeżeniem przed tym, do czego może doprowadzić niepohamowana ambicja wzmocniona niekontrolowanym spożyciem farmakologicznego wspomagania. I miejmy nadzieję, że podobny przypadek już nigdy się nie powtórzy.
Flamme Rouge to mój cykl poświęcony w całości Tour de France. Przez trzy tygodnie, zazwyczaj codziennie, będę publikować w jego ramach teksty omawiające zarówno historyczne momenty Wielkiej Pętli, jak i bieżące wydarzenia z wyścigu.
Flamme Rouge #1: Żółta koszulka Piaseckiego
Flamme Rouge #2: Pogačar z głową w chmurach
Flamme Rouge #3: Najlepsi czasowcy w historii Tour de France
Flamme Rouge #4: Najmłodszy zwycięzca w historii
Flamme Rouge #5: Ben Healy znów jest skuteczny
Flamme Rouge #6: Mathieu van der Poel jak św. Mikołaj?
Flamme Rouge #7: Kolejny zawód Evenepoela
Flamme Rouge #8: Rekord, którego nikt nie umie pobić
Flamme Rouge #9: 40 lat wkurzania Francuzów








