Żaden Polak nie startował w Tour de France tak często jak Michał Kwiatkowski. Mimo częstych występów kolarz dziś jeżdżący w INEOS Grenadiers długo czekał na to, by ugrać na Tour de France coś dla siebie. Na szczęście do czasu – dziś ma w dorobku dwa etapowe zwycięstwa.
Michał Kwiatkowski jest najlepszym polskim kolarzem zawodowym w historii. Zwycięstwa w Tour de Pologne, Tirreno-Adriatico, Amstel Gold Race i przede wszystkim Mediolan-San Remo oraz mistrzostwach świata sprawiają, że w hierarchii polskiego kolarstwa dziś stoi wyżej niż Zbigniew Spruch, Zenon Jaskuła czy Rafał Majka. Choć akurat podczas Wielkiej Pętli nie osiągnął nigdy równie spektakularnych sukcesów, co dwaj ostatni*, to i tak zdążył zapisać piękną kartę w polskiej historii startów w tym wyścigu.
*Zenon Jaskuła w 1993 roku wygrał etap i zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej, a Rafał Majka w 2014 wygrał dwa etapy i został najlepszym góralem.
Architekt sukcesów
Gdyby kolarstwo było najbardziej indywidualnym spośród sportów zespołowych, a nie najbardziej zespołowym spośród sportów indywidualnych, Michał Kwiatkowski miałby w dorobku aż trzy wygrane Tour de France. I choć na liście zwycięzców klasyfikacji generalnej z reguły jest miejsce na tylko jedno nazwisko (niekiedy z nazwą drużyny w nawiasie), to docenić wypada także pomocników, którzy doprowadzili swojego lidera do zwycięstwa.
A tak się składa, że Polak był takim pomocnikiem. Odkąd w 2016 roku dołączył do Team Sky (dziś INEOS Grenadiers), wziął udział w 7 edycjach Wielkiej Pętli na 10 możliwych. Trzykrotnie wyścig wygrywał członek jego zespołu – raz był to Chris Froome, raz Geraint Thomas, a raz Egan Bernal.
Fakt, że lider Team Sky/INEOS wygrywał Tour de France niezależnie od tego, kto nim akurat był, trudno uznać za przypadek. Brytyjski zespół był w latach 2012-19 prawdziwą maszyną do wygrywania wielkich tourów, a Wielką Pętlę przegrał tylko raz. Słynął ze świetnej kontroli sytuacji na trasie. Wszystkie groźne ataki tłumił w zarodku i szybkiego reagował na kłopoty lidera. Często mówiło się wręcz, że dowozi go do mety w “futerale”, otoczonego kolegami z zespołu.
Polak w składzie “Niebiańskich” na Tour de France zadebiutował już wtedy, gdy powoli zbliżali się do schyłku swojej potęgi. Mimo to i tak zdążył jeszcze odegrać swoją, bardzo ważną rolę. Największy entuzjazm w polskich mediach wzbudził moment, w którym oddał swoje koło Chrisowi Froome’owi, po tym, jak zawiódł go sprzęt, ale na tym jego zasługi się nie kończyły. Wszyscy, z samym Brytyjczykiem włącznie, chwalili go za dobrą jazdę w górach i na płaskim, a także olbrzymią inteligencję taktyczną.
Choć nie był najlepszym góralem nawet wśród pomocników Froome’a, to wtedy jeszcze liczono na to, że niebawem dostanie swoją szansę. – Przyjdzie czas, że to Froome będzie jechał na Kwiatkowskiego – przekonywał wtedy Piotr Wadecki za pośrednictwem Sport.pl.
Walka o czołową “10”
Myśli o tym, że kolarz spod Torunia może kiedyś wygrać ten wyścig, po raz pierwszy zaczęły pojawiać się w 2013 roku. Choć dopiero debiutował w tym wyścigu, już zwracał na siebie uwagę. We wcześniejszych miesiącach zdążył m.in. zająć 4. miejsce w Amstel Gold Race i 5. w Strzale Walońskiej.
Jeszcze bardziej obiecujące w kontekście Wielkiej Pętli było jednak 4. miejsce w Tirreno-Adriatico. Kwiatkowski – wówczas 23-latek z Omega Pharma-Quick Step, znalazł się tam w czołowej “5” razem z Vincenzo Nibalim, Chrisem Froomem, Alberto Contadorem oraz Joaquimem Rodriguezem – dwóch ostatnich pokonał nawet o kilka (Contador) i kilkanaście (Rodriguez) sekund na Prati di Tivo.
Niestety dla polskiego kolarza, góry Tour de France okazały się zdecydowanie trudniejsze, ale on i tak robił wszystko, by zająć na koniec dobrą pozycję. Gdy peleton wjeżdżał w Pireneje oraz Alpy, “Kwiato” jechał swoim tempem. Nie starał się za wszelką cenę utrzymać tempa najlepszych. W efekcie, choć na Mont Ventoux, Alpe d’Huez czy Ax-3-Domaines wjeżdżał daleko za Froomem, Contadorem czy Quintaną, to ani razu nie miał kryzysu, który wyrzuciłby go poza szeroką czołówkę. Nadrabiał innymi sposobami: świetną jazdą na czas i dobrymi występami na pagórkowatych etapach.
W efekcie, na start 20. etapu wyjeżdżał jako dziesiąty w klasyfikacji generalnej i kolarz noszący białą koszulkę*. I jeszcze na 8 kilometrów ostatniego podjazdu wyścigu – Annecy-Semnoz, mógł liczyć na to, że nie zmieni się to już do końca. Niestety wtedy osłabł. Został daleko z tyłu, przez co szanse na oba sukcesy odebrał mu dobry występ Andrew Talansky’ego – starszego o dwa lata Amerykanina.
To on, a nie “Kwiato” mógł zatem na Polach Elizejskich fotografować się w towarzystwie Froome’a (żółta koszulka), Quintany (koszulka w grochy) i Sagana (zielona koszulka). Świat się jednak nie zawalił. Miał jeszcze dużo czasu na to, by w przyszłości poprawić tamten wynik.
Wtedy wydawało się, że kiedyś dopnie swojego celu. Jeszcze wiosną 2014 roku Chris Froome, który zespołowym kolegą Kwiatkowskiego miał się stać dopiero półtora roku później, mówił w rozmowie z L’Equipe: – Podczas Tour de France, musimy go obserwować. Jeździ inteligentnie, jest mocny i potrafi wykorzystywać pracę kolegów. Naprawdę stać go na bardzo wiele.
*Nosił ją w zastępstwie za Nairo Quintanę, który był właścicielem zarówno białej koszulki dla najlepszego młodzieżowca, jak i koszulki w grochy dla najlepszego górala.
(Nie)być liderem
“Wierzę, że Michał wygra kiedyś wielki tour”
~Dave Brailsford przed Vuelta a Espana 2018
Rok później znów pojawił się na trasie Tour de France, ale tym razem, pomimo świetnego początku, nie zbliżył się do wyniku z poprzedniej edycji. Jeszcze 55 kilometrów przed metą 10. etapu Wielkiej Pętli z 2014 można było mieć jednak nadzieję na zupełnie inny scenariusz. Polak był wtedy wirtualnym liderem wyścigu – brał udział w mocnej ucieczce, która miała sporą przewagę nad peletonem i coraz większe szanse na dojazd do mety.
Korzystał na wyśmienitej pracy, którą wykonywał dla niego Tony Martin. Trzykrotny mistrz świata w jeździe indywidualnej na czas, przez wiele kilometrów prowadził odjazd, w którego składzie znaleźli się jeszcze m.in. Voeckler oraz “Purito” Rodriguez.
– Dzięki Tony`emu Martinowi miałem ogromną szansę nie tylko wygrania etapu, ale także założenia żółtej koszulki. Ale aby to zrobić, trzeba było mieć nogę… – przyznawał jednak “Kwiato” już po etapie. Na czele wytrzymał tylko do rozpoczęcia ostatniego podjazdu – La Planche des Belles Filles. Później najpierw nie wytrzymał ataku Rodrigueza z ucieczki, a później doganiali go kolejno Nibali, Valverde, Peraud oraz kilkunastu kolejnych zawodników.
Znów nie udało mu się wykorzystać szansy na żółtą koszulkę – wcale nie pierwszej w karierze. W 2013 roku był jej jeszcze bliżej. Gdyby tylko jego Omega Pharma-Quick Step wygrała etap jazdy drużynowej na czas, to on zostałby nowym liderem wyścigu jako pierwszy Polak od czasu Lecha Piaseckiego. Niestety belgijska ekipa przegrała tamten etap o jedną sekundę z Oricą-Greenedge, a liderem został nie “Kwiato”, a Simon Gerrans.
Kolejnych okazji na wymarzoną maillot jaune już nie dostał, choć bardzo na to liczył. Jeszcze wiele lat później, w 2019 roku, mówił na łamach belgijskiego Het Nieuwsblad: – To zwycięstwo w Tour de France jest moim marzeniem. – Powoływał się na Gerainta Thomasa, któremu w 2018 pomógł sięgnąć po końcowe zwycięstwo: – Zawsze był w cieniu Froome’a. Mało kto uważał, że wygra Tour de France, a jednak on cały czas w to wierzył – może ze mną będzie podobnie? – zastanawiał się.
Przekonywał również, że nie ma drużyny, w której miałby większe szanse na wygranie wyścigu niż Team Sky. Biorąc pod uwagę możliwości pomocników ze składu brytyjskiej drużyny, jest to bardzo prawdopodobne. Problem w tym, że aby tego dokonać, trzeba być liderem drużyny, a takiej roli Polak, pomimo zwycięstw w takich wyścigach jak Tirreno-Adriatico czy Tour de Pologne nigdy się nie doczekał. Gdy raz, w 2018 roku, pojechał na Vuelta a Espana jako współlider, szybko wziął udział w kraksie, która uniemożliwiła mu dalszą walkę o wysokie pozycje.
W pogoni za etapowym zwycięstwem
Na szczęście, przynajmniej dla polskich kibiców, w ostatnich latach Ineos Grenadiers ściga się już zdecydowanie inaczej, niż w czasach swojej największej świetności. Dziś ich dawną rolę w peletonie, oczywiście w nieco inny sposób, pełnią z reguły UAE Team i Visma-Lease a Bike.
Od kilku lat Ineosowi brakuje liderów, którzy byliby w stanie powalczyć z kolarzami pokroju Tadeja Pogačara czy Jonasa Vingegaarda, więc jego kolarze próbują zaznaczyć swoją obecność w najważniejszych wyścigach na świecie na inne sposoby. Na przykład wysyłając swoich kolarzy w odjazdy po zwycięstwa etapowe. Jeszcze kilka lat temu, w szczytowym okresie ery marginal gains Dave’a Brailsforda, byłoby to nie do pomyślenia – dziś jest normalnością, Z tej nowej polityki ekipy w tym roku skorzystał Thymen Arensman – dwukrotny zwycięzca etapowy.
Wcześniej tak samo jak on jeździł właśnie Kwiatkowski. Nietrudno zauważyć, że w ostatnich latach nasz rodak zdecydowanie częściej niż wcześniej decydował się na udział w ucieczkach. Efekty widać gołym okiem. Zaczęło się w 2020 roku, gdy zanotował stuprocentową skuteczność. Zabrał się w jeden odjazd i od razu odniósł zwycięstwo etapowe. To, co wydarzyło się na finiszu było wtedy formalnością, bo “Kwiato” przekroczył linię mety obejmując się z Richardem Carapazem. Zespołowy kolega oddał mu zwycięstwo etapowe, ale warto pamiętać, że wcześniej obaj kolarze Ineosu musieli zgubić takich kolarzy jak Bob Jungels, Pello Bilbao czy Marc Hirschi.
W swoich ostatnich dwóch edycjach Tour de France (lata 2023-24) był mniej skuteczny, ale za to zdecydowanie bardziej waleczny – praktycznie na każdym górskim etapie przynajmniej próbował zabrać się w odjazd. A gdy już próba okazywała się skuteczna, to często walczył o zwycięstwo. Ostatecznie dopiął swego jeszcze raz – w 2023 roku. Na etapie z metą na Grand Colombier, wykorzystał fakt, że za jego plecami walka Vingegaarda z Pogačarem akurat zaczęła się później niż zwykle. Słoweniec ruszył niemal dokładnie w momencie, gdy “Kwiato” przecinał linię mety i cieszył się wielkiego zwycięstwa.
***
Dziś Michał Kwiatkowski ma już 35 lat. Biorąc pod uwagę, że kolarze, którzy mogą być w przyszłości jego następcami, są jeszcze bardzo młodzi, trzymamy kciuki, by ścigał się jeszcze przez wiele sezonów.
Niestety, w tym roku nie wystartował w Tour de France – od marca pauzuje z powodu kontuzji kolana, której nabawił się po upadku na Strade Bianche. Wcześniej problemy z kręgosłupem odebrały mu ostatnie miesiące poprzedniego sezonu. Biorąc pod uwagę te wszystkie urazy, trzeba poważnie traktować scenariusz, według którego “Kwiato” już nigdy nie pojawi się na trasie największego wyścigu na świecie.
Nawet jeśli tak się stanie, jego przygodę z Tour de France trzeba będzie całościowo ocenić bardzo pozytywnie, choć nigdy nie zbliżył się do spełnienia swojego wielkiego marzenia. Nie tylko z powodu zwycięstw etapowych, ale także szeregu emocji, które na przestrzeni ponad dekady zapewniał polskim kibicom. Nawet jeśli ci, podobnie jak on, chcieliby więcej.










W 2014 dojechał raz przed peletonem z ucieczki I awansował do top10 jednak na kolejnym etapie nie walczył o utrzymanie tej pozycji.
Fajnie ze udało się chociaż być liderem vuelty chyba 2 dni.
Może jeszcze powalczy na giro, i może w tym roku na vuelcie o etapy, albo jakąś koszulkę.
Przyznam, że z niedowierzaniem czytałem zawsze te twierdzenia, że Kwiatkowski pojedzie kiedyś Wielki Tour jako lider, albo że powalczy o zwycięstwo (tak, od razu o zwycięstwo, a nie o podium czy Top10, w którym przecież nigdy się nie znalazł). Gdyby ktoś poważnie traktował te słowa, to dostałby kiedyś pół szansy na to, a chyba nawet w tygodniówkach nie był głównym liderem (nawet Tirreno-Adriatico wygrał jak liderem był Thomas, a Polak o ile pamiętam po prostu lepiej pojechał czasówkę, a poza tym trzymał się blisko niego).
Przecież nigdy nie wyglądał na zawodnika, który mógłby o to walczyć – ok, wygrać tygodniówkę tak, ale WT? Trzeba było iść drogą Alaphilippe’a czy Sagana, a nie starać się zrobić z siebie górala.
Nie wiem, kto mu to nagadał, ale zrobił mu wielką krzywdę – lata mijały, Kwiato zarzynał się w WT pracując na liderów, tracąc przy tym szybkość i dynamikę, której potem mu brakowało na klasykach, na które był kolarzem idealnym i tracąc zdrowie, co potem, jakoś od 2022, zaczęło się odbijać ogólnie na wynikach.
Nic dziwnego, że potem czyta się wypowiedzi Gilberta, czy Wyrzykowskiego, że owszem zarabiał bardzo dużo, ale nie do końca za to, w czym był najlepszy i co mogłoby dać mu największe sukcesy.
Bardzo fajne podsumowanie historii Kwiato na TdF.
Dziękuję również za cały cykl wpisów Flamme Rouge. Dobra robota.
mam zdjęcie. z zeszłego roku jak Kwiato pędzi uliczkami Nicei na czasówce:))