– Michał Kwiatkowski mistrzem świata! – na tego typu tytuły nie trzeba było wcale czekać aż do 2014 roku. To wydarzyło się już rok wcześniej, we Florencji. Ogółem “Kwiato” może pochwalić się aż pięcioma medalami mistrzostw świata elity – pod warunkiem, że do jego dorobku włączylibyśmy także medale zdobyte podczas jazdy drużynowej na czas.
Ci, którzy kolarstwem interesują się od ponad 30 lat albo chociaż czytali mój wywiad z Markiem Leśniewskim, który pojawił się na naszej stronie kilka miesięcy temu, z jazdą drużynową na czas po prostu muszą mieć dobre skojarzenia. To właśnie drużynowa jazda na 100 kilometrów odpowiada za sześć polskich medali na mistrzostwach świata. Dwa złote, dwa srebrne i dwa brązowe, sprawiają, że Polska w klasyfikacji medalowej tej konkurencji w jej trwającej przez trzy dekady historii zajęła 6. miejsce.
Słowo “zajęła” nie jest przypadkowe – w końcu historia tych zawodów zakończyła się w 1994 roku, gdy drużyna z Grzegorzem Wajsem, Pawłem Niedźwiedzkim, Marcinem Gąbką i Bernardem Bocianem zajęła 7. miejsce. Kolarstwo od tego czasu bardzo się zmieniło. Amatorzy z bloku wschodniego zostali pełnoprawnymi zawodowcami, więc osobne wyścigi dla tych pierwszych straciły rację bytu. A najbardziej ucierpiała na tym właśnie jazda drużynowa na czas, która nie została przeniesiona na stałe do programu dla zawodowców.
Godny następca
W takim formacie, w jakim znaliśmy ją wcześniej, nie wróciła już nigdy. Do dziś wygląda na to, że czasy czteroosobowego zespołu narodowego przemierzającego cztery 25-kilometrowe okrążenia i poganianego z tyłu przez trenera z megafonem, dobiegły już końca.
W 2012 roku ktoś uznał jednak, że warto wrócić do tamtej idei, zmieniając jednak niemal wszystko. Nie był to już “drużynowy wyścig na 100 kilometrów”, jak często określano konkurencję z udziałem amatorów. Nie – tym razem wszystko przypominało klasyczną jazdę drużynową na czas, znaną z wyścigów zawodowych. Dystans przestał mieć znaczenie – nie mógł być za krótki, ale kilkanaście kilometrów w jedną lub drugą stronę nikomu nie robiło różnicy.
Praktyka pokazała, że dystansowa rozpiętość wynosiła od 38 do 62 kilometrów. Zespoły nie były też 4, a 6 osobowe (wciąż mniej niż w wielkich tourach), jednak największe kontrowersje wzbudził fakt, że rywalizowały nie reprezentacje, jak to podczas mistrzostw świata miało miejsce dotychczas zawsze. Nie – tu rywalizowały drużyny zawodowe, co tłumaczono, nie bez racji, tym, że zawodnicy kadrowi nie mieliby czasu na odpowiednie zgranie.
Choć rozgrywanie konkurencji pod teamowym, a nie krajowym szyldem mogło dziwić, to być może nie powinniśmy szczególnie mocno narzekać. Jednym z wygranych takiego stanu rzeczy mógł być bowiem Michał Kwiatkowski. Owszem, w 2012 roku polskie kolarstwo powoli odradzało się po latach kryzysu, jednak szanse na medal „Kwiato” zdecydowanie większe miał w towarzystwie Nikiego Terpstry, Sylvaina Chavanela i Tony’ego Martina, niż Mateusza Taciaka, Rafała Majki czy nawet Macieja Bodnara.
Pierwsze złoto mógł zdobyć już jako 22-latek. W 2012 roku był po swoich pierwszych zawodowych sukcesach – udało mu się otrzeć o zwycięstwo w Tour de Pologne, a i w jeździe na czas pokazywał niemały potencjał – zajął 12. miejsce na ostatnim etapie Giro d’Italia. Nic dziwnego, że w Valkenburgu znalazł się w pierwotnym składzie ekipy, lecz niestety ze startów w Holandii wyeliminowała go choroba. Zespół musiał sobie poradzić bez niego i poradził sobie bardzo dobrze, bo zdobył złoty medal.
Być może “Kwiato” kilka miesięcy później mógł pomyśleć, że nad jego drużynowymi czasówkami ciąży jakieś fatum. Złoty medal mistrzostw świata zwinęła mu sprzed nosa choroba (niespecjalnie groźna, bo dwa tygodnie później wystąpił jeszcze w l’Eurometropole Tour), a później żółtą koszulkę Tour de France wyrwali mu kolarze Oriki-Greenedge. To musiało boleć tym bardziej, że Australijczycy pokonali jego Omegę Pharmę-Quick Step o zaledwie 0,7 sekundy. Tylko tyle zabrakło by to Polak, a nie Simon Gerrans został po 4. etapach liderem największego wyścigu na świecie.
Na szczęście we wrześniu Polak i spółka odwdzięczyli się rywalom pięknym za nadobne. We Florencji to oni okazali się od nich o sekundę lepsi i po wszystkim mogli pochwalić się drugim z rzędu mistrzostwem świata. Dla Kwiatkowskiego był to medal pierwszy, ale nie ostatni. Jako członek najpierw ekipy Patricka Lefevere’a, a później Team Sky, z wielką przyjemnością schylał się po kolejne krążki. Nie zrezygnował już z ani jednego startu aż do samego końca istnienia tej konkurencji. Nie odpuścił nawet wtedy, gdy w 2016 roku z uwagi na profil trasy nie planował startować już w żadnych z dwóch kolejnych zawodów rozgrywanych podczas tamtych mistrzostw. Pojechał do upalnego i dusznegi Kataru tylko po jeden występ i wrócił stamtąd z brązowym medalem.
Łącznie zdobył ich aż cztery. Nawiązał w ten sposób do czasów amatorskich, gdy “drużynówkę” nazywano specjalnością Polaków, a tyle samo medali mistrzostw świata co „Kwiato” uzbierał najlepszy pod tym względem Stanisław Szozda (choć trzeba przyznać, że gdy doda się do tego medale na igrzyskach olimpijskich*, nieżyjący już kolarz byłby o dwa krążki lepszy).
*Taki zabieg taki zabieg byłby o tyle sprawiedliwy, że w tamtych czasach mistrzostwa świata amatorów nie odbywały się w latach olimpijskich.
Najlepsi z najlepszych
Cztery medale Kwiatkowskiego uzbierane w ciągu siedmiu lat istnienia konkurencji brzmią bardzo dobrze? To prawda, jednak nietrudno znaleźć kolarzy, którzy radzili sobie w niej jeszcze lepiej od niego – Polak był dopiero piętnasty w klasyfikacji medalowej tej imprezy. Przyczyna jest prosta – wprawdzie opuszczając Quick-Step dla Team Sky zamienił jedną gromadzącą świetnych czasowców drużynę, na inną, o której można było powiedzieć to samo, jednak to kolarze Patricka Lefevere’a, a nie ci ze stajni Dave’a Brailsforda zdominowali tamtą konkurencję, wygrywając aż cztery spośród jej sześciu edycji.
To właśnie dlatego na czele klasyfikacji jest… Niki Terpstra, który królem czasówek nigdy nie był. Holender owszem, słynął z udanych długich samotnych rajdów, jednak raczej wykonywał je podczas klasyków, odrywając się od rywali. Czasówki wygrał podczas zawodowej kariery tylko dwa razy. Jego świetne wyniki (aż sześć medali, z czego 2 złote) nie wynikały jednak bynajmniej z niewielkiej konkurencji. Skorzystał głównie na wierności jednym barwom przez cały okres 2012-18.
A sama konkurencja była naprawdę olbrzymia, ponieważ wbrew początkowym obawom, impreza spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony najlepszych czasowców na świecie. Owszem, niekiedy była przetarciem nogi, przed ważniejszym startem w indywidualnej czasówce – mówił o tym przed jednym ze startów Maciej Bodnar, ale ostatecznie kolarzom zależało na dorzuceniu do kolekcji kolejnych krążków. A ci najlepsi dorzucali je bardzo regularnie.
Top 15 kolarzy w klasyfikacji medalowej mistrzostw świata w drużynowej jeździe na czas
| Lp. | Kolarz | Kraj | Złoto | Srebro | Brąz |
| 1 | Niki Terpstra | Netherlands | 4 | 1 | 1 |
| 2 | Tony Martin | Germany | 3 | 1 | 1 |
| 3 | Peter Velits | Slovakia | 3 | 0 | 0 |
| 4 | Rohan Dennis | Australia | 2 | 2 | 1 |
| 5 | Daniel Oss | Italy | 2 | 2 | 0 |
| 5 | Manuel Quinziato | Italy | 2 | 2 | 0 |
| 7 | Silvan Dillier | Switzerland | 2 | 1 | 0 |
| 7 | Yves Lampaert | Belgium | 2 | 1 | 0 |
| 9 | Sylvain Chavanel | France | 2 | 0 | 0 |
| 9 | Bob Jungels | Luxembourg | 2 | 0 | 0 |
| 9 | Kristof Vandewalle | Belgium | 2 | 0 | 0 |
| 12 | Stefan Kung | Switzerland | 1 | 2 | 1 |
| 12 | Tejay Van Garderen | USA | 1 | 2 | 1 |
| 14 | Taylor Phinney | USA | 1 | 2 | 0 |
| 15 | Michał Kwiatkowski | Poland | 1 | 1 | 2 |
Jak widać, na liście triumfatorów nie ma wielu luk, choć zdarzają się wyjątki. Nie ma na niej choćby Bradleya Wigginsa, który wystartował w niej tylko raz (chwilę przed zdobyciem mistrzostwa świata) i Fabiana Cancellary, niemogącego liczyć na drużynę równie mocną, co on sam. Poza nimi nie brakuje jednak właściwie nikogo. Można długo wymieniać: Rohan Dennis, Tom Dumoulin, czy przede wszystkim Tony Martin… zresztą Panzerwagen nie jest wraz z Nikim Terpstrą współrekordzistą “tylko” dlatego, że o dwa lata za wcześnie zamienił Quick-Step na lepiej płacącą (lecz gorzej jeżdżącą) Katushę.
Lista medalistów tych zawodów jest więc imponująca, jednak najlepsi czasowcy na świecie przyjeżdżali na te zawody nie tylko po medale – niekiedy, jak wspomniany Cancellara, pojawiali się na niej także wtedy, gdy ich drużyny nie były w stanie powalczyć z najlepszymi o pierwsze trzy miejsca. Spośród kolarzy czołowej “5” mistrzostw świata w indywidualnej jeździe na czas, w drużynie startowała wcześniej zazwyczaj czwórka zawodników, a w latach 2014-15 mieliśmy komplet. Gdy już natomiast kogoś brakowało, to zazwyczaj nie złotych medalistów – częściej kolarzy spoza podium.
Ilu kolarzy z czołowej „5” mistrzostw świata w jeździe indywidualnej na czas w tym samym roku wystartowało także w jeździe drużynowej na czas?
| 2012 | 4/5 |
| 2013 | 4/5 |
| 2014 | 5/5 |
| 2015 | 5/5 |
| 2016 | 3/5 |
| 2017 | 4/5 |
| 2018 | 4/5 |
Nowa era
Choć na poziom sportowy mistrzostw świata w jeździe drużynowej na czas trudno było zatem narzekać, to z konkurencją od początku był pewien istotny problem – Dystans ma drugorzędne znaczenie. Może być krótszy, dłuższy, stumetrowy czy taki jak teraz. Ważniejsza jest identyfikacja z drużyną, a łatwiej o nią, gdy sportowcy są z jednego, a nie z pięciu krajów – zauważał już w 2012 roku na łamach “Przeglądu Sportowego” Czesław Lang.
Wcześniej mogliśmy podziwiać kolarzy polskich grup – m.in. CCC Sprandi Polkowice, które ostatnie dwie edycje zawodów zakończyło w czołowej “10”, jednak trzeba przyznać, że to nie było to samo, co kibicowanie kolarzom z orzełkami na piersi. Takiej zmiany doczekaliśmy się dopiero w 2019 roku, choć w niecodziennej formule. UCI postanowiło bowiem wprowadzić zawody w formule sztafet mieszanych.
Organizatorzy głośno mówili o tym, że chcą w ten sposób promować równość pomiędzy kobietami, a mężczyznami, zaś nieco ciszej informowali o chęci włączenia nowej konkurencji do programu igrzysk olimpijskich, co udało się np. w sztafecie na 400 metrów (czego Polska okazała się dużym beneficjentem). Tego ostatniego celu nie udało się, jak na razie zrealizować, a jeśli chodzi o poziom sportowy – wydaje się, że i on dość mocno ucierpiał na zmianie.
Pamiętacie poprzednią tabelkę? W poprzedniej edycji mistrzostw świata w zawodach sztafety mieszanej nie zobaczyliśmy ani jednego zawodnika, który kilka dni wcześniej zajął miejsce w czołowej “5” jazdy indywidualnej na czas (u kobiet jest nieco lepiej – tu wystąpiły dwie zawodniczki z top 5) – niektórzy (i niektóre) nawet nie mieli okazji przystąpić do rywalizacji, bo część czołowych reprezentacji, np. Belgia, w ogóle zrezygnowała ze startu (także z powodu niewystarczającej liczby mocnych zawodniczek, choć patrząc na niektóre kadry, nie musi być to przeszkoda nie do przeskoczenia).
Mimo wszystko, zawody wciąż się odbywają i dla niektórych, choć nieszczególnie licznych, zawodników ze światowej czołówki są okazją do przetarcia nogi, a dla tych mniej znanych niepowtarzalną szansą na zdobycie medalu mistrzostw świata. Kolejna już jutro!
Zobacz też:
Mistrzowskie odliczanie (10) – Preludium do polskiego dnia chwały
Mistrzowskie odliczanie (9) – dziewięciu wspaniałych
Mistrzowskie odliczanie (8) – ośmiu polskich medalistów
Mistrzowskie odliczanie (7) – (nie)szczęśliwa siódemka De Vlaemincka
Mistrzowskie odliczanie (6) – Ostatni taki wyścig D’Artagnana








