7 edycji mistrzostw świata Roger De Vlaeminck musiał czekać na swój pierwszy medal. Niestety, był to zaledwie medal srebrny. Drugi klasykowiec wszechczasów zakończył swoją karierę bez złotego medalu mistrzostw świata.
Był maj 1968 roku. Roger De Vlaeminck przygotowuje się do jednego z amatorskich startów. Już wie, że ten rok będzie dla niego przełomowy – choć sezon nie jest jeszcze nawet w połowie, on już ma na swoim koncie pierwsze ważne zwycięstwa. Jeszcze nie wie, że za chwilę stanie przed wielką szansą.
Kątem oka dostrzega rzucającą się w oczy postać. Ciemne włosy, nisko osadzone czoło… tak, to musiał być on. To wschodząca gwiazda kolarstwa, Eddy Merckx – mistrz świata sprzed kilku miesięcy i znany łowca klasyków, który, jak głosiły plotki, za kilka tygodni we Włoszech miał postarać się o wygranie pierwszego wielkiego touru. Podchodził coraz bliżej – zupełnie tak, jakby to właśnie on – 21-latek z Flandrii Wschodniej był jego celem. Tak, teraz nie ma już żadnych wątpliwości. Młody chłopak, może delikatnie wyższy od De Vlaemincka, podchodzi do niego, wita się i zagaduje:
– Hej, jesteś mocny. Nie chciałbyś do nas dołączyć w przyszłym roku? – Gdy takie pytanie zadaje mistrz świata, odpowiedź mogła być tylko jedna, dlatego została udzielona błyskawicznie…
– Nie, nie chcę z tobą jeździć! Chcę jeździć przeciwko Tobie
Pogromca Merckxa
Buta i pewność siebie Rogera De Vlaemincka, przedstawiona przez Daniela Friebe w książce pt. “Eddy Merckx. Kanibal”, ewidentnie mogła robić wrażenie. Niewielu było kolarzy, którzy równie zdecydowanie odmówiliby jednej z największych gwiazd ówczesnego kolarstwa. Nie było na to stać również… samego Eddy’ego Merckxa, który przecież sam zaczynał karierę w Solo-Superii – grupie Rika Van Looya i ówczesnego idola każdego młodego belgijskiego kolarza.
Podejście De Vlaemincka zrozumieć było łatwo – jako utalentowany kolarz łatwo mógł znaleźć zespół, który nie będzie całkowicie oddany jednemu tylko kolarzowi – nie chciał powtórzyć błędu swojego o dwa lata starszego rywala, któremu w pierwszym roku zawodowstwa starszy i bardziej utytułowany kolega skutecznie obrzydzał kolarstwo. Dlatego wybrał Flandrię. Do ekipy przeszedł wtedy wraz z bratem – Erikiem, zwycięzcą etapu Tour de France z 1968, jednak szybko okazało się, że to on jest najlepszym kolarzem w rodzinie.
Już w pierwszym roku zawodowstwa pokazał, że Merckx miał rację, proponując mu angaż w Faemie. 22 czerwca zdobył mistrzostwo Belgii, pokonując m.in. słynnego “Kanibala”, który wracając po kilkutygodniowym zawieszeniu za doping zajął dopiero 32. miejsce. I nie był to wcale wyjątek. Gimondi, Zoetemelk, Ocana, Van Impe, Godefroot… podczas kariery Merckx napotkał wielu wybitnych kolarzy, jednak prawda jest taka, że żaden nie był dla niego prawdziwym rywalem. Merckx wielkie toury kolekcjonował hurtowo – w latach 1968-1974 wygrywał każdy, w którym wystartował (i który ukończył*), a niemal co roku startował w dwóch.
W klasykach nie szło mu tak łatwo. Można to oczywiście, częściowo słusznie, zrzucać na karb przypadkowości, jaką się one rządzą, jednak nie byłoby to całkiem sprawiedliwe. Merckx nie wygrywał wszystkich klasyków, w których wystartował także dlatego, że za rywala miał De Vlaemincka. A sukces “Cygana”, który był w nich od Merckxa wyraźnie gorszy, ale i tak taśmowo zgarniał kolejne skalpy, być może polegał właśnie na tym, że Merckxa, w przeciwieństwie do rywali, nigdy się nie bał. Wierzył, że może być od niego lepszy.
– Jedno wam powiem – w niedzielę, na Liege-Bastogne-Liege Merckx na pewno mnie nie zgubi. Przysięgam wam. – mówił dziennikarzom, gdy ci przepytywali go po dotkliwej porażce z Merckxem podczas Paryż-Roubaix 1970, gdzie “Kanibal” pokonał jego – drugiego kolarza tamtych zawodów, o pięć minut. I choć nikt, nawet rodzony brat, mu nie dowierzał, on właśnie wtedy wygrał swój pierwszy monument. A w kolejnych latach dołożył do tego sukcesu kolejne.
Mediolan-San Remo, Wyścig Dookoła Flandrii, Paryż-Roubaix, Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia – jako jeden z trzech kolarzy w historii wygrał wszystkie monumenty. Ba, choć niemal całą karierę rywalizował z Eddym Merckxem, to uzbierał ich aż 11 – więcej niż jakikolwiek inny kolarz, poza “Kanibalem” (ten ma ich aż 19). Niestety jego kolekcja nie jest pełna. Lista kolarzy, którzy w karierze sięgnęli po wszystkie sześć najważniejszych wyścigów jednodniowych zamyka się na dwóch nazwiskach – Eddy Merckx i Rik Van Looy. De Vlaemincka na niej brakuje.
*Nie ukończył tylko Giro d’Italia, podczas którego w jego organizmie wykryto niedozwolone środki. To o zawieszeniu za tamto przewinienie była mowa wcześniej w tekście.
W drużynie z Kanibalem
Jak to możliwe, że jeden z najlepszych klasykowców swoich czasów ani razu nie sięgnął po tytuł mistrza globu? Wydaje się, że tu warto sięgnąć do rozmowy, którą przytoczyłem na samym początku tekstu. De Vlaeminck o słuszności podjętej wówczas decyzji przekonywał się prawdopodobnie za każdym razem, gdy tylko stawał na starcie mistrzostw świata. W barwach Flandrii, a później Brooklynu był za każdym razem największą gwiazdą swojej drużyny – kolarzem, pod którego podporządkowują się pozostali. W drużynie z Merckxem nie było to możliwe – rzecz jasna nie od początku – w końcu De Vlaeminck nie od początku był wielką gwiazdą.
Jeszcze w 1970 roku całkiem sprawnie ze sobą współpracowali, goniąc siedmioosobowy mocny odjazd – inna sprawa, że zupełnie niepotrzebnie, bo ten i tak dojechała do mety, a wyścig wygrał… ich bardzo młody rodak, Jean-Pierre Monsere. Niestety później ich kooperacja napotykała na kolejne spore problemy. Pierwsze oznaki tego, że hierarchia w belgijskiej drużynie narodowej się zmienia i nie ma w niej już tylko jednego lidera, a przynajmniej dwóch, pojawił się w 1971…
To właśnie wtedy, na przełomie lipca i sierpnia okazało się, że na mistrzostwa świata nie pojedzie wierny przyboczny Merckxa – Jos Spruyt, a zamiast niego w kadrze pojawiło się nazwisko… brata Rogera De Vlaemincka – Erika. La Stampa pisała wówczas o wściekłości Merckxa, który zagroził działaczom, że w tej sytuacji odpuści kolarski mundial. Nie odpuścił – “Kanibal” nie zwykł odpuszczać czegokolwiek. Zamiast tego do Mandrisio pojechał i wygrał, a w kolejnych edycjach mistrzostw świata starszy z braci De Vlaemincków już się nie pojawił.
Stracona szansa
Najmniej udaną edycją mistrzostw świata była dla Belgów ery Merckxa i De Vlaemincka edycja przeprowadzona w Gap w 1972 roku. Tylko tam żaden z nich nie zdobył medalu – w pozostałych edycjach jeśli słabszy moment miał Merckx, to zastępował go ktoś inny – jak nie Monsere, to Freddy Maertens czy Julien Stevens. De Vlaeminckowi, wciąż wygrywającemu kolejne klasyki, ta sztuka się nie udawała. Nawet nie był blisko – za każdym razem kończył kolejne wyścigi na odległych pozycjach, często dlatego, że któryś z jego rodaków był danego dnia lepszy
Aż w końcu przyszedł 1975 rok – siódme mistrzostwa świata z udziałem De Vlaemincka. To było chwilę po Tour de France – dla Merckxa skrajnie nieudanym, ponieważ niezakończonym jego zwycięstwem – został zdetronizowany przez Bernarda Theveneta. Przed mistrzostwami świata zwołał zebranie zespołu. Wiedział, że pomimo wcale nie najgorszych wyników, osiąganych w poprzednich latach, kadra ma problem ze stworzeniem jedności i tym samym nieco kładzie sobie kłody pod nogi.
Zaoferował swoim rodakom pakt – ten, kto wygra mistrzostwo świata miał zapłacić zespołowym kolegom kilkadziesiąt tysięcy belgijskich franków. Plan Merckxa był oczywiście taki, że tym, który wyjedzie z Francji nieco uboższy, przynajmniej pod względem finansowym, będzie on sam, jednak gdy przed decydującymi momentami wyścigu ucierpiał w kraksie, zaoferował pomoc właśnie De Vlaeminckowi.
Ten stanął właśnie przed życiową szansą, jednak… nie zdołał jej wykorzystać. Źle odczytał wyścigową sytuację i odpuścił ucieczkę Henniego Kuipera i to właśnie Holender został tamtego popołudnia nowym właścicielem tęczowej koszulki. Daniel Friebe spekuluje w swojej książce “Eddy Merckx. Kanibal”, że “Cygan” po prostu nie uwierzył Merckxowi i cały czas czekał na jego ruch. Merckx zapewniał jednak o szczerości swoich intencji i przekonywał: – Podczas mistrzostw świata nikt nie pomógł mi nigdy tak, jak ja tutaj De Vlaeminckowi! – Nowy belgijski lider na ostatnich metrach wyścigu wykorzystał swoją szybkość i sięgnął po medal. Niestety było to “tylko” srebro.
Być może Kuipera dałoby się dogonić, gdyby nie sytuacja, która miała miejsce… jeszcze podczas dopinania szczegółów podziału premii. Gdy prezes belgijskiego związku kolarskiego mówił o 11 zawodnikach, którzy mieliby rozdzielić pieniądze między sobą, De Vlaeminck, pokazując na mierzącego zaledwie 167 cm Luciena Van Impego zażartował: – Panu chodzi chyba o 10,5!
Niestety znakomitego górala tamten żart wcale nie rozśmieszył. Gdy w decydującym momencie De Vlaeminck, który czuł, że wymarzony tytuł wymyka mu się z rąk, zaczął zachęcać Van Impego do cięższej pracy, miał usłyszeć – Kolego, skoro jestem połową kolarza, to pracuję jak połowa kolarza!
A jednak mistrz!
Niezależnie od prawdziwości anegdoty, przytaczanej zresztą nieraz przez samego De Vlaemincka, jednego można było być pewnym. Jeden z najlepszych kolarzy w historii właśnie wtedy zaprzepaścił swoją największą szansę. Choć era dominacji Merckxa zakończyła się krótko po imprezie w Yvoir, a on sam wziął udział jeszcze w pięciu wyścigach po tęczową koszulkę – nigdy już nie był jej tak blisko, jak wtedy.
Grono kolarzy, którzy w swojej karierze wygrywali wszystkie pięć monumentów ogranicza się do trzech Belgów – Eddy’ego Merckxa, Rika Van Looya i właśnie Rogera De Vlaemincka. Z wymienionej trójki tylko ten ostatni (choć całościowo wyraźnie bardziej utytułowany od Van Looya) nie wywalczył nigdy mistrzostwa świata, które już na zawsze pozostało jego największym niespełnionym marzeniem.
Nadmienić warto jednak, że jest to tylko część prawdy, bo chodzi wyłącznie o zawody na szosie. Jego brat, wielokrotnie tu już wspominany Eric, był świetnym przełajowcem – do dziś pozostaje rekordzistą, jeśli chodzi o mistrzostwa świata w tej kolarskiej dyscyplinie i chyba miłością do niej zaraził Rogera. Ten bowiem zdecydowanie częściej niż choćby Merckx czy inni wielcy belgijscy tamtych czasów pojawiał się na crossowych trasach.
Poziomu Erica wprawdzie nigdy nie osiągnął, jednak swojej tęczowej koszulki i tak się doczekał – na kilka miesięcy przed rozczarowującym Yvoir, sięgnął po nią w szwajcarskim Melchau. Dziś jednak tego sukcesu… żałuje – Powinienem był pomóc wtedy bratu wygrać ósmy tytuł. – mówił w rozmowie z Wielerkrant kilkanaście miesięcy temu. Jednak niezależnie od tych wszystkich rzeczy w życiu, których mógł żałować, jednego nikt mu nie odbierze – do dziś pozostaje jednym z najlepszych klasykowców w historii, co jest tym bardziej godne podziwu, że jako jeden z niewielu ówczesnych mistrzów nigdy nie został złapaniu na stosowaniu niedozwolonych środków.
Źródła:
Cyclist.co.uk; Wielerkrant; Pro Cycling Stats; Daniel Friebe, “Eddy Merckx. Kanibal” (tłum. Maria Smulewska).
Zobacz też:
Mistrzowskie odliczanie (10) – Preludium do polskiego dnia chwały
Mistrzowskie odliczanie (9) – dziewięciu wspaniałych
Mistrzowskie odliczanie (8) – ośmiu polskich medalistów








