fot. UAE Team Emirates

1 tylko medal mistrzostw świata ma na swoim koncie Tadej Pogačar. Na szczycie jest od lat, a kolarski mundial jest jedynym wyścigiem, którego w trakcie zawodowej kariery nie zdarzyło mu się jeszcze opuścić. Biorąc to wszystko pod uwagę, jego dotychczasowe wyniki w tej imprezie są wyjątkowo ubogie…

Wydawać by się mogło, że wszystko zaczęło się w 2019 roku, gdy młody, piekielnie zdolny Słoweniec udawał się do Yorkshire po doświadczenie, choć… niekoniecznie tylko po nie, bo na koncie miał już pierwsze spore sukcesy. Tyle że to nie byłaby do końca prawda – właściwie już wtedy był stałym bywalcem tej imprezy. 

Najpierw były mistrzostwa świata juniorów w Richmond, gdzie jeszcze nie miał raczej na co liczyć. Jako pierwszoroczniak co prawda regularnie zajmował miejsca w czołówce, ale zwyciężał okazjonalnie. Teraz też nie wygrał – wyścigu w ogóle nie ukończył. W Dosze było lepiej, ale na medal i tak nie miał co liczyć, skoro trasa była płaska jak stół. Rok później, już w orlikach, w Bergen też nie był faworytem i zajął 20. miejsce.

Wśród głównych kandydatów do medali wymieniano go zaledwie raz – gdy rok później wygrał Tour de l’Avenir, a trasa kolarskiego mundialu prowadziła po sprzyjającym góralom w Innsbrucku. – Wydaje się, że podstawowymi faworytami są zwycięzca Tour de l’Avenir Tadej Pogacar (Słowenia) oraz Ivan Sosa (Kolumbia) – pisaliśmy w przedwyścigowej zapowiedzi. On sam zapewniał, że jedzie po zwycięstwo, by zmazać plamę z mistrzostw Europy, gdzie na finiszu zaliczył bolesny upadek. Niestety nie do końca mu się to udało – zajął 7. miejsce. I choć orlikiem był jeszcze przez dwa lata, na mistrzostwa świata młodszych kategorii jeździć mu już nie wypadało. Był na to za mocny.

Yorkshire 2019 – Mały sukcesik po wielkich triumfach

W 2019 roku był już kolarzem UAE Team Emirates, która być może była już najbogatszą, ale z pewnością nie najlepszą drużyną w World Tourze. To ostatnie miało się stać dopiero za sprawą Tadeja Pogačara, który już w pierwszym roku stał się jej najjaśniejszą postacią. W nowych barwach wygrał już pierwszy europejski wyścig (Volta ao Algarve), a później podczas Vuelta a Espana zachwycił świat, przeprowadzając na ostatnim górskim etapie kapitalny rajd, który zapewnił mu 3. miejsce w klasyfikacji generalnej.

Tyle że wyścigi wieloetapowe – nawet te kilkudniowe, a klasyki, to nieco inna bajka. W klasykach zaś Pogačar jeszcze nie zdążył pokazać swojej wielkości. Zarówno w młodszych kategoriach wiekowych, jak i później nie sygnalizował, że klasykowcem może być równie dobrym, co grandtourowcem. W Yorkshire jego 18. miejsce nikogo nie rozczarowało – wręcz przeciwnie. Był jedynym Słoweńcem, który ukończył tamten wyścig, a siol.net – pisał o nim – Pokazał, że ma wielki talent także do wyścigów jednodniowych – nie tylko tych etapowych.

Sam Pogačar też był ze swojego występu zadowolony – To był brutalny wyścig, pogoda nie ułatwiała zadania – szczególnie to oberwanie chmury w pierwszej części. W końcówce zabrakło mi sił, ale ostatecznie prawie zakończyłem wyścig w głównej grupie – mówił temu samemu portalowi, mając na myśli kilkunastoosobowy peletonik utworzony za czołową czwórką, która między sobą rozstrzygnęła walkę o medale. Pogačar odpadł z niego na samym finiszu – do mety dojechał z minimalną, czterosekundową stratą. 

Imola 2020 – “Cześć, to znowu ja”

Rok później “Pogi” przystępował do startu w zupełnie innej sytuacji. Wciąż czekał na swój pierwszy sukces w klasyku, ale teraz to na nim skupiła się uwaga całego świata – na nim i na rodaku – Primožu Rogliču. Słoweńcy zdominowali Tour de France, zajmując dwa pierwsze miejsca, a Pogačar wygrał tamten wyścig po kapitalnej remontadzie na La Planche des Belles Filles. O jego szansach we Włoszech lepiej niż ten powszechnie znany fakt mówiło jednak to, że górskich finiszach radził sobie podczas tamtej Wielkiej Pętli lepiej niż uchodzący za bardzo dynamicznego kolarza rodak.

Może i nie stali w pierwszym szeregu faworytów – wyżej stały akcje Wouta Van Aerta, Juliana Alaphilippe’a czy nawet Jakoba Fuglsanga, jednak mogli namieszać. I rzeczywiście namieszali. Tadej Pogačar znów zaimponował. Na początku siódmego okrążenia złapał defekt, ale błyskawicznie wrócił do grupy, przedostał się na samo jej czoło i zaatakował. Do mety pozostało 40 kilometrów. Dziś takim ruchem wzbudziłby w szeregach rywali popłoch. Rozpaczliwie próbowaliby łapać jego koło licząc na to, że ma nieco słabszy dzień i tym razem ich nie zgubi.

Wtedy był to jednak inny peleton i inny Pogačar – niegotowy na samotne rajdy, z jakich znamy go dzisiaj. Reakcja rywali na jego atak była bardzo umiarkowana – kontrolujący wyścig Belgowie właściwie go odpuścili, licząc że tylko niepotrzebnie zmarnuje swój zapas energii. Mieli rację. Dwa lata później Słoweniec przyznał Wielerflits – To był błąd. Zaatakowałem zbyt wcześnie. Myślałem, że dołączy do mnie kilku innych kolarzy i pojedziemy razem. A gdy okazało się, że nikt się na to nie zdecydował, postanowiłem jechać dalej. Szkoda, bo miałem dobre nogi.

Belgowie narzucili nieco mocniejsze tempo i to wystarczyło, by go złapać już po kilkunastu kilometrach. Liderem Słoweńców został Roglič, który ostatecznie ukończył wyścig na 6. miejscu – Pogačar był 33.

Flandria 2021 – Wielki mistrz poznaje miejsce w szeregu

Choć patrząc na samą jazdę Pogačara, widać jak na dłoni, że rozwija się z każdym rokiem i z każdym kolejnym rokiem jest lepszą wersją siebie, to do niedawna właśnie w sezonie 2021 osiągał najlepsze wyniki. To właśnie wtedy dosłownie znokautował rywali podczas Tour de France, ale też w końcu zaczął dokładać do swojego dorobku wielkie zwycięstwa w klasykach. Wygrał Liege-Bastogne-Liege (później dołożył do tego drugi monument – Il Lombardię), a i podczas olimpijskiego wyścigu w Tokio błyszczał, zajmując 3. miejsce, minimalnie przegrywając na finiszu z Woutem Van Aertem. 

Powszechnie uchodził za najlepszego kolarza na świecie, ale to nie znaczy, że był faworytem mistrzostw świata. Wraz z Primožem Rogličem pojechał tam po części jako… luksusowa obstawa dla Mateja Mohoriča. Tym razem wyścig prowadził bowiem po trasie znanej ze Strzały Brabanckiej – wyścigu, w którym Pogačar nigdy wcześniej nie startował. Znajdowało się tam wiele niewielkich hopek, a w gronie głównych faworytów znajdowali się raczej ci, którzy błyszczą na co dzień w brukowanych klasykach.

“Pogi” takie doświadczenia miał dopiero przed sobą, a przed startem mówił: – Nie wiem na co mnie stać. Matej jest jednym z faworytów – będzie też pewnie naszym głównym liderem, choć… mamy skład, który pozwala na różne scenariusze – mówił nieco zagadkowo przed startem. Ostatecznie jednak z tych różnych scenariuszy nie zrealizował się ani jeden. Słowenia zakończyła tamte mistrzostwa bez choćby jednego miejsca w czołowej “10”. Najlepszy rzeczywiście był Mohorič, tyle że on zajął dopiero 14. miejsce. 

Pogačar okazał się lepszy od Rogliča, ale nie była to szczególnie dobra wiadomość. Obu brakło bowiem czujności, a może po prostu zwyczajnej mocy i na 40 km przed metą nie znaleźli się w 17-osobowej czołówce, która wyklarowała się po przejechaniu brukowanych podjazdów. Ich przydatność dla Mohoriča okazała się zatem dość ograniczona. 

Wollongong 2022 – Delikatny zawód

Mistrzostwa Świata we Flandrii nie odpowiedziały jednoznacznie na pytanie, jak Tadej Pogačar radzi sobie na brukach – zrobił to dopiero kolejny rok. Najpierw spektakularny debiut w Ronde van Vlaanderen, a później udana dwójkowa akcja z Jasperem Stuyvenem na etapie Tour de France do Arenbergu kazały jednoznacznie stwierdzić – tak. Tadej Pogačar potrafi radzić sobie na bruku. 

Wcześniej, podczas Strade Bianche pokazał też, że stać go na spektakularne odjazdy także podczas klasyków. To był pierwszy rok, który pokazał jednoznacznie, że mamy do czynienia z geniuszem, choć gdy spojrzy się na jego palmares z tamtego sezonu, to zupełnie tego nie widać. Tamtej Flandrii nie wygrał – kontrowersyjna decyzja z końcówki wyścigu sprawiła, że dwójkowy sprint zakończył na czwartym miejscu, zaś podczas Tour de France pokonał go Jonas Vingegaard. 

W Wollongong chciał się odkuć, a pierwszy sukces odniósł już przy wylocie, ponieważ tym razem… nie zapomniał paszportu, co przydarzyło mu się w 2019 roku, przy okazji poprzedniej podróży do Australii. Później też było dobrze – otwierającą tamte mistrzostwa czasówkę zakończył na 6. miejscu, a i wyścig ze startu wspólnego rozpoczął nie najgorzej. Załapał się do 24-osobowej grupy, która odjechała pozostałym i, jak się później okazało, rozstrzygnęła między sobą walkę o medale.

Niestety najważniejszy moment przespał. Gdy na 30 kilometrów przed metą decydujący atak przypuścił Remco Evenepoel, on był ustawiony zbyt daleko, by na niego odpowiedzieć. A później również był niewidoczny – zupełnie jakby zrezygnował z walki. Bardziej aktywny był jego rodak – Jan Tratnik, który na ostatnim kilometrze próbował rajdu po srebro i został dogoniony na kilkadziesiąt metrów przed metą. – Szczerze mówiąc, zupełnie nie wiedziałem co się dzieje. Nie wiedziałem gdzie jest Jan, nie wiedziałem że walczymy o medale… wolę wyścigi z łącznością radiową – mówił po tamtym wyścigu nieco zagubiony Tadej Pogačar, cytowany przez Siol.net.

Glasgow 2023 – wszystko zgodnie z planem

Dawno klasyki nie wzbudzały takiego zainteresowania, jak w 2023 roku. Wszystko za sprawą biorących w nich udział kosmitów. I nie chodzi tu o Remco Evenepoela, który w tęczowej koszulce, podobnie jak rok wcześniej, z dziecięcą łatwością ograł rywali podczas Liege-Bastogne-Liege. Właściwie przez całą wiosnę żyliśmy pojedynkami Wouta Van Aerta, Mathieu van der Poela i Tadeja Pogačara. Klasyki, w których często rządzi przypadkowość, nigdy nie były tak przewidywalne, jak wtedy. Tyle że właśnie ta przewidywalność, dzięki obecności trzech, a nie jednego dominatora, zapewniała niespotykaną wcześniej widowiskowość. Każdy klasyk, w którym startowała cała trójka, cała trójka kończyła również w czołowej czwórce. Ale zwycięzca za każdym razem był inny – Mediolan-San Remo wygrał Mathieu van der Poel, E3 Saxo Bank Classic – Wout Van Aert, a Ronde van Vlaanderen – Tadej Pogačar, który tym samym odhaczył na swojej liście celów trzeci monument.

Epilogiem tamtej rywalizacji miały być mistrzostwa świata w Glasgow – tym razem rozgrywane nie jesienią, a późnym latem, zaledwie dwa tygodnie po drugim z rzędu niepowodzeniu* Pogačara w Tour de France. Słoweniec jeszcze niezupełnie doszedł do siebie psychicznie po tym, jak Jonas Vingegaard na 21-etapowym dystansie pokonał go aż o 7 i pół minuty. 

Z drugiej strony wiedział jednak, że ewentualny sukces w deszczowej Szkocji może go bardzo podbudować. Tyle tylko, że z równie bojowym nastawieniem do ścigania podeszli dwaj pozostali członkowie “wielkiej trójki” i jej czwarty, nieco przyszywany, ale równie niezawodny kuzyn – Mads Pedersen. To zapewniło nam najciekawsze mistrzostwa świata od lat. Ataki największych rozpoczęły się na długo nim wyścigowy licznik pokazał 100 km przed metą. Stawka się dzieliła, łączyła, tasowała, szatkowała, aż w końcu z przodu została tylko właśnie wspomniana czwórka.

W końcu, na 22 kilometry przed metą zaatakował Mathieu van der Poel i błyskawicznie pokazał, że to on jest najlepszym kolarzem na tej trasie. Odjechał tradycyjnie niemogącym dojść do porozumienia w kwestii pogoni rywalom i nie przeszkodziła mu nawet bardzo groźna kraksa już po 5 kilometrach od rozpoczęcia odjazdu. Pogačar tamten wyścig zakończył na 3. miejscu. Gdy na ostatnim wzniesieniu zaatakował Wout van Aert, on nie odpowiedział na jego ruch. Być może nie miał już siły, bo całe to ściganie bardzo go wykończyło – już chwilę po wyścigu, w strefie mieszanej, właściwie słaniał się na nogach.

– Czy mi się podobało? Pfff. Nie. To był jeden z najtrudniejszych wyścigów. To było naprawdę szalone. Cieszyłem się nim do 70 kilometrów przed końcem, potem była walka o dotrwanie do mety.

– mówił wtedy. Jednak kilka dni temu, w youtube’owej rozmowie z Peterem Attią przyznawał już: – To był plaster na moje rany. Nie wygrałem, ale ściganie było świetne. Niestety czegoś mi brakowało.

*czyli drugim miejscu

Zurych 2024 – ?

I tak dotarliśmy do chwili obecnej. Właściwie nie wiadomo kiedy Tadej Pogačar zamienił się w prawdziwego potwora, zdolnego wygrywać w każdych okolicznościach. Przynajmniej od 2020 roku uważany jest za jednego z kilku, jeśli nie najlepszego kolarza na świecie, a mimo to dopiero w zeszłym roku po raz pierwszy w karierze zajął miejsce w czołowej “10” mistrzostw świata – i to mimo tego, że jego występy nigdy nie kończyły się dużym rozczarowaniem.

Dziś byłoby inaczej. Patrząc na ostatnie wyczyny Słoweńca, można pokusić się o stwierdzenie, że ze swoimi aktualnymi umiejętnościami byłby w stanie wygrać, a przynajmniej zameldować się w czołówce zarówno w Yorkshire, jak i w Imoli, Flandrii oraz Wollongong. A tak się składa, że jutro trasa będzie prowadziła po trasie odpowiadającej mu znacznie bardziej, niż poprzednie pięć.

Remco Evenepoel i Mathieu van der Poel – oni też z całą pewnością nie zadowolą się srebrnym medalem, ale według większości przewidywań to właśnie Pogačar jest zdecydowanym faworytem do zwycięstwa. Oczywiście nie musi wygrać – i tak wygrał już w tym sezonie aż nadto, ale jeśli uda mu się sprostać oczekiwaniom, przejdzie do historii. O dwóch kolarzach, którzy w jednym sezonie wygrali w jednym sezonie Giro d’Italia, Tour de France i mistrzostwa świata pisałem już wczoraj. Jeśli w niedzielę wszystko pójdzie po jego myśli on będzie trzecim. 

Występy Tadeja Pogačara w mistrzostwach świata elity
Rok Lokalizacja Miejsce
2019 Yorkshire 18
2020 Imola 33
2021 Flandria 37
2022 Wollongong 19
2023 Glasgow 3

Zobacz też:

Mistrzowskie odliczanie (10) – preludium do polskiego dnia chwały

Mistrzowskie odliczanie (9) – dziewięciu wspaniałych

Mistrzowskie odliczanie (8) – ośmiu polskich medalistów

Mistrzowskie odliczanie (7) – (nie)szczęśliwa siódemka De Vlaemincka

Mistrzowskie odliczanie (6) – ostatni taki wyścig D’Artagnana

Mistrzowskie odliczanie (5) – Kwiatkowski. Multimedalista

Mistrzowskie odliczanie (4) – wiecznie trzeci Raymond Poulidor

Mistrzowskie odliczanie (3) – klasyczny hat-trick Sagana

Mistrzowskie odliczanie (2) – opowieść o dwóch trypletach

Poprzedni artykułKatarzyna Niewiadoma: „Wyścig był brutalny”
Następny artykułZurych 2024: Lista startowa wyścigu elity mężczyzn
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
KAMIL
KAMIL

Nie wygra. Remco to weźmie. Pogacar pęknie, za bardzo chce.

Alek
Alek

Ktoś gdzieś u was (na stronie lub fb) napisał komentarz że trasa jednak okazała się nie aż tak trudna, więc zobaczymy.
Ta Rwanda za rok to będzie dopiero hardcore
Czy wygra? Ma szansę jutro. Ale. Znowu pogoda może bardzo dużo namieszać, błąd, brak żelka czy kurtki i może być ciapa. Wystarczy spojrzeć jak to było w Tym roku na którejś strzale, że tylko jeden zespół ukończył w całości wyścig, a niektórzy wpadli w rezonans z zimna.
Dobry felieton znów.