Eddy Merckx i Raymond Poulidor po zakończeniu Mediolan-San Remo 1969. Pięć lat później słynny Kanibal pokona Poulidora na finiszu decydującym o mistrzostwie świata. fot. Wiki Commons

4 – tyle medali mistrzostw świata uzbierał w swojej karierze Raymond Poulidor. Niestety nie ma wśród nich ani jednego złota.  

Tak długo, jak Wout van Aert nie zakończy kariery, a prawdopodobnie jeszcze dłużej, Raymond Poulidor pozostanie tym, który kojarzy się z drugim miejscem bardziej, niż którykolwiek inny kolarz. A być może w ogóle którykolwiek inny człowiek! W języku francuskim istnieje nawet wyrażenie: “Być Poulidorem”, którym określa się kogoś, kto mimo wszelkich starań, zawsze zajmuje drugie miejsce. Ba, nawet w Polsce można zupełnie nie mieć pojęcia o kolarstwie i wiedzieć, że “Poupou” był zawsze drugi – sam jako nieinteresujące się kolarstwem dziecko zupełnym przypadkiem trafiłem na książkę, której główny bohater w jednym z rozdziałów kibicował Raymondowi Poulidorowi właśnie dlatego, że ten zawsze jest drugi. Że zawsze przegrywa z Eddym Merckxem.

Właściwie to nie tylko z Eddym Merckxem, bo wcześniej była jego jeszcze słynniejsza rywalizacja z Jacquesem Anquetilem, a w międzyczasie również z włoską legendą kolarstwa – Felice Gimondim. Merckx, Anquetil, Gimondi, Thevenet, a nawet Lucien Aimar – zwycięzcy Tour de France się zmieniali, a on wiecznie stał na podium. I nie zawsze był drugi – to udało mu się trzykrotnie, za to aż pięć razy był trzeci. 

Inne wyścigi udawało mu się wygrywać: Paryż-Nicea, Criterium du Dauphine, Vuelta a Espana, a nawet Mediolan-San Remo. Jednak umownym “wiecznie drugim” Poulidor był nie tylko podczas Wielkiej Pętli. Podobna przypadłość dotykała go również podczas mistrzostw świata. Choć tu, jeszcze bardziej niż w przypadku Tour de France adekwatne (choć zdecydowanie gorzej brzmiące) byłoby określenie “wiecznie trzeci” – w końcu srebrny medal zdobył tylko raz, zaś brąz aż trzykrotnie

1. medal: Berno 1961 (brąz)

Raymonda Poulidora można kojarzyć ze starszym panem, który właściwie aż do swojej śmierci w 2019 roku rokrocznie pojawiał się przy trasie Tour de France i był żywym symbolem tego wyścigu. Zresztą, już 4 dekady wcześniej, gdy jako kolarski staruszek zacięcie rywalizował ze znacznie młodszymi od siebie zawodnikami pokroju Merckxa, Zoetemelka i Gimondiego, można było zachwycać się jego żywotnością. Jednak nawet Raymond Poulidor był kiedyś młody – na przykład wtedy, gdy jako 25-latek jechał na swoje drugie mistrzostwa świata w karierze.

Na zawodowstwo przeszedł zaledwie rok wcześniej, wciąż czekał na swój debiut w Tour de France, jednak zdecydowanie nie był już kolarzem anonimowym. Kilka miesięcy wcześniej, w czerwcu – mistrzostwo Francji, a już rok wcześniej był piąty na mistrzostwach świata w Karl-Marx-Stadt (dziś Chemnitz). Największym jego osiągnięciem było jednak wygranie w marcu tego samego roku Mediolan-San Remo.

– Nie wygrałem, ale to nie ma znaczenia. Wygrał Poulidor, chłopak o wielkim talencie, który wiedział, jak wykorzystać nadarzającą się okazję – mówił po tamtym wyścigu Rik Van Looy, który we wrześniu przygotowywał się do obrony tytułu mistrza świata. Tamto niepowodzenie z San Remo “Cesarz z Herentals” wciąż jeszcze pamiętał, jednak Primavera nie była już dla nikogo punktem odniesienia, a Poulidor wcale nie był uważany za jego największego rywala – ba nie był nawet tym Francuzem , którego rywale obawiają się najbardziej. – Anquetil to mistrz zdolny do największych wyczynów, zaś Bobet to stary lis – pisała La Stampa, która Poulidora skwitowała tylko słowami: – „człowiek-zagadka”.

Z Van Looyem rzeczywiście nie miał szans. Na finiszu w Bernie czoła “Cesarzowi” był w stanie dotrzymać koła tylko Nino Defilippis, który i tak minimalnie z nim przegrał. Poulidor do mety dojechał o około półtora roweru za nimi, jednak do brązowego wystarczyło. W ten sposób 25-latek sięgnął po swój pierwszy medal. Pierwszy, ale nie ostatni.

2. medal: Sallanches 1964 (brąz) 

Trzy lata po sukcesie z Berna, Poulidor był już ulubieńcem Francuzów. To właśnie w 1964 roku stoczył pamiętny pojedynek z Jacquesem Anquetilem, o którym pisaliśmy już w TYM miejscu, ale też wygrał Vuelta a Espana. Jednak nie tylko gospodarze wierzyli w rolnika z Masbaraud-Mérignat.  Gdy przed wyścigiem dziennikarze zrobili sondę wśród 10 kolarzy reprezentacji Włoch, okazało się, że najwięcej spośród nich wskazało właśnie na Poulidora i Rika Van Looya – obaj zgarnęli po trzy głosy.

I to właśnie ci, którzy postawili na „PouPou” byli najbliżsi prawdy. A jeden z nich – Vittorio Adorni mógł być po zakończeniu wyścigu podwójnie zadowolony. Wykorzystał swoje doskonałe umiejętności techniczne, które później przekazywał samemu Eddy’emu Merckxowi i na ostatnim ze zjazdów dołączył do Raymonda Poulidora oraz Jana Janssena, którzy wspólnie oderwali się od rywali na wcześniejszym podjeździe.

Ostatecznie to właśnie ta trójka miała na mecie w Sallanches – 12-tysięcznej gminie w Górnej Sabaudii, walczyć o zwycięstwo. Jej wynik był jednak z góry przesądzony. – Nie miałem żadnych szans. Być może z innym rywalem byłoby to możliwe, ale nie z Janssenem – mówił na mecie drugi Adorni.

Rzeczywiście – on i Poulidor byli z góry skazani na pożarcie w starciu z Holendrem. Choć jego nazwisko może Wam się kojarzyć dziś głównie z wygrania Tour de France, to w 1964 był przede wszystkim bardzo dobrym sprinterem i zwycięzcą klasyfikacji punktowej Wielkiej Pętli. O jego prędkości przekonywał się tam kilkukrotnie m.in. znacznie szybszy od Poulidora i Adorniego Rudi Altig, więc nic dziwnego, że w Sallanches i oni zostali przez niego pokonani. Przegrali o dwie długości roweru, a Janssen już na kilka metrów przed metą mógł podnieść ręce w geście zwycięstwa.

Poulidor znów zajął więc trzecie miejsce, licząc zapewne, że w kolejnych latach dostanie szansę na to, by mistrzostwa świata zakończyć nie z brązem, a ze złotem. Tyle tylko, że miało być o to coraz trudniej. Dzień przed zawodowcami mistrzostwo świata amatorów zgarnął bowiem nie kto inny, jak… 20-letni „Kanibal” , który już w kolejnym roku miał trafić do peletonu zawodowego, a tam pozbawiać stopniowo marzeń Poulidora i resztę stawki o kolejnych sukcesach.

3. medal: Nurburgring 1966 (brąz)

Jednak nie od razu Rzym zbudowano. Choć w 1966 roku Merckx był już zwycięzcą Mediolan-San Remo (wygrał Primaverę w drugim roku zawodowstwa dokładnie tak samo, jak wcześniej „PouPou”), to nie był jeszcze takim dominatorem, jak w kolejnych latach. Fakt, był wymieniany w gronie największych faworytów, ale na tej samej zasadzie, co Altig i Simpson. A niewiele niżej byli w przeróżnych zapowiedziach właśnie Poulidor i Anquetil, którzy, jak się okazało później, mieli stoczyć w Niemczech Zachodnich swoją ostatnią wielką walkę o zwycięstwo tak ważnego wyścigu.

Walkę, którą przegrali obaj, choć przez długi czas wydawało się, że jest to absolutnie niemożliwe. Jeszcze na dwie rundy przed końcem Francuzi mieli bardzo realne szanse, by zgarnąć wszystkie trzy miejsca na podium. Obok Włocha, Gianniego Motty w czteroosobowej czołówce jechali bowiem Jean Stabliński, Poulidor i Anquetil. Rudi Altig miał do nich wówczas minutę straty, a jego widoki na odrobienie strat były naprawdę niewielkie.

Tyle że wtedy uaktywnił się czwarty z Francuzów – Lucien Aimar, który zaatakował z peletonu i zaczął zmierzać w kierunku ucieczki. Fakt, pomoc świeżo upieczonego zwycięzcy Tour de France z 1966 roku mogłaby się na ostatnich kilometrach wyścigu okazać bardzo przydatna, tyle że niestety zabrał on ze sobą przy okazji… bardzo dynamicznego Rudiego Altiga. – Sam nie dałbym rady. W ogóle nie myślałem o tym, żeby próbować dogonić prowadzącą czwórkę – mówił po latach Krzysztofowi Wyrzykowskiemu.

Nic dziwnego, że 25-letni rodak został przez Anquetila ostro zganiony. Mleko się jednak wylało i skoro Altig był już w grupie, to „Monsieur Chrono” starał się w końcówce wykorzystać swoje umiejętności, próbując samotnego odjazdu. Nic to nie dało. Altig, mimowolnie rozprowadzony przez Mottę, dogonił Francuza tuż przed metą i wyraźnie wyprzedził jego i Poulidora.  Merckx przyjechał do mety jako 12., jednak w kolejnych latach to on miał być postrachem rywali.

4. medal: Montreal 1974 (srebro)

W kolejnych latach Merckx wygrywał z niespotykaną ani wcześniej, ani później regularnością. Swoje piętno odcisnął także na mistrzostwach świata, które do 1974 roku wygrywał dwukrotnie. Podczas walki o tęczową koszulkę Poulidor nie odczuwał jednak jego dominacji szczególnie mocno – w latach 1967-73 ani przez chwilę nie był blisko osiągnięcia sukcesu, zajmując zwykle miejsca daleko za pierwszą “20”.

Jednak w 1974 roku Poulidor, podobnie jak w Sallanches 10 lat wcześniej, znów mógł poczuć się jak u siebie, ponieważ mieszkający w prowincji Quebec francuskojęzyczni Kanadyjczycy, sami nie mając swojego kolarza, kibicowali właśnie Francuzom. Pokonanie Merckxa – zwycięzcy zarówno Giro d’Italia, jak i Tour de France z tamtego sezonu było więc może  zadaniem niezwykle trudnym, jednak jego wykonanie gwarantowało poklask ze strony żywiołowych gospodarzy.

O dziwo 38-letni już Poulidor walczył dzielnie – jeszcze dzielniej niż podczas Wielkiej Pętli, gdzie wprawdzie zajął drugie miejsce, lecz stracił do zwycięzcy osiem minut. Tu walczył z nim jak równy z równym do samego końca. Gdy na 12 km przed metą, tuż przed dogonieniem przed główną grupę uciekającego Bernarda Theveneta, Merckx przypuścił decydujący atak, tylko Poulidor był w stanie utrzymać mu koło. 

Później “Kanibal” jeszcze wielokrotnie próbował go zgubić, ale za każdym razem nieskutecznie. “Cesarz francuskiego peletonu”, jak nazywa go w powyścigowym sprawozdaniu La Stampa, jest w stanie odeprzeć wszystkie ataki, ale nie stać go na nic więcej. Gdy dojeżdżają do mety, nie ma siły na finisz. Merckx objeżdża go z łatwością, sięgając po pierwszy tryplet w historii kolarstwa.

Epilog: Glasgow 2023 (złoto)

Kolejnej szansy na medal Poulidor już nie dostał. Wprawdzie jeszcze jako 40-latek potrafił zajmować miejsce na podium Tour de France, ale podczas mistrzostw świata nie był w stanie pokazać swojej wciąż nieprzemijającej sportowej klasy. Karierę zakończył, podobnie jak Anquetil, bez złotego medalu mistrzostw świata, choć ze zdecydowanie lepszym dorobkiem medalowym (Anquetil musiał zadowolić się tylko jednym, srebrnym, medalem).

Jednak to, co na zawsze pozostało poza zasięgiem “Poupou”, udało się jego wnukowi. Rok temu Mathieu van der Poel, mimo upadku w końcówce, o ponad minutę ograł najlepszych klasykowców swoich czasów – Tadeja Pogačara i Wouta Van Aerta i w efekcie tęczowa koszulka, cztery lata po śmierci Poulidora, stałą się częścią jego dziedzictwa. I choć Tour de France – ostatniego z brakujących skalpów, prawdopodobnie nie wygra nigdy, to kto wie – może zatroszczy się o to kolejne pokolenie spadkobierców wielkiego francuskiego kolarza?

Zobacz też:

Mistrzowskie odliczanie (10) – preludium do polskiego dnia chwały

Mistrzowskie odliczanie (9) – dziewięciu wspaniałych

Mistrzowskie odliczanie (8) – ośmiu polskich medalistów

Mistrzowskie odliczanie (7) – (nie)szczęśliwa siódemka De Vlaemincka

Mistrzowskie odliczanie (6) – ostatni taki wyścig D’Artagnana

Mistrzowskie odliczanie (5) – Kwiatkowski. Multimedalista

Poprzedni artykułOmloop van het Houtland 2024: Dublet Team Jayco AlUla
Następny artykułUCI chce zatrudnić płatnych informatorów do walki z dopingiem
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze