Ktoś mówi: “największe kolarskie rywalizacje” – co myślisz? Fani współczesnego kolarstwa odpowiedzieliby pewnie “Tadej Pogačar – Jonas Vingegaard”, inni – “Coppi i Bartali” kolejni – “Fignon-Hinault” albo “Ullrich-Armstrong”. Wielu powie zapewne również “Raymond Poulidor-Jacques Anquetil”. Nie byłoby tych skojarzeń, gdyby nie wyścig z 1964 roku.
Kolarstwo to nie tenis, nie skoki narciarskie czy piłka nożna. Wcale nie jest normą, że najlepsi na świecie mają ze sobą okazję rywalizować – nawet pośrednio, podczas chociaż jednego wyścigu w sezonie. Momenty, w których kolarze, którzy wcześniej wygrywali poprzednie wielkie imprezy, spotykają się ze sobą w czasie jednych zawodów, zawsze budzą więc spore emocje. Najlepiej przekonujemy się o tym obecnie, gdy Remco Evenepoel, Primož Roglič, Jonas Vingegaard i Tadej Pogačar, po wielu latach oczekiwania, w końcu spotkali się na trasie jednego wyścigu kolarskiego.
Tak samo było w 1964 roku. Tamto Tour de France również miało jednoznacznie rozstrzygnąć kwestię tego, kto zostanie uznany za najlepszego wielkotourowca na świecie. Sytuacja była jeszcze bardziej klarowna, niż dziś. Najpierw Jacques Anquetil wygrał Giro d’Italia, później Raymond Poulidor wygrał Vuelta a Espana, a na końcu obaj, w pełni sił, a nie wracając po kontuzji (jak w tym roku Vingegaard, Evenepoel i Roglič) zmierzyli się na trasie najważniejszej z trzytygodniowych imprez – Tour de France.
Poulidor – dziś, ze względu na swoją długowieczność, znany jest raczej jako kolarski matuzalem, wtedy był tym młodszym. Miał zdetronizować starszego o dwa lata Jacquesa Anquetila, który w poprzednich latach zdominował Tour de France na nieznaną dotąd skalę. Rok wcześniej pobił rekord Philippe Thysa oraz Louisona Bobeta, którzy w czasie swojej kariery wygrywali trzy razy – on wygrał po raz czwarty. Już jako 30-latek miał swoje bardzo ważne miejsce w kolarskiej historii.
Kto tak właściwie jest moim rywalem?
Był najlepszym kolarzem na świecie i potwierdzał to, wygrywając na każdym polu. Wygrał wszystkie trzy wielkie toury, wygrywał czasówki. Klasyków nie lubił, ale gdy już się tam pojawiał – wygrywał. I to mimo faktu, że prowadził się wyjątkowo nieprofesjonalnie. Jednym z łagodniejszych objawów tego braku poważnego podejścia do obowiązków był dość nietypowy zwyczaj. Otóż Francuz w noc poprzedzającą wyścigi regularnie grywał w karty – ale nie tylko wtedy. Zdarzało mu się to również między poszczególnymi etapami. I podczas jednej z takich partii, na samym początku Tour de France 1964, miał powiedzieć – Wiem, że mogę to wygrać. Niepokoi mnie tylko to, że nie wiem, kto będzie moim największym rywalem!
Rzeczywiście – jego sytuacja nie była wtedy szczególnie klarowna. Kilka godzin wcześniej stracił 30 sekund do dużej grupki, w której znaleźli się m.in. Raymond Poulidor i Jan Janssen (późniejszy zwycięzca Tour de France 1966). Jego sytuacja nie była łatwa. Mniejszym problemem było to, że tracił do lidera ponad 6 minut – tym był Rudi Altig, do którego powinien nadrobić dużo czasu w górach. Gorzej, że przed nim było jeszcze 29 innych zawodników, wśród których nie brakowało takich, mających wszelkie predyspozycje do tego, by zakończyć wyścig w czołówce. Oprócz Poulidora (28 sekund przewagi nad Anquetilem) i Janssena byli to m.in. Henry Anglade i Julio Jimenez. Który z nich był najgroźniejszy? Odpowiedź na to pytanie przynieść miał już kolejny, 9. etap, na trasie którego kolarze mieli przejechać m.in. Col du Telegraphe i Col du Galibier.
Wańka-wstańka
Obecność na trasie legendarnych wzniesień sprawiła, że etap rzeczywiście rozjaśnił wiele kwestii i wyłonił na dobre kandydatów do zwycięstwa. Obyło się bez niespodzianek. Pierwsze miejsce po raz kolejny zajął kolarz powszechnie uważany za najlepszego wspinacza swoich czasów, nie bez przyczyny nazywany “Orłem z Toledo”. Federico Bahamontes, bo o nim mowa, dorastał w chłopskiej rodzinie i, jak sam wspomina, musiał wozić na rowerze ciężkie worki z ziemniakami. Podobno właśnie dzięki temu później kolejne wzniesienia pokonywał jak kozica górska.
Niestety, nie był kolarzem idealnym, o czym dość dobrze świadczą jego osiągnięcia. Zaledwie jedno zwycięstwo w Wielkiej Pętli i siedem wygranych etapów – to nie są sukcesy godne wspinacza tego formatu. Jest za to mnóstwo wygranych klasyfikacji górskich – aż sześć, najwięcej aż do czasów Richarda Virenque. Jak łatwo się domyślić, olbrzymim problemem Bahamontesa były zjazdy. Regularnie dojeżdżał do szczytu wzniesienia jako pierwszy, by później tracić całą swoją przewagę na zjazdach. Nie znosił także niskich temperatur – wolał, gdy było gorąco, bo, jak sam mówił: – Moi rywale nie mogą brać wtedy tak dużo amfetaminy!
Być może jednak jego największym problemem były słabe czasówki. Najlepiej uwidoczniło się to chyba właśnie podczas Tour de France 1964. Co z tego, że Telegraphe i Galibier pokonał tak szybko, że nie zdążył stracić przewagi na zjazdach, skoro dwa dni później stracił do Anquetila i Poulidora odpowiednio nieco ponad i nieco mniej niż dwie minuty na zaledwie 21-kilometrowej czasówce? Co z tego, że podczas 16. etapu, jak to “Orzeł”, przefrunął przez Tourmalet i Aubisque. Co z tego, że na szczycie tych wzniesień miał odpowiednio 5 i 6 minut przewagi, skoro na mecie przewaga spadła do niespełna dwóch minut, a Hiszpan, choć wyprzedził dwójkę Francuzów, następnego dnia został przez nich zdemolowany podczas kolejnej jazdy na czas?
I nie pomógł wcale fakt, że później, na Puy de Dome również okazał się od nich lepszy. A nawet gdyby pomógł, nawet gdyby Hiszpan założył żółtą koszulkę, to później i tak straciłby ją pewnie na kolejnej, kończącej wyścig czasówce. Nie, taki kolarz jak on nie mógł rywalizować z Jacquesem Anquetilem na trasie tak upstrzonej próbami czasowymi. Wobec tego po ósmym etapie dużo rozsądniejsze wydawało się, by do czterokrotnego zwycięzcy wyścigu porównywać Raymonda Poulidora, który zajął wówczas 2. miejsce.
Pogoń nieposkromionego pijaka
Poulidorowi mogły pomagać widoczne u 30-letniego rywala braki w profesjonalizmie. Gra w pokera i w brydża do późnych godzin nocnych to pikuś przy innych jego wyczynach. Na przykład w noc przed Tour de Rasoir, nie wiedząc, czy dostanie od organizatorów wystarczająco dużą opłatę za start, postanowił mocno zabalować. Pił z innymi imprezowiczami do samego rana i w efekcie nazajutrz był całkowicie skacowany. Śmierdziało od niego alkoholem i ledwo trzymał się na nogach. Mimo to wystartował w wyścigu i nawet go wygrał. Organizatorzy stosunkowo małego wyścigu pomogli mu, prosząc rywali, by nie atakowali, a on szybko złapał odpowiedni rytm i gdy zawody zaczęły się na dobre, był nie do pokonania. Tamtą edycję jej uczestnicy nazwali później “pogonią za pijakiem”.
W Tour de France takie numery przejść nie mogły, ale on niewiele sobie z tego robił. Po 13 etapie, podczas jedynego dnia przerwy, gdy inni kolarze smacznie spali, on bawił się z organizatorami do późnych godzin nocnych, zajadając się pieczoną dziczyzną i popijając czerwone wino. Niewiele brakowało, by zapłacił za to naprawdę srogą cenę. Rywale bowiem, w przeciwieństwie do tych z Tour de Rasoir, nie zamierzali mu popuszczać – atakowali od samego początku, a on nie był w stanie się bronić. Na Envalire wjechał cztery minuty za Poulidorem i Bahamontesem. Przepowiednia wróżki, która przed wyścigiem przepowiadała, że Anquetil wycofa się po 14. etapie wydawała się coraz bliższa sprawdzenia.
Tyle że wtedy nastąpiło nagłe zmartwychwstanie. Co było jego przyczyną? Wersje są różne. Zdaniem niektórych uczestników tamtych wydarzeń dyrektor sportowy Anquetila – Raphael Geminiani, podał wówczas swojemu czempionowi butelkę z wodą na butelkę szampana, co miało wspomóc regenerację dziwacznego organizmu Francuza*. Zdaniem innych, decydujący był okrzyk domestique Anquetila – Louisa Rostollana. – Zapomniałeś jak się nazywasz? Ty jesteś Anquetil! Nie masz prawa przegrać bez walki! – krzyczał. Niewykluczone jednak, że przyczyna była bardziej prozaiczna. Anquetil był po prostu kapitalnym zjazdowcem, który wykorzystując swoje umiejętności techniczne regularnie połykał na zjazdach kolejnych rywali.
Jak było? Tego na sto procent nie będziemy wiedzieć nigdy. Najważniejsze jest jednak to, że na koniec Anquetil nie miał absolutnie żadnych powodów do zmartwień. Nie tylko dojechał w pierwszej grupie i uniknął strat. On nawet zyskał do najgroźniejszego rywala w klasyfikacji generalnej! Poulidor bowiem w kluczowym momencie złapał gumę i do mety dojechał zamiast wiele minut przed – dwie i pół minuty za Anquetilem. Młodszy z Francuzów miał pecha, ale należy pamiętać, że Anquetil również nie przejechał tamtego wyścigu bezproblemowo. Gdy kilka dni wcześniej sam miał gumę, stracił do Poulidora zaledwie 17 sekund.
*Żona Jacquesa Anquetila zaprzeczała tym rewelacjom
Zawsze odrobinę za mało
Poulidor był świetnym czasowcem. Każdą z trzech czasówek tamtego Tour de France kończył w czołowej trójce. Mimo to, nie mógł mierzyć się pod tym względem z Anquetilem. Francuza nie bez kozery nazywano Monsieur Chrono. Nie miał mistrzostwa świata w jeździe indywidualnej na czas tylko dlatego, że te się jeszcze wówczas nie odbywały. Chrono des Nations – coś w rodzaju nieoficjalnych mistrzostw świata w tej specjalności, wygrywał już do 1964 roku siedmiokrotnie (później dołożył jeszcze dwa tytuły). Jego klasa była jeszcze bardziej widoczna podczas Tour de France – aż 11 spośród wszystkich jego 14 etapowych triumfów to właśnie próby czasowe.
Nie było więc wyjścia. Poulidor musiał próbować swoich sił w górach. I próbował, niestety bezskutecznie, bo w „generalce” ani razu nie udało mu się choćby na moment wyprzedzić Anquetila. Najbliżej był dzień po pechowym 14. etapie. Na piętnastym odcinku z metą w Luchon znów zaatakował i trasę zawierającą Portet d’Aspet, Ares i Portillon pokonał o blisko dwie minuty przed rywalem i w efekcie tracił do niego jedynie 9 sekund. Niedługo później, po czasówce, znów trzeba było odrabiać czas. Trzeba było nie tylko nadrobić już istniejące już 56 sekund straty, ale jednocześnie przygotować się na wieńczącą wyścig czasówkę w Paryżu.
A okazja była już tylko jedna. Pozostał mu już tylko monstrualny etap (łączne przewyższenie wynosiło aż 5500 metrów!) z metą na Puy de Dome. Tam, gdzie dekadę później jeden z fanów uderzył Merckxa w brzuch i przyczynił się do jego porażki z Bernardem Thevenetem, Poulidor wymierzył cios poprzednikowi “Kanibala”.
– Nigdy nie czułem się na rowerze tak źle, jak wtedy – mówił później Poulidor. Kryzys przyszedł w najgorszym możliwym momencie – Poulidor stracił życiową szansę na zdjęcie z siebie miana “wiecznie drugiego”, zanim to na dobre do niego przylgnęło. Anquetil czuł się bowiem jeszcze gorzej. Tyle że nim Poulidor się zorientował, było już za późno. Pierwsze próby odjazdu były nieudane – Anquetil ostatkiem sił utrzymywał koło rywala. W końcu jednak musiał, stosując terminologię wziętą rodem z kochanego przez niego pokera, spasować.
Wystarczyło jednak tylko na niewielki, jak na skalę potrzeb, zysk. Odrobienie 43 sekund oznaczało, że Poulidor nie wyprzedzi Anquetila nawet na chwilę. Anquetilowi zaś pozostało więc już tylko jedno – dokończyć dzieła zniszczenia w Paryżu i choć jego rywal walczył dzielnie – był bez szans. Anquetil zakończył tamten wyścig 55 sekund na plusie i wygrał Tour de France po raz piąty. Dzięki temu do dziś jest jednym z czterech rekordzistów, jeśli chodzi o największą liczbę triumfów w największym wyścigu świata.
Symbol rywalizacji
O rywalizacji Anquetila i Poulidora do dziś krążą legendy, o co zresztą postarali się obaj zainteresowani. Według relacji samego “PouPou” Anquetil miał do niego na łożu śmierci powiedzieć: “Mój przyjacielu i znów będziesz drugi”, a niedługo później rzeczywiście zmarł, mając zaledwie 53 lata. Wtedy byli przyjaciółmi, ale w czasie kariery nie utrzymywali zbyt dobrych relacji.
– Gdy się ścigałem nienawidziłem Anquetila, podczas wyścigów nigdy nie zasiadaliśmy do posiłków przy tym samym stole. Nasze kontakty były ograniczone do minimum i zazwyczaj pośrednikiem między nami była żona Anquetila, Jeanine – opowiadał po latach Poulidor. Nie było jednak tak, jak mogłoby się wydawać, że walka dwóch kolarzy, właściwie rówieśników, trwała przez wiele lat.
Anquetil był wcześnie rozkwitającym talentem. Już jako 19-latek wygrał po raz pierwszy Chrono des Nations, a cztery lata później wygrał Tour de France. Natomiast po 1964 roku nie wygrał już Wielkiej Pętli ani razu, a wrócił na nią jeszcze tylko dwa lata później, bez powodzenia. Choć w 1966 roku wygrał Liege-Bastogne-Liege, to starzał się brzydko i w końcówce kariery wygrywał już tylko okazjonalnie (choć niekiedy w naprawdę poważnych wyścigach).
Poulidor okazał się zdecydowanie bardziej długowieczny. Jeszcze dwa razy zajmował drugie miejsca, zaś swoje ostatnie Tour de France (1976) zakończył na ostatnim stopniu podium. Przeżył całą erę Eddy’ego Merckxa, podczas gdy Anquetil zakończył karierę już na samym jej początku, ale nigdy nie był tak bliski zwycięstwa, jak w 1964 roku.
Kariery obu zawodników trochę się ze sobą rozjechały – sezonów, podczas których obaj znajdowali się w szczytowej formie, nie było wcale wiele – nawet mimo długowieczności Poulidora. Da się znaleźć w ich palmares jeszcze kilka poważnych wyścigów, które Anquetil kończył na pierwszym, a Poulidor na drugim. To kolejno: Criterium du Dauphine (1965), Criterium National de la Route (1963, 1964 1967), Paryż-Nicea (1966), Circuit de l’Aulne (1968). Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że gdyby nie 1964 rok, ich pojedynki byłyby tylko zwykłą ciekawostką.
Bibliografia:
Krzysztof Wyrzykowski „Tytani szos”, Weszło (Monsieur Jacques Anquetil, czyli kolarski George Best), Bike Race Info (Tour de France 1964), Naszosie.pl (Raymond Poulidor nie żyje), Procyclingstats








