Fot. Giro d`Italia

Gdyby chcieć zachować całkowitą konsekwencję, na miano potrójnej korony w kolarstwie zasługiwałoby tylko wygranie trzech wielkich tourów w jednym sezonie. Jednak skoro nie udało się to jeszcze nikomu, to najczęściej nazywa się tak wygranie w tym czasie Giro d’Italia, Tour de France i mistrzostwa świata. Takim osiągnięciem mogą pochwalić się (na razie!) tylko dwaj kolarze – Stephen Roche i Eddy Merckx.

Trzy wielkie postaci odradzającego się po wojnie kolarstwa pewnie zmierzają w kierunku znajdującej się na welodromie w Kopenhadze mety. Ferdi Kubler, Rik Van Steenbergen i Fausto Coppi, bo o nich mowa, mogą być już pewni, że jeden z nich lada moment zostanie mistrzem świata – ich przewaga wynosiła ponad trzy minuty. Wiedzieli już, że olbrzymi wysiłek włożony w siedmiogodzinną jazdę w deszczu zostanie nagrodzony medalem – tyle że ich olbrzymi apetyt zaspokoić jest w stanie jedynie złoto.

Szczególnie Fausto Coppiego, który od miesięcy zapamiętale (i jeszcze skuteczniej niż w poprzednich latach) starał się nadrobić to, co zabrała mu wojna, rozpoczęta dla niego dziewięć lat wcześniej – wtedy, gdy dzień po pierwszym wygranym Giro d’Italia musiał iść w kamasze i gotować się do obrony ojczyzny. 4 lata po zakończeniu zmagań o wiele ważniejszych niż jakiśtam kolejny wyścig, wygrywał wszystko, co się da. Dominował w kraju – pokonał najlepszych rodaków i kilku gości z zagranicy podczas wszystkich najważniejszych wyścigów z Giro d’Italia i Mediolan-San Remo na czele, ale i we Francji zmiażdżył rywali podczas Tour de France, gdzie zresztą drugie miejsce zajął z 10-minutową stratą jego wielki rywal z Półwyspu Apenińskiego – Gino Bartali.

Tyle że w Danii wygrać mu się nie udało. W trzyosobowym sprincie pokonał go i Kubler, i przede wszystkim nowy mistrz świata – 25-letni Van Steenbergen. Na kolarza, który w jednym sezonie wygra wszystkie trzy najważniejsze wyścigi na świecie trzeba było jeszcze poczekać, a sam Coppi nie zamierzał się wcale starać o to, by oczekiwanie to trwało jak najkrócej. Już nigdy nie połączył wszystkich spośród tych trzech wyścigów. Giro d’Italia przejeżdżał co roku – aż do 1958, ale gdy jechał w Tour de France, mistrzostwa świata odpuszczał – i na odwrót. A niekiedy nie pojawiał się na ani jednym, ani drugim wyścigu.

Ostatni wielki żer “Kanibala”

Zmierzch

Przez kolejne ćwierćwiecze nikt nie zdołał zbliżyć się do potrójnej korony tak jak “Il Campionissimo”. Długo nie udawało się to nawet najlepszemu niemal zawsze i niemal wszędzie Eddy’emu Merckxowi. Gdy w 1967 roku wygrywał pierwsze mistrzostwo świata, o wielkotourowych triumfach mógł tylko pomarzyć – Ten młody Belg nigdy nie wygra wielkiego touru – grzmiała po jednym z etapów La Gazzetta dello Sport. I choć tamta przepowiednia się nie ziściła, a on seryjnie wygrywał po dwa wielkie toury w roku, to długo nie był w stanie zgrać tego z triumfem w mistrzostwach świata (choć inne spośród największych wyścigów jednodniowych wygrywał regularnie).

A na koniec okazało się, że dokonał tego akurat w sezonie, gdy rzeczy, po wielu latach ciągłej hossy w końcu przestały dziać się po jego myśli. Wiosnę 1974 roku właściwie stracił* z powodu dręczących go infekcji oddechowych. Część wielkich klasyków, z Liege-Bastogne-Liege na czele, musiał odpuścić, zaś do pozostałych przystąpił nie w pełni gotowy do rywalizacji – w efekcie największym wygranym przez niego wyścigem jednodniowym było Trofeo Laigueglia

Startu w Giro d’Italia początkowo nie planował, ale ostatecznie uznał, że aby nie uznać sezonu za stracony, wygranie różowego wyścigu jest rzeczą nieodzowną. A włoska prasa nie miała najmniejszych wątpliwości, że wciąż jest on faworytem. – To Giro mogłoby być świetną okazją do zwycięstwa dla znakomitych włoskich kolarzy, gdyby nie Merckx – pisała La Stampa, w której dalej można było przeczytać – Belg jest absolutnie przekonany, że znów jest w swojej dawnej, wielkiej formie 

Nie był – tamto Giro rozpoczął wyraźnie przygaszony – podobnie jak jego drużyna. Zazwyczaj doskonale naoliwiona maszyna Molteni (jego zespołu), tym razem była niewidoczna. Rolę “Kanibala” początkowo próbował odgrywać Jose Manuel Fuente. Ciągle szalał, wygrywał kolejne etapy i zmuszał kolegów do kontrolowania wyścigu. Tylko że ostatecznie w drugiej części Corsa Rosa zapłacił za tamten wysiłek utratą koszulki lidera i spadkiem na piąte miejsce. 

Gorzej, że większym rozsądkiem wykazywali się anonsowani wcześniej przez La Stampę Włosi. Szczególnie jeden – piekielnie utalentowany 20-latek – Gianbattista Baronchelli. “Kanibal” nieco go zlekceważył. Gdy dostarczający mu sprzęt Ernesto Colnago poprosił go, by podczas 20. etapu pozwolił uciec będącemu zaledwie 43 sekundy w “generalce” za nim młokosowi, on, z uwagi na wieloletnią przyjaźń, przychylił się do jego prośby. Tyle że niewiele brakowało, by “Kanibal” się przeliczył. Baronchelli okazał się mocniejszy, niż ktokolwiek przypuszczał. Po zakończeniu podjazdu odrabianie strat szło więc “Kanibalowi” bardzo wolno i dopiero w końcówce udało mu się zminimalizować je do kilkunastu sekund. Wyścig zakończył 12 sekund przed młodym Włochem.

*Spoglądając na wyniki “Kanibala” z tamtego sezonu należy pamiętać, że słowa “właściwie stracił” oznaczają u niego coś nieco innego niż np. u Jaspera Stuyvena.

Merckx znów jest wielki – po raz ostatni

Nigdy wcześniej Merckx nie zakończył żadnego wielkiego touru z tak mizerną przewagą nad konkurentem, a równie blisko porażki był tylko podczas Tour de France 1971, gdy jej brak zawdzięczał prawdopodobnie tylko upadkowi Ocani na jednym ze zjazdów. Tamten wyścig był dla niego piekłem – także dlatego ciągle złościł się na sprzęt i mechaników, co spowodowało, że jeden z nich, nie bacząc na to, że wyścig wciąż trwa, postanowił opuścić swojego szefa i wrócić do domu.

Później było już jednak tylko lepiej. Podczas Tour de Suisse pokonał drugiego Gostę Pettersona o ponad minutę, zaś podczas Tour de France absolutnie zdominował rywalizację. – Zostawiałem go w górach codziennie. Nigdy wcześniej nie widziałem Merckxa w takim stanie. On już wtedy zwalniał.  – mówił później Danielowi Friebemu – autorowi książki “Eddy Merckx. Kanibal” Raymond Poulidor, który jako 38-latek zajął w tamtym wyścigu 2. miejsce. 

Tyle tylko, że ten sam Poulidor stracił we Francji do Merckxa grubo ponad 8 minut. Owszem, na trasie brakowało Joopa Zoetemelka, Luisa Ocani, Felice Gimondiego czy przypominanego wcześniej Baronchelliego – tyle że “Kanibal” jechał tamten wyścig tak, jak przystało jak na murowanego faworyta. Atakując non-stop – nawet na płaskim etapie do Orleanu, gdzie nadrobił nad resztą stawki ponad minutę, a łącznie wygrał 8 z 21 etapów tamtego wyścigu. 

A jeśli ktoś jeszcze po tamtym pokazie mocy miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, kto jest najlepszym kolarzem na świecie, Merckx rozwiał je w Montrealu. Na tamtym wyścigu nie brakowało właściwie nikogo z ówczesnej kolarskiej śmietanki, a mistrzem znów okazał się “Kanibal”, tym razem dwie pozycje przed Poulidorem.

Tamten sezon zakończył bez kolejnego wygranego monumentu, ale za to po raz pierwszy w karierze wygrał trzy największe wyścigi w kolarskim kalendarzu. Znów był wielki. Trwało to jednak tylko chwilę. Już w kolejnym roku Bernard Thevenet pokonał go na trasie Tour de France, a Belg zwycięstwa w Wielkiej Pętli nie odzyskał już nigdy. Tryplet okazał się początkiem końca jego chwały*

*Bardzo umowny początek końca chwały – w sezonie 1975 wygrał jeszcze trzy monumenty!

Ten, którego nikt się nie spodziewał

Kolega, który okazał się wrogiem

Przez kolejne 50 lat Eddy Merckx znalazł zaledwie jednego naśladowcę. I dość zaskakujące było to, że okazał się nim człowiek, który, gdyby wyjąć z jego życiorysu rok 1987, wyniki w wielkich tourach miałby, patrząc całościowo, nieco gorsze od… Rafała Majki. Na pewno nie był kolarzem przypadkowym – pokazał to zresztą dość szybko. Jeszcze w 1980 roku jeździł w amatorskim ACBB, by już na początku kolejnego sezonu wygrać w barwach zawodowego Peugeota Paryż-Nicea. A później dokładał do tego triumfy w kolejnych wielkich tygodniówkach – Tour de Romandie, Criterium du Dauphine… można byłoby długo wymieniać. 

Tyle tylko, że w wielkich tourach do tych sukcesów nie potrafił nawiązać. W 1985 roku był co prawda trzeci w Tour de France, tylko że i tak wszyscy zajęci byli wówczas wstępem do legendarnej rywalizacji Bernarda Hinaulta z Gregiem Lemondem. I to byłoby tyle, jeśli chodzi o sukcesy w trzytygodniowych wyścigach. Aż do roku 1987, gdy Roche miał już 28 lat.

Zaczął go z wysokiego “C”, a swoimi występami w tygodniówkach zaimponował na tyle, że pomimo wcześniejszych niepowodzeń z miejsca stał się głównym faworytem do wygrania Giro d’Italia. Według „La Stampy” jednym z dwóch – obok swojego kolegi z Carrery – Visentiniego, któremu rok wcześniej pomógł wygrać „różowy wyścig”. 

Rzeczywiście – początek właśnie na taki scenariusz zdawał się wskazywać, bowiem pierwsze etapy zamiast wyłonić prawdziwego lidera Carrery, tylko zaostrzyły rywalizację między tą dwójką. Visentini wygrał prolog? Dzień później czasówkę prowadzącą wyłącznie po zjeździe z Poggio wygrał Stephen Roche, który minimalnie pokonał jednego z najlepszych ówcześnie specjalistów od krótkich prób czasowych – Lecha Piaseckiego. Obaj kolarze Carrery szybko zostali więc dwoma zdecydowanymi liderami.

Podobno stary kolarski zwyczaj głosi, że gdy dwaj zawodnicy jednego zespołu zajmują dwa pierwsze miejsca w klasyfikacji wyścigu, ten z nich, który zajmuje drugie miejsce, podporządkowuje się drugiemu. Lecz tak się dziwnie składa, że w wielkich tourach podobna zasada zdaje się nie sprawdzać. W 1986 roku Bernard Hinault, pomimo ustaleń sprzed roku, ani myślał odpuścić zwycięstwa Gregowi LeMondowi, a rok później podobny konflikt zaistniał między dwoma zawodnikami Carrery. 

– Nasze relacje zaczęły psuć się podczas Giro […] Postanowił siedzieć mi na kole, dzień w dzień mnie nie odstępował. Od peletonu odrywały się różne ucieczki z niebezpiecznymi kolarzami w składzie […], ale on atakował dopiero wtedy, gdy atakowałem ja 

– opowiadał później liderujący na początku wyścigu Roche Colinowi O’Brienowi – autorowi książki “Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu świata”. 

Roche’a tamta taktyka Włocha mogła irytować, ale szybko okazało się, że przynosi nie najgorsze efekty. Gdy bowiem przyszła czasówka, nadrobił on do zazwyczaj świetnego w tego typu próbach Irlandczyka blisko trzy minuty. – Giro było skończone – wspominał później w książce O’Briena kolarz, który właśnie porzucił wszelką nadzieję. Jego kolega zaś opowiadał w telewizji – Teraz Stephen pracuje dla mnie, a na Tour de France pojedzie sam – zrobię sobie wtedy wakacje! 

Tymi słowami Roche poczuł się tak dotknięty, że postanowił zemścić się na aroganckim koledze. Na 15. etapie do Seppedy rozpoczął swój długi odjazd, który być może miałby szanse powodzenia, gdyby nie to, że… goniła go jego własna ekipa, chroniąca interesy Visentiniego! I choć w końcu dogoniła Roche’a, to cała sytuacja wymęczyła Włocha tak, że ten na ostatnim podjeździe stracił mnóstwo czasu i jakiekolwiek szanse na wygranie wyścigu.

Po tamtym etapie Roche stał się we Włoszech wrogiem publicznym numer jeden. Przy trasie zaczęły się pojawiać transparenty, spośród których najbardziej kulturalne brzmiały: “Roche do domu”. Odwrócili się od niego nawet zespołowi koledzy, którzy podczas kolacji nie chcieli siedzieć z nim przy jednej stole. Jedzenie musiał robić mu masażysta, bo bał się, że ktoś go otruje. Ostatecznie jednak to on okazał się zwycięzcą. Przejął koszulkę, nie stracił jej do końca wyścigu, a potem okazało się, że był to dopiero początek drogi na szczyt.

Wróg, który okazał się przyjacielem

Roche mógł narobić sobie wrogów we Włoszech i samej ekipie. Mógł też na dobre pogrzebać szanse na przedłużenie z nią kontraktu na przyszły sezon. Tyle tylko, że ekipa nie miała wyboru. Skoro już miała w składzie kolarza będącego w tak dobrej formie, a jej drugi lider – Roberto Visentini przygnębiony wydarzeniami z Włoch w zasadzie zakończył sezon, w Tour de France trzeba było postawić na Roche’a.

Tym bardziej, że okoliczności wyjąkowo mu sprzyjały. Karierę zakończył Bernard Hinault, Laurent Fignon daleki był od dawnej formy, a Greg LeMond doznał podczas polowania poważnej kontuzji, która niemal zakończyła jego karierę. Carrera, która mogła już pochwalić się kilkoma wygranymi wielkimi tourami, w końcu dostała poważną szansę, by powalczyć o zwycięstwo także w najsłynniejszym z nich.

Do zadania przyłożyła się solidnie od samego początku – wygrała etap jazdy drużynowej na czas, a że podczas rozgrywanych dwa dni wcześniej prologu i kilka dni później długiej czasówki Roche także zaprezentował się bardzo dobrze (czasówkę nawet wygrał!), to właśnie on znalazł się na pole position przed wjazdem w góry. Nie był liderem, ale najważniejszych rywali – Pedro Delgado i Jean-Francoisa Bernarda wyprzedzał odpowiednio o dwie i trzy minuty. Tylko co z tego, skoro całą przewagę stracił już pierwszego, upalnego dnia w Pirenejach, a kilka dni później Bernard pojechał na Mont Ventoux czasówkę życia odsadzając jego i pozostałych rywali na kilka minut w klasyfikacji generalnej.

Niestety, już pierwszego dnia po swoim wielkim triumfie, który zapewnił mu żółtą koszulkę lidera, były przyboczny “Borsuka” złapał gumę. W najgorszym możliwym momencie, bo chwilę przed szczytem pierwszego podjazdu. Co gorsza, rywale już wcześniej uknuli przeciwko niemu spisek. Przed etapem Mottet umówił się z Rochem, że zaatakują w strefie bufetu, która znajdowała się niedaleko miejsca, w którym, jak się później okazało, Bernard złapał gumę. I mimo tego, że sytuacja nieco się zmieniła – w czołówce nie było już lidera, planów nie zamierzali zmieniać. Gdy Bernard dojechał do głównej grupy, okazało się, że Motteta, Roche’a i Delgado już w niej nie ma – wszyscy byli daleko z przodu. 

Roche’owi udało się pozbyć Bernarda. Motteta zresztą też – Roche wraz z Delgado zgubili go jeszcze tego samego dnia. Do pokonania pozostał mu więc tylko Hiszpan, z którym przez kilka kolejnych dni stoczył mnóstwo fascynujących pojedynków. Ba, jeden z nich zakończył nawet w szpitalu po tym, jak na mecie zemdlał. W pewnym momencie sytuacja dla Delgado wyglądała tak dobrze, że aby politycy mogli obejrzeć wyścig, obrady przerwał nawet hiszpański parlament! Ostatecznie jednak kończąca rywalizacyjną część wyścigu czasówka rozwiała ich złudzenia. Wyścig o 40 sekund wygrał Roche. Tym razem obyło się bez żadnych kłótni i złośliwości. Ledwie godzinę po wyścigu, gdy udzielający telewizyjnego wywiadu Hiszpan zobaczył swojego rywala, po prostu wstał i… serdecznie go wyściskał.

A na koniec przyszły mistrzostwa świata, które przy stylu w jakim Roche wygrał Giro i Tour, wyglądają wyjątkowo nudno. Po prostu przyjechał do austriackiego Villach (choć w rozmowie z dziennikarzami Rouleur przyznał później, że do dziś nie pamięta nazwy tej miejscowości) i wygrał, dojeżdżając do mety sekundę przed drugim Moreno Argentinem. A tamten triumf zapewnił mu kolarską nieśmiertelność – nawet jeśli w kolejnych latach znów zamienił się w kolarza, który z trudem łapie się do czołowej “10” wielkich tourów.

Zobacz też:

Mistrzowskie odliczanie (10) – preludium do polskiego dnia chwały

Mistrzowskie odliczanie (9) – dziewięciu wspaniałych

Mistrzowskie odliczanie (8) – ośmiu polskich medalistów

Mistrzowskie odliczanie (7) – (nie)szczęśliwa siódemka De Vlaemincka

Mistrzowskie odliczanie (6) – ostatni taki wyścig D’Artagnana

Mistrzowskie odliczanie (5) – Kwiatkowski. Multimedalista

Mistrzowskie odliczanie (4) – wiecznie trzeci Raymond Poulidor

Mistrzowskie odliczanie (3) – klasyczny hat-trick Sagana

Poprzedni artykułZurych 2024: Lista startowa wyścigu ze startu wspólnego elity kobiet
Następny artykułWiara jest w nas! – zapowiedź 7. dnia Mistrzostw Świata 2024
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Alek
Alek

Te felietony to najlepszy aspekt tego portalu, ciekawe historie przybliżając i barwnie je opisują, ale w pogrubionym tekście zgubiliście słówko, że trypletem nazywa się giro Tour i mistrzostwo (tego mistrzostwa tam brakuje)
(” najczęściej nazywa się tak wygranie w tym czasie Giro d’Italia i Tour de France” )