fot. Jakub Laszek/Karpacki Wyścig Kurierów

– Chorwatowi chodzi o coś jeszcze – o coś, czego nie dostał ostatnim razem – mógłby powiedzieć Syriusz Black, gdyby zobaczył na liście startowej Karpackiego Wyścigu Kurierów Frana Miholjevicia, który chwilę wcześniej wygrał Giro di Sicilia.

Nawiązanie do Harry’ego Pottera nie było przypadkowe. Impreza, na którą wracał Chorwat, była zupełnie inna od tej, którą mógł pamiętać sprzed roku. Wtedy rozgrywano ją wyłącznie w Polsce – teraz było wręcz przeciwnie. W naszym kraju rozegrano tylko drugi etap – reszta odbyła się na Słowacji (dwa etapy) i w stolicy Węgier – Budapeszcie (prolog). Dystans pomiędzy tym ostatnim, a Starą Lubowlą, gdzie zaplanowano 1. etap, wynosił ponad 300-kilometrów. 

Żeby przemierzyć taką odległość w ciągu kilkunastu godzin i jeszcze zdążyć się odpowiednio zregenerować, potrzebne byłyby środki transportu znane z czarodziejskiego świata. Niestety kontakty Tomasza Wójcika – dyrektora “Karpackiego” nie są aż tak szerokie, by zapewnić wszystkim zespołom uczestniczącym w wyścigu świstokliki, proszek Fiuu lub chociaż latające miotły.

Inną, zapewne bardziej realną możliwością było rzecz jasna przeprowadzenia etapu przelotowego. Niestety poszukiwanie na Węgrzech kolejnych lokalizacji zainteresowanych ugoszczeniem wyścigu, było szalenie trudnym zadaniem. Organizator zdecydował się zatem na rozwiązanie znane z wielkich tourów – dzień przerwy.

Zapewne nie było ono idealne – narzekał na nie Dariusz Banaszek, ale wygląda na to, że chcąc zorganizować etap w Budapeszcie, trzeba było zdecydować się na takie ustępstwa względem brutalnej rzeczywistości. Czy było warto? Zawodnicy i trenerzy, a więc najważniejsi aktorzy każdego sportowego widowiska z pewnością mają swoją opinię – zresztą, niekoniecznie najgorszą. W rozmowach ze mną nikt nie skarżył się na wymuszoną przerwę, a i lista startowa – mocniejsza niż w kilku poprzednich latach, na której znalazło się m.in. Bardiani, pokazuje, że ta być może nie najlepiej wyglądająca w programie zaledwie pięciodniowego wyścigu wyrwa nie była wcale taka odstraszająca.

Spokojne odliczanie do Giro

Natomiast z mojego, pewnie najmniej istotnego dla całych zawodów, dziennikarskiego punktu widzenia, zorganizowanie prologu w Budapeszcie warte było poświęceń. Zwiedzenie miasta, w którym tydzień później miało rozpocząć się Giro d’Italia było bardzo ciekawym przeżyciem. Nawet mimo tego, że w mieście trudno było zauważyć znaki tego, co za moment ma się w nim wydarzyć.

Choć przejechałem na hulajnodze elektrycznej blisko pół Budapesztu (także przez niewielką część trasy etapu włoskiego wyścigu), to największym różowym akcentem, który udało mi się wychwycić były… stare budki telefoniczne T-Mobile. Nie dostrzegłem choćby jednego billboardu dotyczącego Giro. Z mojej perspektywy było to o tyle dziwne, że sam pochodzę z Krakowa i pokonując drogę z uczelni do domu, dość regularnie widuję billboardy zapraszające na kolejne sportowe imprezy. Często dużo mniejsze, niż ta, która niebawem odbędzie się w stolicy Węgier.  Z rzeczy faktycznie świadczących o zbliżającym się wielkimi krokami Grande Partenza, zdołałem wychwycić jedynie niewielkie zawieszki nad trasą różowego wyścigu, a także zegar odmierzający czas do rozpoczęcia się wyścigu. Ten ostatni znajduje się na przepięknym Placu Bohaterów, ale jest na tyle niski, że na początku w ogóle go nie zauważyłem – zasłonił go samochód osobowy.

Otwórz zdjęcie
Krzysztof Maksel/Karpacki Wyścig Kurierów

Czy jednak Grande Partenza rozgrywane w tym mieście musi okazać się porażką? Oczywiście że nie. Wygląda na to, że choć węgierskie tradycje kolarskie nie są tak bogate, jak te nasze, to coraz śmielsze poczynania młodych kolarzy z tego kraju, rozbudziły nieco rowerowej pasji u naszych “bratanków”. Widać było to nawet podczas prologu “Karpackiego” – gdy na trasę zaczęli wjeżdżać węgierscy kolarze, dało się usłyszeć naprawdę głośny doping. Choć kibiców nie było wcale tak wielu, to hałas, który potrafili stworzyć, tylko odrobinę ustępował temu, który znamy z Tour de Pologne.

Zeteny Szijarto całkiem dobrze wyglądał na trasie prologu – później było już gorzej fot. Krzysztof Maksel/Karpacki Wyścig Kurierów

Dominatorzy

Być może doping pomógł nieco madziarskim kolarzom – najlepszy z nich – Zeteny Szijarto zajął nawet nie najgorsze 22. miejsce (zdecydowanie najlepszy węgierski wynik w tym wyścigu), ale oczywiście to nie oni zostali głównymi bohaterami prologu. Na miano jednego z nich zasłużył z pewnością Fran Miholjević.

O jego perypetiach podczas poprzedniej edycji wyścigu pisałem już choćby w zapowiedzi jego tegorocznej odsłony, a więcej na ten temat można przeczytać TUTAJ. Chorwat, który wygrałby już wtedy, gdyby nie to, że na ostatnich kilku metrach tamtej imprezy został wyprzedzony przez zespołowego kolegę – Gabriele Petrellego, teraz przyjechał żądny zemsty.

– Mamy tu niedokończony interes – mówił przed startem. Był jak typowy czarny charakter – odziany w ciemny strój oraz żądny tego, co, jego zdaniem, powinno trafić w jego ręce już kilka miesięcy temu. No i przede wszystkim silniejszy niż kiedykolwiek, o czym świadczyło nie tylko wspomniane na wstępie zwycięstwo etapowe we włoskiej etapówce, ale też wiele innych świetnych wyników. Do tego dysponował zdecydowanie mocniejszą drużyną, niż rok wcześniej. 

Friuli ASD – zdecydowanie najmocniejsza ekipa wyścigu
fot. Krzysztof Maksel/Karpacki Wyścig Kurierów

Wtedy na trasie dominowali kolarze WPGA Amsterdam – teraz zabrakło ich na starcie. Odstraszyła ich… wojna toczona za naszą wschodnią granicą. Rolę Holendrów przejęła właśnie grupa Chorwata. Włosi niemal zawsze przywożą na wyścig po krajach Grupy Wyszehradzkiej bardzo mocny skład, ale teraz przeszli samych siebie – oprócz Miholjevicia przywieźli do Polski m.in. niezłych w tym roku Olivera Stockwella, Nicolo Burattiego i Davide de Cassana – cała wymieniona czwórka miała się zresztą znaleźć na koniec wyścigu w czołowej “10”.

Najmocniej błyszczał – oprócz Miholjevicia – ten ostatni. To właśnie on wygrał prolog, pokonując Chorwata, który zajął 3. miejsce, a gdy dzień później nie był w stanie pojechać za czołówką, sięgnął po żółtą koszulkę LOTTO dla najbardziej aktywnego zawodnika. A że resztę koszulek przejął Miholjević, wszystkie trykoty trafiły w ręce Team Friuli. Po wszystkim obaj liderzy z uśmiechem na ustach pozowali tle ich oraz samochodu grupy… Bahrain-Victorious. 

fot. Bartek Kozyra

Choć dzień później stracili dwa z nich na rzecz Marckusa Njora oraz Franka van den Broeka, to i tak mogą być z siebie zadowoleni. Jeśli w kolejnych wyścigach będą notować podobne wyniki, kwestią czasu jest to, aż dołączą do Filipa Maciejuka w zespole, dla którego Friuli jest nieoficjalnym zespołem rozwojowym.

Banda czworga

O tym, że obecność jednej, zdecydowanie wyróżniającej się drużyny, nie musi zabić dramaturgii wyścigu, przekonaliśmy się w zeszłym roku, gdy Filip Maciejuk zdołał wygrać, choć w peletonie królowali kolarze z Amsterdamu. Teraz scenariusz ułożył się bardzo podobnie – Friuli mogło sobie prowadzić we wszystkich klasyfikacjach wyścigu. Buratti mógł na drugim etapie rozprowadzać Miholjevicia po kilka sekund bonifikaty na lotnych premiach. Tyle że na koniec Chorwat zwycięstwo musiał sobie wywalczyć sam.

Największy wpływ na układ czołówki wyścigu miał 1. etap fot. Krzysztof Maksel

Dużą część pracy dokonał w pierwszej połowie wyścigu – najpierw zajmując 3. miejsce na prologu, a dwa dni później wygrywając w Starej Lubowli finisz z czteroosobowej grupki, która dojechała do mety z ponadminutową przewagą nad resztą stawki. Tak duża różnica, w tak krótkim wyścigu jest właściwie nie do odrobienia, więc nic dziwnego, że to właśnie członkowie tamtego odjazdu – Alexander Hajek, Francis Juneau, Martin Marcellusi oraz właśnie Miholjević byli jedynymi kolarzami, którzy do końca walczyli o zwycięstwo.

Wśród nich właściwie nie było przypadkowego kolarza – jedyną niespodzianką mógł być Francis Juneau. Marcellusi i Miholjević to dwaj najmocniejsi przedstawiciele dwóch najlepszych ekip na trasie (Bardiani CSF i CT Friuli ASD), natomiast Hajek – w zeszłym roku jedna z gwiazd juniorskiego peletonu, był ucieleśnieniem długiej tradycji mówiącej, że w “Karpackim” od czasów Tadeja Pogačara do końca o zwycięstwo walczą pierwszoroczni orlicy.

Walka o zwycięstwo rozstrzygnąć się miała na ostatnim etapie – różnica między pierwszym Miholjeviciem, a czwartym Hajkiem wynosiła wówczas jedynie 16 sekund. To niedużo, biorąc pod uwagę, że na rozgrywanej w Wysokich Tatrach czasówce – krótkiej, ale prowadzącej po stromym podjeździe o średnim nachyleniu 8% przewidywano znaczące różnice pomiędzy poszczególnymi kolarzami. No i faktycznie tak było – już 36. zawodnik stracił do najlepszego Alessio Martinellego ponad minutę. Natomiast ostatni – August Hoglund… przyjechał ze stratą wynoszącą… 8 minut. Tu warto jednak nadmienić, że Szwed do ostatniego etapu przystępował zdradzając oznaki ostrego przeziębienia, a na starcie pojawił się… ubrany tak ciepło, że właściwie nie było widać jego twarzy.

W czołówce nie doszło natomiast właściwie do żadnych większych roszad. Miholjević, na którego przed startem stawiała zdecydowana większość kibiców (i mamy na to twarde dowody), znacząco powiększył swoją przewagę, a Marcellusi, który podobno nigdy wcześniej nie jechał jeszcze podobnej czasówki, wypadł z podium, na którym zmienił go Hajek.

Słabi Polacy

3. miejsce Damiana Papierskiego na 2. etapie było najlepszym polskim wynikiem podczas Karpackiego Wyścigu Kurierów
fot. Krzysztof Maksel/Karpacki Wyścig Kurierów pamięci Wacława Felczaka

Drogi czytelniku, choć już długo czytasz to podsumowanie, to zapewne nie dostrzegłeś w nim nazwiska choćby jednego polskiego uczestnika tegorocznego wyścigu. Niestety, ale wynika to z tego, że w tym roku żaden z Polaków nawet nie zbliżył się do ubiegłorocznego osiągnięcia Maciejuka. Nasi rodacy generalnie nie spisali się w „Karpackim” zbyt dobrze.

Bywały dobre momenty. Choćby wtedy, gdy 10. miejsce w prologu zajął Kacper Majewski. Kolarz Cartusii Kartuzy utrzymał zresztą to miejsce także po kolejnym etapie, a stracił je dopiero dzień później, gdy peleton na jeden dzień wrócił do Polski. Stało się to z powodu olbrzymiego pecha – Polak najpierw musiał dochodzić do peletonu po defekcie, a później jeszcze zaliczył upadek. Gdy znów znalazł się w głównej grupie, nie miał już siły, by przetrwać ostatni zaciąg.

Kto wie, co by było, gdyby kolarze Cartusii Kartuzy mieli więcej szczęścia fot. Jakub Laszek/Karpacki Wyścig Kurierów

Wpływ na to, poza wydarzeniami na trasie między Piwniczną-Zdrój, a Niedzicą, mogła mieć kraksa, w której uczestniczył podczas treningu w dniu przerwy. Była na tyle mocna, że Majewski zakończył go z pękniętym kaskiem, a i tak miał więcej szczęścia niż Radosław Lewandowski, który leżał razem z nim. On poturbował się na tyle mocno, że musiał pojechać do szpitala w Zakopanem. Oczywiście o kontynuowaniu udziału w zawodach mógł zapomnieć.

Paradoksalnie etap prowadzący do Niedzicy, był dla Polaków najlepszy w całym wyścigu. No bo Majewski stracił wprawdzie świetne 10. miejsce, ale zamiast niego do czołowej “10” wskoczył Damian Papierski. Reprezentant Polski, na co dzień jeżdżący dla Voster ATS Team zafiniszował bowiem na 3. miejscu i w nagrodę mógł cieszyć się z awansu na 7. pozycję w “generalce”. 

Sam Papierski zdawał się jednak realnie oceniać swoje możliwości utrzymania tego miejsca – Niedawno wróciłem ze zgrupowania wysokogórskiego. Dzięki temu czuję, że łatwiej pokonuje mi się podjazdy. Jednak muszę pamiętać o tym, że jestem dość ciężkim zawodnikiem, więc inni, lżejsi mają nade mną naturalną przewagę – przyznawał. Jeszcze mniejsze nadzieje co do niego miał obecny na wyścigu Wacław Skarul – taki Damian Bieniek może go pokonać w Wysokich Tatrach nawet o 40 sekund – mówił. No i niestety nie pomylił się zbyt dużo. Kolarz Chrobrego Głogów był lepszy od Papierskiego o 24 sekundy, a i tak spadł w klasyfikacji generalnej na 21. pozycję.

Tym samym najlepszy z Polaków – Michał Sędzielewski (Pogoń Mostostal Puławy) zakończył wyścig na 19. pozycji. To najgorszy wynik w całej historii „Karpackiego”. Częściowo można tłumaczyć to pechem kolarzy Cartusii ale czy jego brak dałby chociaż miejsce w czołowej “10”? Można mieć wątpliwości.

Bardziej sensownym usprawiedliwieniem wydaje się obsada wyścigu – zdecydowanie lepsza niż w dwóch poprzednich latach, gdy również miałem przyjemność jechać za peletonem. Martin Marcellusi, Martin Messner czy Fran Miholjević i wielu pozostałych bohaterów wyścigu to zdecydowanie nie są nazwiska, które wyskoczyły z kapelusza. Tyle że jeszcze sześć lat temu Maxa Kantera, Enrica Masa czy Kristsa Neilandsa – dziś uznanych kolarzy World Touru, potrafił wyprzedzić w “generalce” Michał Paluta, a w czołowej “10” wyścigu zdołał zmieścić się również Piotr Konwa, który już trzy lata temu zdążył zakończyć karierę.

Te wyniki po raz kolejny pokazują, że można mieć poważne obawy, co do przyszłości polskiego kolarstwa po zakończeniu kariery przez Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majkę. Czy mimo wszystko jest jakaś iskierka nadziei? Pewnie tak. Ciekawy wydaje się projekt Dariusza Banaszka, który odważnie stawia na pierwszorocznych polskich orlików (choć widać, że na znaczące efekty trzeba będzie poczekać – kolarze HRE Mazowsze Serce Polski kręcili się głównie w tyłach, to pewne owoce było widać nawet na “Karpackim” – szóste miejsce na 2. etapie zajął Michał Pomorski). Nieźle wyglądają wyniki polskich juniorów – o talencie Huberta Grygowskiego wiadomo od dawna, a w niedzielę, w cieniu “Karpackiego” 3. miejsce w GP West Bohemia zajął Mikołaj Szulik. 

Mimo wszystko, nie takie talenty przepadały po wyjściu z kategorii juniora, dlatego, na wszelki wypadek warto docenić to, co w końcówce kariery dają nam Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Nawet jeśli ktoś uważa, że mogliby dawać więcej.

Michał Pomorski to ten z młodych kolarzy HRE Mazowsze Serce Polski, który podczas Karpackiego Wyścigu Kurierów najmocniej zaznaczył swoją obecność
fot. Krzysztof Maksel/Karpacki Wyścig Kurierów
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments