Fot. Szymon Gruchalski / Lang Team

Bomba poszła w górę, konie ruszyły galopem. Ledwie Czesław Lang wyjawił kolejne szczegóły przyszłorocznego Tour de Pologne, od razu odezwały się głosy świętego oburzenia.

Do tradycyjnego chóru zawodzących o kręceniu się wokół Bukowiny dołączyli tym razem ci, którym nie w smak „zamykanie połowy Warszawy”. Tego się w sumie można było spodziewać. Ale kiedy w kilku miejscach przeczytałem, że tym razem Lang przeszedł samego siebie i sięgnął po pieniądze do kieszeni Kościoła, przetarłem oczy ze zdumienia.

Pomijam ten drobny szczegół, że gdyby mu się to faktycznie udało, powinien zostać niezwłocznie mianowany ministrem finansów. Kto wie, czy również nie żeglugi śródlądowej, bo najwyraźniej zawrócił kijem Wisłę. Przez dłuższą chwilę w ogóle nie mogłem zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, aż w końcu ktoś mnie oświecił, że przecież na planowanej trasie wyścigu pojawiły się Wadowice, a cała impreza ma się odwoływać do 100. rocznicy urodzin Karola Wojtyły.

Jak te okoliczności ubrać w „sponsoring” Kościoła? Pojęcia nie mam, ale nie sposób się nie uśmiechnąć. A jednocześnie trochę zmartwić, bo świadczy to tylko o tym, że krytyka Czesława Langa i Tour de Pologne przekroczyła kolejną granicę absurdu.

Nie ma rzecz jasna żadnego obowiązku ciągłego hołubienia Czesława i jego wyścigu. W pewnym sensie jakaś nieufność jest zrozumiała – ostatecznie człowiek, który się niemal nieustannie uśmiecha musi nad Wisłą budzić przynajmniej podejrzenia.

Nikt też nie zakazuje rzeczowej krytyki. Sam zresztą wielokrotnie zwracałem uwagę na rzeczy, które mnie trochę kłują w oczy: a to zupełnie niepasującą do wypielęgnowanych miejskich ryneczków dmuchaną scenę, a to dość przedmiotowe traktowanie przeganianych przed widownią hostess, marketingowo-nazewniczy chaos albo jeszcze kilka innych drobiazgów. Warto nad wieloma rzeczami ciągle pracować; bez straty dla widowiska, ale za to z korzyścią dla jego (i poniekąd naszego) wizerunku. Krytykujmy, dyskutujmy, podrzucajmy pomysły. Ale czynienie Czesławowi Langowi zarzutów z tego, że jest skuteczny, że od lat konsekwentnie swoją imprezę rozwija i szuka dla niej nowych możliwości, wykracza daleko poza zdrowy rozsądek.

Co ciekawe: uwadze większości krytyków zupełnie umknął fakt, że owe szczegóły trasy przyszłorocznego TDP zostały przedstawione podczas zorganizowanej przez Lang Team krakowskiej konferencji, na którą zjechali szefowie największych kolarskich imprez na świecie, z szefami Tour de France i Giro na czele. Wymiana doświadczeń? Szukanie pomysłów? Wdrażanie nowych rozwiązań? To przecież nie w naszym stylu.

Największą przewiną Czesława Langa jest to, że jego projekt rozrósł się „zbyt mocno” i – zdaniem wielu krytyków – zagarnia z rynku wszystkie pieniądze, za które można by zorganizować mnóstwo znakomitych imprez. A teraz pączkuje jeszcze bardziej, bo wiele wskazuje na to, że i „Orlen Wyścig Narodów” ma wielkie szanse na organizacyjny sukces. Wielu oponentów ma więc obawy, że teraz pieniędzy na ich „projekty” będzie na rynku jeszcze mniej.

Tyle tylko, że oprócz krytyki, nikt również nie zabrania stworzenia wobec Lang Teamu sensownej konkurencji. Takiej, która ma własną wizję, własne pomysły i wystarczającą determinację do tego, by się mozolnie przez lata rozwijać. Ale przede wszystkim takiej, która potrafi zaproponować kibicom, sponsorom i uczestnikom wydarzeń, jasno określone korzyści. Kto wie, czy nie zyskalibyśmy na tym wszyscy?

Chociaż… Jak się dobrze zastanowić, to pierwszy krok w tę stronę został już wykonany, a myśl założycielska nowej jakości w polskim kolarstwie została już podczas jednego z ostatnich walnych w Pruszkowie wyartykułowana. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Czesiek, podziel się z nami prawami telewizyjnymi, bo Ty je masz, a my nie”.

No cóż. Co mogło pójść nie tak?