Ronde van Vlaanderen / rondevanvlaanderen.be

Nie jest nieobliczalna, nie kusi, nie zwodzi. Śmiałków marzących o jej koronie poddaje szeregowi ciężkich prób, niczego nie pozostawiając przypadkowi. Chociaż świętowała już swoje setne urodziny, każdego roku na nowo rozpala wyobraźnię i burzy krew. W ostatnich tygodniach Flandria była areną wielu ekscytujących pojedynków, jednak one wszystkie stanowiły jedynie sprawdzian przed najważniejszą z bitew. Już w najbliższą niedzielę czarny lew ponownie załopocze na wietrze, a brukowane wzgórza zaleje bursztynowe piwo, muzyka i niezliczone tłumy miłośników kolarstwa. Wszystko, by oddać cześć Ronde van Vlaanderen. Flandryjskiej Piękności.

Jak dotąd każdy z rozegranych na brukach klasyków zawierał w sobie element przygotowań, a najwięksi specjaliści od wyścigów jednodniowych bagatelizowali znaczenie zwycięstw i porażek, niechętnie odsłaniając wszystkie karty. Nadejście jednego z dwóch punktów kulminacyjnych ich sezonu położy jednak kres wcześniejszym nieporozumieniom i taktycznym przepychankom, a jego wynik w znacznym stopniu zadecyduje o końcowej ocenie ich wiosennej kampanii. Wiodąca z Antwerpii do Oudenaarde trasa ponownie zakreśli niezliczone pętle i zygzaki, a potencjalnego zwycięzcę od chwil triumfu dzielić będzie 260 kilometrów usłanych pięcioma brukowanymi sektorami i osiemnastoma ikonicznymi hellingen, których nazwy stanowią kolarskie abecadło.

Każdą z pięciu największych imprez jednodniowych sezonu charakteryzuje unikalność i indywidualny rys. Coś, co wyraźnie wyróżnia ją na tle pozostałej czwórki. Podczas gdy Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia dedykowane są góralom, a wiosenne Milano-Sanremo – przynajmniej w teorii – jest królestwem sprinterów, również dwa rozgrywane na brukach monumenty są w dużym stopniu niezależnymi od siebie bytami.

Jeśli cechujące się dużym stopniem przypadkowości Paris-Roubaix nazywane jest Piekłem Północy, to dlatego, że celem odniesienia triumfu na legendarnym welodromie przede wszystkim trzeba stoczyć frustrującą walkę z samym sobą, zawodzącym sprzętem i całym szeregiem innych przeciwności losu, do których rywale dokładają się tylko w niewielkim stopniu. Czasami wystarczy mieć dużo szczęścia i przetrwać. Ronde van Vlaanderen trzeba natomiast wygrać.

Na trasie Flandryjskiej Piękności, którą znany z lingwistycznych akrobacji Andrea Tafi nazwał kiedyś drogą krzyżową, również mają miejsce liczne defekty i kraksy. Wąskie i kręte drogi, nieco przyjaźniejsze kolarzom ardeńskie kocie łby i doskonale nadające się do przeprowadzania niezliczonych ataków sztywne podjazdy sprawiają jednak, że o ostatecznych losach wyścigu decyduje nie rządząca się pewną przypadkowością eliminacja od tyłu, ale mierzona w watach moc i zaprawiona szczyptą taktycznego błysku zdolność inicjowania ofensywnych akcji.

Podczas gdy Tom Boonen po raz ostatni spróbuje zaatakować na Taaienbergu, późne niedzielne popołudnie z dużym prawdopodobieństwem stanie się początkiem nowego rozdziału w historii wielkich rywalizacji specjalistów od imprez jednodniowych. Jeśli natomiast rywalizacja zakończy się innym niż oczekiwane przez wszystkich rozstrzygnięcie, na pewno nie będzie mowy o przypadku. Flandryjska Piękność to wyścig, który zawsze wygrywa najsilniejszy.

Przebieg trasy Ronde van Vlaanderen regularnie ulega różnego typu korektom, zazwyczaj daleko wybiegającym poza zakres kosmetycznych poprawek. Nie uznający żadnych świętości organizatorzy pierwszego z rozgrywanych na brukach monumentów większego trzęsienia ziemi niż po usunięciu z trasy ikonicznego Muur van Geraardsbergen raczej nie wywołają, ale także w przypadku 101. edycji De Ronde nie obyło się bez mian dużego kalibru. Warto od razu jednak zaznaczyć, że większość z nich będzie miała charakter symboliczny, pozostając bez wpływu na losy wyścigu.

Mieszkańcom Brugii nie będzie dane celebrować jubileuszowego 20. startu imprezy z ich pięknego kupieckiego miasta, gdyż ten przeniesiony został do Antwerpii. W żadnym stopniu nie wpłynie to na charakter otwierającej fazy wyścigu, której rolą jak zwykle będzie szybkie i sprawne przeniesienie rywalizacji z północy bardziej pofałdowaną część Flandrii, a pierwsze 115 kilometrów trasy o łącznej długości 260 kilometrów zawierać będzie na przetarcie dwa brukowane sektory: Lipperhovestraat i Paddestraat.

Po pokonaniu otwierającego rywalizację płaskiego odcinka peleton w charakterystyczny sposób meandrować zacznie wśród wąskich i krętych dróg prowadzących przez najsłynniejsze z pokrytych kocimi łbami podjazdów, w łącznej liczbie 18. Zdająca się nie mieć końca sinusoida tradycyjnie rozpocznie się z przytupem – od Oude Kwaremontu, a po nim nastąpią odpowiednio Kortekeer, Eikenberg, Wolvenberg, Leberg, Berendries i Tenbosse.

Tu wypada chociaż na moment zaczerpnąć tchu w tej wyliczance, by wyraźnie zaznaczyć, że na trasę Ronde van Vlaanderen powraca legendarny Muur-Kapelmuur. Pokonywany 100 kilometrów od linii mety na ostateczne losy wyścigu wpływ będzie miał bardziej marginalny, niż w opinii Sir Bradley’a Wigginsa kosmiczne technologie Team Sky, jednak będzie. I to wystarczy.

Muur van Geraardsbergen od pierwszego przejazdu przez sekwencję Oude Kwaremontu i Paterbergu dzielić będą Pottelberg i Kanarienberg, a po pokonaniu przez peleton Koppenbergu i Steenbeekdries rozpocznie się decydująca faza zmagań.

Otworzy są bliski sercu Toma Boonena i stanowiący idealną platformę do przepuszczenia ataku Taaienberg, a trzema ostatnimi podjazdami na trasie 101. edycji Flandryjskiej Piękności tradycyjnie będą Kruisberg, Oude Kwaremont i Paterberg. Ostatnią sekwencję ikonicznych hellingen od linii mety w Oudenaarde dzielić będzie 13 kilometrów.

Wszystko zdaje się zapowiadać, że tegoroczna edycja Ronde van Vlaanderen zapoczątkuje erę rywalizacji dwójki zawodników, którzy jeszcze do niedawna uchodzili za niezdolnych do odnoszenia zwycięstw w największych wyścigach, robiąc za tło na fotografiach i kolekcjonując mało estetyczne srebrne patery.

Z numerem jeden na plecach wystartuje Peter Sagan (bora-Hansgrohe), który po fenomenalnym ubiegłym sezonie powrócił do charakteryzującej jego wcześniejsze poczynania praktyki rozdawania kart w większości wyścigów, nie przekładającego się na odnoszenie satysfakcjonującej liczby triumfów. Zwycięstwa w Kuurne-Bruxelles-Kuurne oraz podiów wywalczonych w Milano-Sanremo, Gent-Wevelgem i Omloop Het Nieuwsblad nie można nazwać nieudaną wiosenną kampanią, jednak do Mistrza Świata przykłada się nieco inną miarę. Nie ulega wątpliwości, że Słowak jest w wybornej formie i trudno wyobrazić sobie czołową trójkę De Ronde bez jego udziału, ale jego największym rywalem najprawdopodobniej będzie zawodnik, który znacznie pilniej odrobił lekcje.

Greg Van Avermaet (BMC Racing) długo wspinał się na szczyt, jednak to on jest niekwestionowanym królem tegorocznej kampanii wyścigów klasycznych. Jego fizyczna zdolność do odnoszenia sukcesów w największych wyścigach jednodniowych od lat nie wzbudzała wątpliwości, jednak konflikt o przywództwo w BMC z Philippe Gilbertem i brak „instynktu zabójcy” sprawiały, że uzyskiwane przez niego wyniki nie odzwierciedlały jego potencjału. Wydaje się, że sukces w wyścigu ze startu wspólnego zeszłorocznych Igrzysk Olimpijskich w końcu odblokował w 31-letnim Belgu dodatkowe pokłady pewności siebie, z taktycznie nierozgarniętego i niepotrzebnie marnującego mnóstwo energii zawodnika przeobrażając go w jednego z najcwańszych graczy peletonu.

Każde inne rozstrzygnięcie, niż walka tego duetu o triumf w 101. edycji Ronde van Vlaanderen będzie musiało zostać odczytane jako niespodzianka. Jeśli jednak zgodnie z oczekiwaniami dojdzie między nimi do taktycznej rozgrywki, trudno w niej stawiać przeciwko kapitanowi BMC Racing. Podczas gdy Sagan stale popełnia te same błędy, Van Avermaet nauczył się cierpliwości i podobnie jak Michał Kwiatkowski doskonale wie, jak pokonać utalentowanego Słowaka.

Kto może włączyć się w rywalizację Mistrza Olimpijskiego z Mistrzem Świata?

Philippe Gilbert (Quick-Step Floors) jest obecnie w wybornej formie. Jeździ jednak w ekipie Quick-Step Floors, która postępuje ostatnio według trudnych do racjonalnego wytłumaczenia schematów. Niezaprzeczalnie triumfator Ardeńskiego Tryptyku ma potencjał, by walczyć o zwycięstwo w drugim monumencie sezonu, jednak by w ogóle otrzymać na to szansę, będzie musiał zaatakować zanim zrobią to Tom Boonen, Niki Terpstra, Zdenek Stybar, Matteo Trentin czy Yves Lampaert.

Rola czarnego konia zbliżającej sie edycji Ronde van Vlaanderen może przypaść Oliverowi Naesenowi (Ag2r-La Mondiale), który był jak dotąd jedną z najjaśniejszych gwiazd tegorocznej kampanii wyścigów jednodniowych, notując miejsca w czołowej dziesiątce wszystkich belgijskich klasyków z wyjątkiem Gent-Wevelgem. Co prawda sam podkreśla, że Paris-Roubaix znacznie lepiej odpowiada jego predyspozycjom, jednak wyśmienita forma w połączeniu z agresywnym podejściem i dobrym instynktem mogą zagwarantować mu odniesienie największego sukcesu w karierze.

Drugą z rewelacji tegorocznej kampanii wiosennych klasyków jest Luke Durbridge (Orica-Scott). Jeśli tylko znajdujący się w fenomenalnej formie Australijczyk złapie właściwe koło, powinien być w stanie dotrzeć w grupie liderów do samej linii mety w Oudenaarde. I jeśli nie widzę go w roli potencjalnego zwycięzcy De Ronde, to wyłącznie dlatego, że nie dysponuje przyspieszeniem na poziomie wymienionych wcześniej Belgów i Słowaka.

Wydaje się również, że w punkt z formą ponownie trafią specjalizujący się w sprintach na wyniszczenie John Degenkolb (Trek-Segafredo) i Alexander Kristoff (Team Katusha-Alpecin). Jeden i drugi doskonale wie, jak zwyciężać w monumentach, a w ostatnich dniach obaj zdołali dowieść, że w sprzyjających okolicznościach są w stanie dotrzymać kroku najlepszym na brukowanych podjazdach. Jeśli tym razem dopisze im szczęście, trudno będzie ich ograć w końcówce.

W walce o czołowe miejsca mogą liczyć się również Sep Vanmarcke (Cannondale-Drapac), Tiesj Benoot (Lotto Soudal), Fabio Felline, Jasper Stuyven (Trek-Segafredo), Jens Keukeleire (Orica-Scott), Luke Rowe (Team Sky) czy Sonny Colbrelli (Bahrain-Merida).

 

101. edycja Ronde van Vlaanderen rozegrana zostanie w niedzielę, 2 kwietnia.

Relacja na żywo z wyścigu rozpocznie się o godz. 13:45 na kanale Eurosport 1.