fot. Wout Beel / Quick-Step Alpha Vinyl

Koning to w języku niderlandzkim król. Tak belgijskie media nazywają Remco Evenepoela – mistrza świata, zwycięzcę wielkiego touru (Vuelta a España), monumentu oraz wielu innych wyścigów – w sumie ponad trzydziestu. Przeddzień jego ostatniego startu w tym sezonie wydaje się być dobrym momentem na napisanie kilku słów o złotym 22-latku, który skradł sezon 2022 w elicie mężczyzn. 

Pamiętam 2018 rok i mistrzostwa świata w Innsbrucku, na których byłam osobiście i relacjonowałam je dla naszego portalu. Wyścig ze startu wspólnego juniorów oglądaliśmy na wielkim ekranie w biurze prasowym. Dość szybko stało się jasne, kto wygra. Evenepoel, który w tym momencie miał już w kieszeni tytuł mistrza świata juniorów w jeździe na czas, jechał z ogromną przewagą nad rywalami, a zbliżając się do mety cieszył się, machał do publiczności, wykonywał różnego rodzaju gesty świadczące o jego pewności siebie. Potem poszliśmy na konferencję prasową, na której zapytałam go właśnie o tę „cieszynkę”. Dobrym angielskim odpowiedział mi, że chciał cieszyć się chwilą, a że był pewny triumfu nie obawiał się mini performance’u, który miał zapaść w pamięć. Obecni na sali dziennikarze byli zdumieni jego dojrzałością i dobrymi umiejętnościami w komunikowaniu się. Zaraz po czempionacie nadeszła wiadomość, że Evenepoel pomija kategorię orlika i podpisuje kontrakt z „Watahą” Patricka Lefevere’a. Jedni pukali się w głowę, drudzy widzieli w tym współczesne kolarstwo, a inni obwieścili nadejście nowego Merckxa.

W kolejnym sezonie kierownictwo drużyny Quick-Step zdecydowało, że Remco nie wystartuje jeszcze w wyścigu trzytygodniowym, ale występy w innych imprezach dowodziły, że pominięcie kategorii orlika wcale nie było błędem. Zwycięstwa zanotował między innymi w Hammer Limburg i Baloise Belgium Tour, ale dopiero wiktoria w Clasica San Sebastian postawiła swego rodzaju kropkę nad i. Kilka tygodni później Evenepoel był już wicemistrzem świata w jeździe na czas w elicie. Przewrócony do góry nogami przez lockdowny sezon 2020 to popis Evenepoela w tygodniowych wyścigach etapowych. Wygrał wszystkie, w których wystartował – począwszy od styczniowego Vuelta a San Juan, przez Volta ao Algarve, Vuelta a Burgos i nasz Tour de Pologne, gdzie z dużą przewagą „na solo” przekraczał linię mety w Bukowinie Tatrzańskiej, trzymając w dłoniach numer Fabio Jakobsena, który omal nie zginął w „świątyni sprintu” w Katowicach. Zatrzymała go dopiero kraksa w Il Lombardia, na zjeździe z Muro di Sormano. W jej wyniku złamał między innymi miednicę i przez chwilę zagrożona była nawet jego dalsza kariera. Ten upadek wydarzył się po tym, jak Evenepoel chciał dogonić na zjeździe atakujących na wcześniejszym podjeździe kolarzy. Niektórzy twierdzili wówczas, że na manowce zaprowadził go jego charakter – że zawsze musi docisnąć, zawsze dać z siebie wszystko. Może ziarno prawdo w tym jest, ale z drugiej strony Muro di Sormano było w swojej historii pechowe nie tylko dla młodziutkiego Belga. Do ścigania wrócił dopiero w maju 2021 roku na Giro d’Italia, którego nie ukończył z powodu kraksy. Potem odniósł zwycięstwa w Baloise Belgium Tour, Tour of Denmark, a także belgijskich i włoskich klasykach. Podniósł się po poważnym upadku.

Ten sezon to dla Remco Evenepoela wejście na inny poziom – zarówno sportowo, jak i charakterologicznie. Waga zwycięstw, które odniósł oraz jego zachowanie na szosie rzucają zupełnie inny cień na jego karierę. Są ewolucją tego, czego świadkami byliśmy dotychczas. Na fundamencie wielkiego talentu i zadziornego charakteru, zostały zbudowane duże umiejętności i wypracowana kolarska inteligencja. To wszystko dzieje się w przyspieszonym – jeszcze kilkanaście lat temu nie do pomyślenia – tempie, ale skuteczności trudno odmówić. Pisałam o tym trochę w podsumowaniu pierwszego tygodnia hiszpańskiej Vuelty, bowiem już wtedy było widać, że dojrzał. Nazwałam go zresztą nieco żartobliwie Remco 2.0, czyli nową, zaktualizowaną, po prostu lepszą wersją. Na Półwyspie Iberyjskim ukazał się jako nieco bardziej powściągliwy, ale wciąż jednak ciekawie ścigający się kolarz, potrafiący zarządzać energią i utrzymać wysoką formę przez długi czas. Kontynuacja tego nastąpiła do mistrzostw świata w Wollongong. Zatem moje tezy z końca sierpnia znalazły swoje potwierdzenie.

Remco Evenepoel przyzwyczaił nas w poprzednich sezonach do wygrywania, jednak ten sezon był dla niego czasem „pierwszych razów”, rokiem absolutnie przełomowym. Po raz pierwszy w karierze wygrał monument (Liège-Bastogne-Liège), wielki tour (Vuelta a España), etap w wyścigu trzytygodniowym (a nawet dwa) oraz zdobył tytuł mistrza świata. W sumie odniósł piętnaście zwycięstw, na które składają się jeszcze sukcesy w klasyfikacji generalnej Volta ao Algarve, Tour of Norway, mistrzostwo Belgii w jeździe indywidualnej na czas czy kolejny triumf w San Sebastian. Sam zauważył, że taki sezon może się nigdy więcej nie powtórzyć, więc zamierza go celebrować i cieszyć się każdą przeżywaną chwilą. Ułatwili mu to organizatorzy wielkiej celebry w Belgii, która odbyła się w minioną niedzielę. Ten dzień był dla kolarza Quick-Step Alpha Vinyl wyjątkowy. Zaczął się od krótkiego treningu, a następnie rozpoczęła się seria uroczystych powitań i fiest. W swoim rodzinnym Dilbeek, wraz ze swoją narzeczoną Oumi Rayane, został przyjęty przez władze miasta, wpisał się do złotej księgi, stając się tym samym honorowym obywatelem. Dostał też kilka prezentów – ciekawie malowany kask do jazdy na czas, rower Specialized Tarmac z elementami upamiętniającymi zdobycie tytułu mistrza świata oraz koszulkę piłkarskiego klubu Anderlecht Bruksela, w którym grał zanim został kolarzem. Na trykocie podpisała się cała pierwsza jedenastka zespołu. Następnie wsiadł do BMW z otwartym dachem i przejechał na wypełniony po brzegi Grote Markt w Brukseli. Tam wysłuchał, jak tłum skanduje jego imię, a potem w towarzystwie Iljo Keisse, Yvesa Lampaerta i Pietera Serry zabawiał publiczność bawiąc się w DJ’a. Jak koning. Król.

Byłam na głównym placu w Brukseli w 2019 roku, kiedy to startował stamtąd wyścig Tour de France. To piękne pod względem architektonicznym miejsce, ale jednocześnie mocno związane z kolarską tradycją, która przecież w Belgii jest tak wielka i silna. Pamiętam, jak pojawił się tam Eddy Merckx. Tłum zgromadzony, aby podziwiać uczestników Wielkiej Pętli absolutnie oszalał. Miałam gęsią skórkę na ciele. Trudno nie kreślić analogii z powitaniem na Grote Markt Remco Evenepoela, i to nie tylko dlatego, że nazywany jest drugim „Kanibalem”. Po prostu pięknie toczy się historia belgijskiego kolarstwa, które wydało na świat tak wielu wspaniałych zawodników. Co musiało dziać się w głowie 22-latka w niedzielę? Jak wielkie emocje nim targają i jaki będzie to miało na niego wpływ w przyszłości? Ciężko jest odpędzić się do tego typu pytań. Doskonale znane są nam bowiem przypadki urzeczywistnienia się klątwy tęczowej koszulki czy problemów ze zdrowiem psychicznym kolarskich mistrzów świata. Odblokować się ciężko było Michałowi Kwiatkowskiemu, Alejandro Valverde pomimo tak upragnionego sukcesu zmagał się z depresją, a Julian Alaphilippe mówił o wielkim ciężarze zdjętym z jego barków. To tylko kilka przykładów z czasów współczesnych. Rainbow jersey to kolarski szczyt – po prostu ikona, która niejako naznacza zawodnika na kolejnych dwanaście miesięcy. Bardzo słodko smakujący triumf, ale nierzadko gorzki do przełknięcia. Jak uniesie to Evenepoel? Czas pokaże.

Podniesienie statusu i prestiżu danej sportowej osobowości ciągnie niestety za sobą potencjał (nie tylko) medialnych burz, ale także gorących i kontrowersyjnych sytuacji. Pierwsza z udziałem Remco Evenepoela już za nami, a właściwie w toku. Chodzi mianowicie o to, że założyciel drużyny INEOS Grenadiers Dave Brailsford miał wysłać do Patricka Lefevere’a SMS o następującej treści: „Gratulacje, co za mistrz. Jeśli będziesz kiedyś chciał go sprzedać, to zadzwoń”. Szef „Watahy” miał mu na to odpisać, że jeśli chce Remco, to musiałby kupić cały zespół, a w swoim felietonie na łamach belgijskiej gazety „Het Nieuwsblad” nazwał całe zamierzanie „burzą w szklance wody”. Ponadto – niejako w odpowiedzi – opublikował zdjęcie z obiadu w restauracji z gwiazdką Michelin, którą odbył z Evenepoelem oraz jego ojcem – Patrickiem, które pełni także funkcję jego agenta. Mieli rozmawiać o niedzielnej fieście w Brukseli, starcie w wyścigu Binche-Chimay-Binche oraz planach na wielkie toury w sezonie 2023. Nie wiadomo, czy toczyły się rozmowy na przykład o wysokości wynagrodzenia, bo to po zdobyciu tytułu mistrza świata powinno się zwiększyć. Portal Velonews.com, który ujawnił te wszystkie informacje twierdzi, że Brytyjczycy desperacko szukają kandydata do zwycięstwa w Tour de France albo przynajmniej w wielkim tourze. Ten rok był bowiem pierwszym od 2014, kiedy to nie wygrali żadnego trzytygodniowego wyścigu. Niezadowolony z tego faktu ma podobno być sir Jim Ratcliffe, właściciel petrochemicznego giganta Ineos i zarazem sponsor tytularny zespołu. Według najnowszej publikacji Velonews.com na ten temat to jeszcze nie koniec całej sagi.

Tymczasem Remco Evenepoel zadebiutuje w „tęczy” we wtorek w wyścigu Binche-Chimay-Binche i będzie to jego ostatni start w tym sezonie. Po nim spotka się ze swoją drużyną na posezonowym zgrupowaniu w Belgii, a 9 października poślubi swoją narzeczoną. W grudniu zaś rozpocznie przygotowania do kolejnego sezonu.

Marta Wiśniewska

guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Pat
Pat

jest obłędny

Piter
Piter

Za młody na żeniaczkę