Ostatnie godziny ostatniego dnia Tour de France 2020, z okolic autokaru Deceuninck Quick-Step słychać radosne okrzyki. Nagle wszyscy milkną i na środek wychodzi Sam Bennett – podczas tego wyścigu spełniłem wszystkie swoje marzenia, bez was nie byłbym w stanie tego zrobić, dziękuję wam wszystkim! – mówi wzruszony irlandzki sprinter. Patrick Lefevere stoi tuż obok i tylko patrzy na niego z podziwem. Chwilę wcześniej obaj panowie wpadli sobie w ramiona, wzruszeni swoim długo wyczekiwanym sukcesem. Mogło się wtedy wydawać, że to dopiero początek bardzo owocnej współpracy.

Tym bardziej, że same przenosiny Bennetta do Deceuninck-Quick Step były jednym z najbardziej logicznych transferów ostatnich lat. Zespół będący fabryką sprinterskich marzeń szukał nowego sprintera po odejściu Elii Vivianiego i po raz pierwszy od czasów Cavendisha ściągnął do siebie kolarza będącego w swoim primie. Marcel Kittel przychodził świeżo po problemach zdrowotnych i najgorszym sezonie w karierze. Fernando Gaviria zasilał Watahę jako melodia przyszłości. Nawet wspomniany już Viviani przybywał po okresie startów w wyścigach nieprzystających do jego wysokiej klasy.

Tymczasem Sam Bennett zakończył sezon 2019 z czternastoma zwycięstwami odniesionymi w ciągu 12 miesięcy. Wygrywał etapy Vuelta a Espana, BinckBank Tour, Criterium du  Dauphine a… i tak był niezadowolony. Niby dostawał swoje szanse, ale bolało go to, że był dopiero trzecim sprinterem w zespole. Przed nim w hierarchii byli Pascal Ackermann – świeżo upieczony zdobywca Maglia Ciclamino i Peter Sagan, który przed chwilą pobił rekord Erika Zabela w liczbie wywalczonych zielonych koszulek. 

Jeśli Bennett chciał być postrzegany jako prawdziwa gwiazda sprinterskich finiszów, musiał odejść. Dlatego choć zamieszanie z transferem do ekipy Patricka Lefevere’a trwało długo, a BORA-hansgrohe nie chciała wypuścić kolarza gwarantującego zwycięstwa, w końcu ruch ten stał się faktem. I Irlandczyk raczej tego nie żałował.

Chyba wszyscy pamiętamy jego pojedynek z Peterem Saganem podczas Tour de France – to była prawdopodobnie najciekawsza walka o Maillot Vert ostatnich lat. Panowie wiele razy zmieniali się na prowadzeniu. Bennett chciał udowodnić szefom byłego zespołu, że jest w stanie ograć dawnego kolegę-rywala nawet na jego własnym poletku. Natomiast Słowak bronił swojej zielonej koszulki jak Gollum pierścienia. Długo szedł z Irlandczykiem łeb w łeb, ale w końcu, podobnie jak zdeformowany hobbit, utracił własność, która na wieki miała należeć do niego. Nie pomogła walka na lotnych premiach, która kiedyś była jedną z najmocniejszych broni Słowaka. Bennett potrafił dotrzymać mu kroku nawet na tym polu. 

A przecież to nie koniec sukcesów. W pewnym momencie Bennett stał się sprinterem numer jeden na świecie. Gdy stawał na starcie wyścigu etapowego, można było mieć pewność, że nie wróci z niego z pustymi rękoma. Ostatnim, który zakończył bez choćby jednego zwycięstwa był Paryż-Nicea 2020, gdy z powodu kontuzji musiał wycofać się po zaledwie trzech etapach. Potem wygrywał już seryjnie – niezależnie od tego, czy miał obok siebie Arnauda Demare’a, Caleba Ewana czy Wouta Van Aerta.

Zakłócona sielanka

Dobra passa Irlandczyka trwała przez kolejne miesiące. Volta ao Algarve 2021 było dla niego kolejnym udanym wyścigiem. Dziewiątego maja, około godziny 19. stanął na podium po tym, jak wygrał jego klasyfikację punktową. Tyle że już wtedy wiedział, że po sezonie pożegna się z jeżdżącą w niebieskich koszulkach ekipą. Zresztą, nie tylko on, ale cały kolarski świat, ponieważ kilka godzin wcześniej Wielerflits opublikowało rozmowę z Patrickiem Lefeverem, w której kontrowersyjny szef zespołu zdradził, że kolarz i ekipa nie dogadali się w sprawie nowej umowy. 

Szkoda, że kolarze tego pokroju od nas odchodzą, ale jako zawodowcy po prostu chcą zarobić jak najwięcej pieniędzy

– mówił belgijskiemu dziennikarzowi.

Dzień przed tą ważną rozmową uwaga wszystkich kibiców kolarstwa skupiona była na Giro d’Italia. Dla Bennetta Corsa Rosa jest wyścigiem wyjątkowym. To tam po raz pierwszy pokazał się wielkiemu światu, najpierw, w 2017 roku zajmując kilka miejsc w czołówce etapów, a później, w 2018 sięgając po dwa triumfy. Trzeciego występu nie było. W 2019 Bora postawiła na Pascala Ackermanna, a w 2020 Bennett pojechał najpierw na Tour de France, a później na pokrywającą się z włoskim wyścigiem Vueltę.

W tym roku miało być podobnie. Bennett znów odpuścił start we Włoszech, by móc w pełni skupić się na występie w Tour de France. I teoretycznie wyścig w Algarve, gdzie wygrał dwa etapy pokazał, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Tyle że Bennett wrócił z Portugalii i… przestał pojawiać się na światowych szosach. O wszystkim zadecydowało zapalenie rzepki w kolanie, którego Irlandczyk miał nabawić się po kraksie podczas jednego z treningów przed Tour of Belgium – ostatnim sprawdzianem przed Tour de France.

Burzliwe rozstanie

Pierwotnie miał być w stanie pojechać w Wielkiej Pętli, ale jego powrót się przedłużał. Takich historii w ciągu każdego roku jest bardzo wiele. Tyle tylko, że moment, w którym pojawił się uraz, mógł rodzić różne domysły. Domysły, które zresztą w pewnym momencie zaczął potwierdzać sam Lefevere.

W rozmowach z belgijskimi mediami regularnie wyrażał opinię, że problem Bennetta nie leży w organizmie, a w głowie. Że sprinter źle znosi konkurencję w postaci Marka Cavendisha (tak, tego Cavendisha, dla którego w tamtym momencie największym sukcesem od lat były zwycięstwa etapowe w Tour of Turkey). W czasie ostatniego Tour de France groził nawet Bennetowi, że jeśli nie zacznie się “zachowywać” właściwie, zawiesi jego starty i pensję.

I niewykluczone, że Irlandczyka rzeczywiście już nigdy więcej nie zobaczymy w koszulce “Watahy”. Od zakończenia Tour de France minęły już trzy tygodnie, a o jego powrocie na szosy jest jakoś dziwnie cicho. Aż chciałoby się napisać, że szkoda, iż ta historia się tak zakończyła, choć z drugiej strony, gdyby nie to, nie mielibyśmy jednego z największych powrotów w dziejach kolarstwa. Tak czy inaczej, ostatnie miesiące, świetna Wielka Pętla w wykonaniu Cavendisha i stopniowy powrót do formy Jakobsena pokazały, że Deceuninck-Quick Step poradzi sobie bez Irlandczyka.

Zresztą o Bennecie można powiedzieć to samo. Lefevere może sobie mówić, że jego powrót do Bory, to jak powrót żony do bijącego męża. Kibice mogą mówić, że: “Nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki”, a Bennett może na to pokiwać głową i odpowiedzieć im: “No właśnie”.

Tak jak mawiał Heraklit z Efezu, sprinter nie wróci do tego samego zespołu, bo przecież w Borze wiele się zmieniło. Ostatnie miesiące nie są zbyt udane ani dla Sagana, ani dla Ackermanna i dziś obaj są zawodnikami nieporównywalnie gorszymi od Bennetta. Wspominany już wielokrotnie Wyścig Dookoła Algarve pokazał to najlepiej. Irlandczyk zdominował tamtejsze finisze, a Ackermann, nawet doskonale rozprowadzony, miał problem z pokonaniem przeciętnych sprinterów. 

I chyba szefostwo ekipy dostrzegło, że ich decyzja o postawieniu na Ackermanna i Sagana, choć początkowo zrozumiała, okazała się błędna. Po sezonie Niemiec i Słowak odejdą z ekipy, a wróci Bennett. I można oczekiwać, że nie będzie już traktowany jak Sammy wyjęty z trzeciej dywizji, a jak pan Sam – jeden z najlepszych sprinterów świata i zdobywca Maillot Vert

Oczywiście ostatnie lata nie są najlepsze dla sprinterów odchodzących z Watahy. Od czasu pierwszego odejścia Cavendisha żaden nie był w stanie pokazać w nowym zespole tego co wcześniej. No ale w tym przypadku nie jest to żaden problem. W końcu Bennettowi wystarczy nawiązać do formy z poprzedniego pobytu w Borze i znów będzie wielki.

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
kuna
kuna

gollum nie był hobbitem