fot. PhotoNews

“Niesamowita historia nadzwyczajnego sportowca” – taką krótką opinię Marka Cavendisha można przeczytać na okładce “Kanibala” – biografii Eddy’ego Merckxa. Dziś obaj panowie mogliby się zamienić rolami, a słowa te byłyby jeszcze bardziej adekwatne.

Spokojnie, nie zwariowałem. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że Cavendish jest lepszym kolarzem niż Merckx w czasach swojej zawodowej kariery – nie byłby nawet wtedy, gdyby wygrał jeden z dwóch ostatnich sprinterskich etapów tegorocznej Wielkiej Pętli. Przy osiągnięciach słynnego “Kanibala” blado wypada dorobek właściwie wszystkich kolarzy, jacy kiedykolwiek pojawili się na światowych szosach. Dla niego dzielony rekord zwycięstw w Tour de France jest tylko jednym z wielu kafelków w wyłożonej rekordami kuchni, dla Cavendisha to dzieło życia. Mimo wszystko jest coś, co sprawia, że historia Cavendisha jest pełniejsza, niż ta Belga. Mowa oczywiście o wielkim powrocie, który nastąpił po spektakularnym upadku.

A przecież Merckx o takiej historii marzył. Choć w licznych wywiadach obiecywał, że chce zakończyć karierę w wieku 30 lat, choć zapewniał, że odejdzie widząc choćby zalążek większej słabości, to wytrzymał w peletonie aż do 1978 roku. To oznacza, że po Tour de France 1975, podczas którego w dramatycznych okolicznościach przegrał pojedynek z Bernardem Thevenetem, czekały go jeszcze dwa pełne przeciętnych wyników sezony (choć jeszcze na początku 1976 roku zdążył wygrać Milano-San Remo). Sezony, w czasie których przegrywał w wielkich tourach z takimi zawodnikami jak Alfio Vandi czy Dietrich Thurau.

Tak naprawdę w końcówce swojej kariery najważniejszą rolę odegrał wówczas, gdy podczas Giro d’Italia z 1976 roku poczekał na Johana De Muyncka – rodaka z konkurencyjnej ekipy, który walczył o zwycięstwo w wyścigu z Felice Gimondim, ale upadł na jednym ze zjazdów. To musiało wyglądać bardzo symbolicznie – kolarz wszechczasów pomagający zdecydowanie mniej utalentowanemu, tak naprawdę niewiele młodszemu koledze. 

No ale nawet wtedy Merckx wierzył że kiedyś jeszcze wygra rekordowy, szósty Tour de France. Przed wyścigiem z 1977 zapewniał, że zrobi to i “abdykuje w chwale”. Nie udało mu się, ale wciąż zapewniał, że za rok wróci potężniejszy. Dopiero przed Omloop Het Volk 1978, gdy zobaczył, jaki problem sprawiają mu niegdyś banalnie proste treningi, poddał się, uznał, że czas na porzucenie dawnej drogi.

I jeszcze niedawno wydawało się, że historia Cavendisha zakończy się podobnie. Że dawny król szos rozmienia swoją dawną legendę na drobne tak, jak kiedyś Merckx. Tylko w zdecydowanie większej skali. On swój ostatni taniec (a przynajmniej tak się wydawało) miał w 2016 – pięć lat temu. Dla kolarstwa jest to prawdziwa prehistoria – Remco Evenepoel szykował się na odejście z piłkarskiej drużyny Anderlechtu do Mechelen, a Tadej Pogacar był ledwie dobrze zapowiadającym się juniorem.

Od tamtej pory wszystko zaczęło iść źle. Regularnie łapał urazy, a to po słynnym starciu z Peterem Saganem na jednym z etapów Tour de France, a to podczas Milano-Sanremo, a do tego wszystkiego przyplątał mu się wirus Epsteina-Barr, który towarzyszył mu przez wiele sezonów i prawdopodobnie był źródłem zdecydowanej większości problemów Cavendisha.

Przełom miał nastąpić nieco ponad rok temu, gdy Manxman Missile podpisał kontrakt z Bahrain-McLaren. Pierwszy sezon od dawna, do którego przystępował bez męczącego wirusa, w ekipie, która w niego wierzyła. No ale to nic nie dało. I tu też mieliśmy symboliczny obrazek – Cavendisha pomagającego Philowi Bauhausowi podczas Saudi Tour. I to nie jako ostatni rozprowadzający, bo taka rola przypadła Australijczykowi – Heinrichowi Hausslerowi.

W Cavendisha zwątpili już nawet jego najwierniejsi fani. Propozycję współpracy za pośrednictwem Twittera złożyło mu nawet Mazowsze Serce Polski. Propozycję będącą raczej genialnym zabiegiem marketingowym niż poważną ofertą, ale gdyby jakiś nieprawdopodobny zbieg okoliczności wywiał Brytyjczyka do jednego z dwóch kontynentalnych zespołów w naszym kraju, nie można byłoby mówić o absurdzie. Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy sprinter w historii był w tamtym momencie po prostu kolarzem na trzecią dywizję.

Nie wierzył w niego nikt, nawet Patrick Lefevere. On od początku głośno mówił o tym, że nie sądzi, by sprinter znów zaczął wygrywać i nawet po pierwszych sukcesach zapewniał, że Tour de France to dla niego wyścig zdecydowanie zbyt trudny. Mimo to zaufał mu i chyba nie żałuje tamtej decyzji – nigdy nie widziałem, żeby płakała cała obsługa – mówił po tym, jak Cavs wygrał swój pierwszy od pięciu lat etap Tour de France. Płakała obsługa, ale płakała też część kibiców. Zdecydowana większość natomiast bardzo się cieszyła – nawet ci, którzy do “kościoła Cavendisha” nigdy nie należeli. 

Ludzie po prostu kochają wielkie powroty, a ten z pewnością jest jednym z największych w historii sportu. Czy największym? Być może, patrząc z pewnego punktu widzenia, tak. Bo to jest oczywiście inny comeback, niż ten w wykonaniu choćby Lance’a Armstronga czy Nikiego Laudy – życie Cavendisha nigdy nie było poważnie zagrożone. Jednak z drugiej strony – Austriak i Amerykanin nie zdążyli przyzwyczaić kibiców do przeciętności. Dochodzili do siebie z dala od kamer telewizyjnych, a gdy już wracali do rywalizacji, niemal od razu wracali też do wygrywania. Natomiast rakieta z wyspy Man przez długi czas przekonywała nas, że jej czas już bezpowrotnie minął, by po pięciu latach nagle wystrzelić.

I przez dwa pierwsze tygodnie mogliśmy tylko patrzeć w niebo i podziwiać kolejne salwy – jedna, druga, trzecia, czwarta. Niemal nikt nie psuł tej podniosłej atmosfery oskarżeniami o doping – tak chętnie wysuwanymi choćby wobec Tadeja Pogacara. Aż prosiło się o idealny scenariusz, w którym legenda sprintu na Polach Elizejskich sięga po piąty triumf, bije rekord Merckxa, a potem, odziana w zieloną koszulkę ogłasza decyzję o zakończeniu kariery (co ciekawe takiej opcji nie wykluczał sam Lefevere).

Niestety tym razem zabrakło happy endu. Cavendish nie został samodzielnym rekordzistą.  Dziewiętnasty etap padł łupem uciekinierów, a dwudziesty pierwszy niesamowitego Wouta Van Aerta. Do tego jego postać znów nie kojarzy się jednoznacznie pozytywnie, ze względu na nieprzyjemną sytuację z mechanikiem. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że historia Cavendisha była prawdopodobnie najciekawszą napisaną podczas tegorocznego Touru. A że nie było cukierkowego zakończenia? Cóż, może dzięki temu była ona jeszcze bardziej interesująca.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments