fot. A.S.O./Pauline Ballet

Kiedy w 2012 roku zaledwie 22-letni Peter Sagan zdobywał swoją pierwszą zieloną koszulkę, można było zakładać, że nie będzie to jego ostatni sukces w karierze. Ale że zabetonuje klasyfikację punktową Tour de France na kolejne osiem lat i przebije rekord Erica Zabela? Chyba mało kto przepowiadał taki scenariusz, a jeśli nawet, to pewnie nie spodziewał się, że jego passę zakończy akurat zawodnik o zaledwie 10 miesięcy młodszy, który w dodatku jako 24-latek plątał się po trzeciej dywizji.

Do niedawna dominacja Słowaka nie podlegała żadnej dyskusji – w latach 2012-19 wygrywał siedmiokrotnie. W 2017 roku wygrał Michael Matthews, ale raczej nie miałby co liczyć na triumf, gdyby nie to, że Sagana wykluczono z wyścigu po starciu z Markiem Cavendishem. W końcu charakterystyka kolarza z Żyliny jest wręcz skrojona pod wygrywanie Maillot Vert.

Właśnie dlatego potrafił zniszczyć rywali do triumfu w klasyfikacji punktowej nawet wtedy, gdy przeżywał delikatne dołki formy, a jego zespół zdecydowanie bardziej skupiał się na walce w klasyfikacji generalnej wyścigu. W latach 2014-15 nie wygrał ani jednego etapu, a mimo to z olbrzymią przewagą dowoził koszulkę do Pól Elizejskich. 

Przyczyn tego stanu rzeczy było wiele, choćby świetna technika i spryt Słowaka, dzięki którym świetnie odnajdował się w peletonie – rzadko plątał się w kraksy, a na finiszach potrafił wybierać odpowiednie korytarze, dzięki czemu nawet mimo braku zorganizowanego pociągu mógł walczyć na kresce. 

Ważniejsze było jednak to, że choć urodzony w 1990 roku zawodnik jest bardzo szybki, to jednak ciężko go nazwać typowym sprinterem. Potrafi odnaleźć się w zasadzie w każdym terenie (nie licząc oczywiście najcięższych podjazdów), co oznaczało, że może walczyć na lotnych premiach, które dla innych marzących o zielonej koszulce kolarzy są w zasadzie nieosiągalne, a także na finiszach pagórkowatych, a także nieco rzadziej, brukowanych etapów, co gwarantowało mu kolejne punkty.

Niestety ostatnio Słowak nie przypomina już tamtego dominatora sprzed dwóch czy trzech lat. Było to widać już podczas ubiegłorocznego Tour de France, gdy co prawda wygrał etap, zdobył swoją siódmą zieloną koszulkę i pobił rekord Erika Zabela (co ciekawe Niemiec, podobnie, jak Sagan, ma na swoim koncie 12 zwycięstw etapowych w największym wyścigu świata), ale po raz pierwszy w karierze uciułał mniej niż 400 punktów. Jego 316 oczek wcale nie musiało dać wygranej – więcej zdobyli w tej dekadzie choćby wspomniany wcześniej Matthews, ostatni zdobywca zielonej koszulki przed erą Sagana – Mark Cavendish, a także pokonany przez Sagana w 2015 roku Andre Greipel.

Przez ostatnie 14 miesięcy forma Słowaka wcale się nie poprawiła – wręcz przeciwnie – jego zwycięstwo na 5. etapie Tour de France do dziś pozostaje ostatnim momentem, w którym widzieliśmy go z rękoma uniesionymi w geście zwycięstwa, co, nawet biorąc pod uwagę długą przerwę pandemiczną, jest dla sprintera (albo jak kto woli półsprintera) wynikiem katastrofalnym. Dlatego nic dziwnego, że już przed wyścigiem niektórzy eksperci wieszczyli upadek imperium Sagana.

Jak się okazało w ostatnią niedzielę – całkowicie słusznie, ponieważ zielony trykot, który podczas swojego panowania pochodzący spod Żyliny zawodnik nosił przez 87 procent możliwego czasu, na podium w Paryżu mógł założyć najszybszy na Polach Elizejskich Sam Bennett. Jego triumf nie jest co prawda żadną sensacją, ale droga, którą przeszedł, by znaleźć się tam, gdzie jest obecnie zasługuje na olbrzymi szacunek.

Kontuzja, która (prawie) odebrała marzenia

Bennett ewidentnie nie był beztalenciem. Po raz pierwszy w mistrzostwach swojego kraju wystąpił mając zaledwie… 15 lat. W tamtych zawodach nie wzięli co prawda udziału ani Marc Scanlon i Philipp Deignan – starzy wyjadacze od lat jeżdżący w protourowym AG2R, ani nawet inne wielkie nadzieje irlandzkiego kolarstwa – 22-letni kolarz Cofidisu – Nicholas Roche i Daniel Martin błyszczący w wyścigach dla młodzieżowców, ale i tak mało kto spodziewał się, że stać go na to, by odnieść sukces w walce ze zdecydowanie bardziej doświadczonymi kolarzami. A jednak, zajął 4. miejsce.

Później jego kariera również układała się znakomicie – wygrywał praktycznie każde juniorskie zawody, w których startował i szybko zgłosił się po niego francuski zespół – Le Pomme Marseille. Dziś ekipa znana jest jako Nippo Delko One Provence i jeździ w dywizji prokontynentalnej, ale wtedy była jedynie regionalną ekipą, która od czasu do czasu wypuszczała w świat utalentowanych kolarzy, jak choćby Fumiyuki Beppu – japoński kolarz, który w 2005 roku podpisał kontrakt z Discovery Channel.

Wydawało się że Bennett pójdzie podobną drogą. Dzięki kilku udanym występom w irlandzkich i francuskich wyścigach, parol na niego zagiął zdecydowanie bardziej renomowany zespół – Francaise des Jeux. Zespół Marca Madiota podpisał z nim umowę o staż, która obowiązywać miała od sierpnia 2010 roku. Wraz z nim do zespołu trafił inny utalentowany sprinter – Nacer Bouhanni.

Francuz szybko sięgnął po kilka dobrych wyników choćby w Tour Alsace i Tour de l’Ain i zapracował sobie na kontrakt w roli pełnoprawnego członka zespołu, ale Irlandczyk nie miał tyle szczęścia. Jeszcze zanim założył koszulkę FDJ podczas któregoś z treningów, miał wypadek, który mógł kosztować go karierę.

To był piękny, zimny, bezchmurny poranek. Byłem w bardzo dobrym nastroju. Po 20 minutach treningu znalazłem się na stromym zjeździe z Windgap. Pędziłem bardzo szybko. W pewnym momencie na mojej drodze znalazł się jadący z naprzeciwka samochód, który chciał skręcić. Nie zauważył mnie, więc błyskawicznie znalazłem się pod jego kołami.

Przetransportowano mnie do szpitala i szybko okazało się, że mam złamany obojczyk oraz lekkie rozcięcie w lewym oku. Przez 9 godzin nie mogłem odzyskać przytomności. Gdy w końcu się obudziłem, usłyszałem rozmowę lekarzy. Rozważali amputację mojej nogi. Krzyczałem wtedy “nie zabierajcie mi jej”. Pamiętam też, że jeden ze stażystów zawiązał mi zbyt mocno bandaż co sprawiło, że atmosfera stała się jeszcze bardziej napięta. “Ty pieprzony idioto” – krzyknął wtedy lekarz, któremu wtedy całkowicie puściły nerwy

– opowiadał później Bennett w rozmowie z Sunday Independent.

Marzenia o Pro Tourze musiał odłożyć na jakiś czas. Być może musiałby zapomnieć o nich na zawsze, gdyby nie pewien człowiek, którego znał od kiedy był dzieckiem…

Powrót na Zieloną Wyspę

Pamiętam, go jeszcze z czasów, gdy był jeszcze świeżo upieczonym nastolatkiem. Czasem chodziłem wzdłuż wybrzeża, nieopodal pola kampingowego, i widziałem, jak wraz z moim synem jeżdżą na rowerach. Niektórzy się na nich wściekali, ponieważ jeździli zygzakiem i ciągle kogoś trącali. To było jeszcze zanim zapisał się do lokalnego klubu i zaczął się ścigać.

– opowiadał niedawno w rozmowie z Cycling News Sean Kelly, który podobnie jak Bennett dużą część życia spędził w Carrick-on-Suir

Sentyment i duży talent drzemiący w chłopaku, kazały irlandzkiej legendzie podać mu pomocną dłoń w trudnej sytuacji i zaoferować kontrakt w zarządzanym przez siebie An Post–Sean Kelly. Choć ekipa znajdowała się dopiero w trzeciej dywizji, to nazwisko czterokrotnego zdobywcy zielonej koszulki bardzo dużo ułatwiało.

Wszystko mieli na najwyższym poziomie – stroje, sprzęt, organizację. Byli też bardzo zgrani, dzięki czemu sporo wygrywali. Do tego nazwisko Kelly’ego otwierało wiele drzwi. Dlatego grupa dostawała zaproszenia na wiele wyścigów w Belgii, a czasem też pokazywała się w innych krajach. To pomagało w wybiciu się

– mówi nam Marcin Białobłocki – zwycięzca etapowy Tour de Pologne z 2015 roku, który wiele lat spędził ścigając się na Wyspach Brytyjskich. 

Pozycję grupy w międzynarodowym peletonie pokazywało też choćby to, że dostała szansę, by na początku sezonu 2011 wziąć udział w takich takich wyścigach jak Tour of Oman czy Tour of Qatar. Bennett miał okazję spotkać tam choćby Marka Cavendisha, Toma Boonena czy Daniele Bennatiego.

Spotkać, bo o ściganiu się z nimi ciężko było mówić – Bennett zajmował bardzo odległe lokaty i nie pokazywał drzemiącego w nim olbrzymiego potencjału. Przeszkadzał mu nie tylko brak obycia na najwyższym światowym poziomie, ale też fakt, że wciąż odczuwał skutki feralnego spotkania z samochodem. Najmocniej cierpiało jego kolano, które kilkukrotnie musiało być operowane. To nie ułatwiało mu jazdy i choć regularnie wygrywał lokalne wyścigi, to nie był zadowolony ze swojej postawy.

Miewałem dobre momenty, co jakiś czas osiągałem świetną formę, ale z powodu kłopotów zdrowotnych brakowało mi stabilizacji. Nie byłem w stanie utrzymać dyspozycji przez dłuższy okres. To frustrowało

– opowiadał we wspomnianym wcześniej wywiadzie z Sunday Independent.

Taki stan rzeczy utrzymywał się około dwóch lat. Dopiero w sezon 2013 wszedł, zostawiając problemy zdrowotne za sobą. Nie na długo. Między 20 marca, a 28 kwietnia nie był w stanie ukończyć żadnego z pięciu wyścigów, w których startował. W maju mógł podnieść głowę do góry, ponieważ wygrał dwa etapy największego irlandzkiego wyścigu – An Post Ras, ale piękny sen szybko się skończył. Kilka tygodni później wystąpił w Halle-Ingooigem, które zakończył nie tylko bez dobrego wyniku, ale też z ciężką kontuzją.

To go niemal całkowicie załamało. Zaszył się w Carrick. Nie odbierał telefonów i nie odpisywał na wiadomości. Po rozmowie z ojcem znów rozważał zakończenie przygody z kolarstwem, ale postanowił dać sobie jeszcze jedną szansę. Zbliżało się Tour of Britain i Irlandczyk był zdeterminowany, by pokazać się tam mocniejszym ekipom, najlepiej sięgając po zwycięstwo etapowe.

Na wyścig zjechało wielu świetnych zawodników: Bradley Wiggins, rodak 23-latka – Dan Martin i przede wszystkim bardzo szybcy: Mark Cavendish, Sacha Modolo, Elia Viviani i będący świeżo po triumfie w Milano-Sanremo Gerard Ciolek. A mimo to Bennett już na drugim etapie zajął 2. miejsce, przegrywając jedynie z tym ostatnim. Co ciekawe nie odbyło się to wszystko na typowym, sprinterskim finiszu – końcówka była dość trudna, na mecie porobiły się kilkusekundowe różnice między poszczególnymi niewielkimi grupkami, ale Irlandczyk pokazał, że radzi sobie nie tylko w płaskim terenie.

Niestety gdy było nieco łatwiej, bardziej renomowani sprinterzy byli od niego zdecydowanie szybsi. Musiał znaleźć inny sposób na zwycięstwa. Udało się to zrobić na 5. etapie. Gdy niedługo przed metą, z przodu atak przeprowadzili kolarze Sky, walczący dla prowadzącego w wyścigu Wigginsa, on zachował czujność i znalazł się w kilkunastoosobowej grupie. Udało się to także naszemu rodakowi – Michałowi Gołasiowi, któremu, podobnie jak Bennettowi, marzyło się zwycięstwo etapowe.

Byłem dobrze przygotowany do tej końcówki, a wychodząc z ostatniego zakrętu byłem na drugiej pozycji. Rozpocząłem sprint i wydawało się, że wszystko rozegram idealnie i zwycięstwo będzie moje, ale tuż przed metą z koła wyszedł mi jadący niewiarygodnie szybko Bennett

– relacjonował na gorąco Polak, który musiał się zadowolić 2. miejscem na etapie, a kilka dni później zajął 9. lokatę w całym wyścigu.

Tymczasem sukces Bennetta przykuł uwagę zespołów jeżdżących w drugiej dywizji. Najkonkretniejszy okazał się NetApp-Endura. Niemiecka ekipa zaoferowała mu umowę, a on skrzętnie z tego skorzystał. Teraz musiał tylko pokazać, że faktycznie drzemie w nim talent, który widział on sam i jego koledzy z szosy – choćby wspomniany wcześniej Białobłocki, który tak scharakteryzował Irlandczyka:

Już wtedy miał pod nogą dużo mocy i sprinterski nos. Wiedział, jak się ustawić na finiszu. Nie wygrywał co prawda z jakąś olbrzymią przewagą, ale robił to wystarczająco często, by pokazać duży talent. Poza tym wiedział czego chce i robił wszystko, by spełnić swoje kolarskie marzenia.

W drodze na szczyt

Miał 24 lata i rozpoczął swoją drogę na szczyt. NetApp był ekipą pokazującą się w peletonie dopiero od czterech sezonów, ale szybko się rozwijała i od kilku lat regularnie pokazywała się w wielkich tourach, z czego korzystał choćby Bartosz Huzarski, który kilka razy był w nich bardzo bliski odniesienia zwycięstwa etapowego. 

Bennett, przynajmniej w pierwszym sezonie, nie miał takiej możliwości. Nie znalazł się w składzie ani na Tour de France, ani na Vuelta a Espana, a mimo to początek w nowej ekipie mógł zaliczyć do bardzo udanych. Wygrał Clasica Almeria, Rund um Koln i etap Bayern Rundfahrt. Zadebiutował też m.in w Paryż-Roubaix, Gent-Wevelgem i Tirreno-Adriatico i zwłaszcza w tych dwóch ostatnich pokazał się z bardzo dobrej strony.

Zaczął wzbudzać spore zainteresowanie – we wrześniu, tuż przed Tour of Britain dostał nawet propozycję prowadzenia własnego bloga na Sticky Bottle – jednym z większych irlandzkich portali o kolarstwie szosowym. W swoim pierwszym wpisie wspominał m.in. o chęci powtórzenia wyniku sprzed roku. To mu się nie udało – na trasie odniósł kontuzję, która zakończyła jego sezon.

Na szczęście nie okazała się tak brzemienna w skutkach, jak poprzednia. Kolejny sezon rozpoczął z przytupem, wygrywając Tour of Qatar, a potem wszystko toczyło się już  w błyskawicznym tempie, przynajmniej biorąc pod uwagę wcześniejszy rozwój jego kariery. W czerwcu zadebiutował w Tour de France i na kilku etapach zakręcił się w okolicach czołówki, a w 2016 jego występy pozwoliły mu na pozostanie w ekipie, która, już pod nazwą BORA-hansgrohe, miała na stałe zagościć w worldtourowym peletonie.

Szybko zagościł w światowej czołówce sprinterów. Wygrywał m.in. etapy Giro d’Italia i Vuelta a Espana. Niestety w ekipie powoli zaczęło robić się dla niego zbyt ciasno. Jej gwiazdą od lat jest przecież Sagan, który z racji swojego statusu musiał być pierwszym sprinterem ekipy na Tour de France, a po tym, jak dwa lata temu wybuchł talent Pascala Ackermanna, Bennettowi pozostała już tylko rola sprintera numer trzy.

Kolarzowi, który, zwłaszcza w ubiegłym roku, wygrywał większość płaskich etapów wyścigów worldtourowych, w których startował, taka sytuacja nie mogła się podobać. Szczęśliwie dla niego, sprintera potrzebował także Deceuninck-Quick Step. Patrick Lefevere szukał kogoś, kto mógłby wejść w buty odchodzącego do Cofidisu Elii Vivianiego. Irlandczyk poszedł więc na wojnę prawną ze swoją starą ekipą, by udowodnić, że jego kontrakt obowiązuje tylko do końca 2019 roku i wygrał.

Zielono mi

Dzięki temu mógł podpisać kontrakt z będącą rajem dla sprinterów grupą i chyba żadna ze stron nie żałuje tego rozwiązania. Bennett może teraz liczyć na wsparcie najlepszego pociągu na świecie, a teraz doskonale odwdzięczył się ekipie, dostarczając jej pierwszą od 13 lat Maillot Vert, w dodatku zapisując się w historii jako pogromca Sagana.

Oczywiście umożliwiła mu to świetna skuteczność na finiszach – podobnie jak na ostatniej Vuelcie i Giro z 2018 roku wygrał dwa etapy, a pozostałe płaskie odcinki zakończył w pierwszej czwórce. W dodatku za każdym razem był szybszy od Sagana – no prawie. Na 11. etapie przekroczył linię mety jedno miejsce za nim, ale za nieregulaminowe zachowanie Słowak został przesunięty na koniec swojej grupy.

Tyle że choćby w zeszłym roku zdecydowanie lepszy od niego był pod tym względem Caleb Ewan, z trzema zwycięstwami i miejscami w pierwszej trójce każdego etapu dla sprinterów, których zresztą było zdecydowanie więcej, niż w tym roku.  Jednak Bennett, w przeciwieństwie do kolarza Lotto Soudal, jest sprinterem dosyć niestandardowym. Cytat znajdujący się na jego starym profilu na stronie BORA-hansgrohe brzmi “Wszystko czego pragniesz, znajduje się poza twoją strefą komfortu” i nieźle oddaje jego styl jazdy. 

Dość często zdarza mu się wychodzić poza znane najszybszym zawodnikom na świecie schematy.  Choćby w czasie ubiegłorocznego Tour of Turkey zaatakował na 600 metrów przed metą i zmusił Fabio Jakobsena i wspomnianego Ewana do tego, by również wykonali nieoczywisty ruch i podobnie jak on oderwali się  od czołowej grupy. Wtedy z nimi przegrał, ale zdecydowanie skuteczniejszy okazał się w tym roku, tuż po pandemii. Gdy pod koniec 4. etapu doszło do kraksy z przodu, on, niewiele myśląc, zaatakował i  samotnie pokonał ostatnie 800 metrów.

Dlatego gdy nadchodziły nieco trudniejsze etapy, Saganowi nie było łatwo zgubić sprytnego Irlandczyka, który nie bał się wiatru, kraks i mniejszych pagórków. Natomiast gdy już mu się to udawało, nie był w stanie wyciągnąć ze swojej sytuacji maksimum – na 7. etapie, choć jego ekipa zgubiła większość sprinterów, zajął 13. miejsce, a na 14. najpierw dał uciec Sorenowi Kragh Andersenowi, a później przegrał sprinterską batalię z Luką Mezgecem i Simone Consonnim. 

Zdecydowanie ważniejszy okazał się jednak inny element. Spryt zawodnika Deceunincku, ale przede wszystkim jego zdecydowane skupienie się na walce o koszulkę sprawiły, że Słowak został pokonany własną bronią. Już nie dominował na lotnych premiach – wręcz przeciwnie. Co prawda zdobył na nich więcej punktów niż w zeszłym roku, ale co z tego, skoro Bennett, w przeciwieństwie do poprzednich rywali Słowaka, potrafił mu się tam postawić. 

Przez większą część czasu obaj panowie szli pod tym względem łeb w łeb, ale po ostatnim etapie okazało się, że Irlandczyk zdobył na lotnych finiszach więcej punktów niż rywal. Zresztą kolarz BORA-hansgrohe, co brzmi niewiarygodnie, był na premiach najgorszy z całej czołowej trójki klasyfikacji punktowej – trzeci Matteo Trentin zdobył dzięki nim aż 199 oczek.

To wszystko złożyło się na detronizację Sagana, który trzeba przyznać, był w najsłabszej formie od lat. Irlandczyk został zwycięzcą klasyfikacji punktowej i, jak później mówił swoim kolegom z drużyny, podczas tegorocznego Tour de France spełnił swoje największe kolarskie marzenia.