fot. Jumbo-Visma

Ostatni akcent ardeńskiego tryptyku to trudna miłość, bo znacznie łatwiej jest być najpiękniejszym, najbardziej dramatycznym, nostalgicznym czy nawet najdłuższym, niż po prostu najstarszym. Choć po uszy zanurzone w tradycji kolarstwo szosowe nie sposób nazwać postępowym, nawet tu starość przestaje być sexy, szczególnie kiedy przybiera barwy odrapanych tynków postindustrialnych przedmieść. Na szczęście wieńcząca wiosenną kampanię wyścigów klasycznych La Doyenne posiada też inne przymioty, do których należy bardzo eklektyczna lista startowa, przez wielu nazywana najtrudniejszą spośród wszystkich monumentów trasa i umożliwiająca sprawianie sporych niespodzianek końcówka. Czy finał 107. edycji Liege-Bastogne-Liege dorówna festiwalowi pomyłek z ubiegłej jesieni? Czy Julian Alaphilippe wykorzysta drugą szansę z rodzaju tych, które zdarzają się tylko raz? Tego dowiemy się już w niedzielne popołudnie.

Tradycyjnie czwarty z największych wyścigów jednodniowych sezonu wyznacza specyficzny punkt kalendarza startów, grubą linią oddzielając kampanię wiosennych klasyków od cieplejszych miesięcy, których rytm wyznaczają wielkie toury, a jednocześnie pozwalając się tym światom na moment spotkać  – często z rewelacyjnym efektem. Sprawia to, że chociaż Liège – Bastogne – Liège stanowi ostatni akt ardeńskiego tryptyku i zamyka ważną część sezonu, a ciężaru gatunkowego dodaje mu fakt bycia najstarszym z monumentów, jego atmosfera nie ma w sobie nic schyłkowego. Rosnąca ekscytacja związana z nadchodzącym Giro d’Italia, którego pierwszoplanowe postaci licznie staną na starcie La Doyenne, czyni z tej imprezy niejako nowe rozdanie, a myśli mimowolnie zaczynają już odpływać w kierunku najbliższej przyszłości.

W stosunku do ubiegłorocznej, jesiennej edycji Staruszki, która rozegrana została już w trakcie pierwszego tygodnia włoskiego wielkiego touru, ta część kolarskiego kalendarza wydaje się nosić wszelkie znamiona normalności. Jednocześnie fakt, że czwarty monument sezonu jest de facto trzecim, a do ostatniej chwili musimy czekać na informacje, czy wszystkie ekipy zostaną dopuszczone do startu przypomina, że nie wszystko jest jak dawniej. W przeciwieństwie do nadzwyczajnych środków ostrożności przedsięwziętych przez Flanders Classics, organizatorzy Liège – Bastogne – Liège zdecydowali się jednak na opublikowanie dokładnego przebiegu trasy, która jeszcze głębiej zakotwicza nas w powrocie do najbardziej tradycyjnego formatu.

Trasa

Po niesławnej epoce warzywniaka w Ans, La Doyenne przeszła przed dwoma laty długo oczekiwany lifting, którego najistotniejszym punktem było przeniesienie linii mety z powrotem do historycznego centrum Liege. Trasa, na której rozegrana zostanie 107. edycja wyścigu, tylko w detalach różni się zaś od tych z dwóch ostatnich sezonów.

Zgodnie z ponad stuletnią już tradycją, największy z wyścigów ardeńskiego tryptyku rozpocznie się i zakończy w Liège, a kluczowe z podjazdów umieszczonych na trasie o łącznej długości 259,1 kilometra znajdują się w jej drugiej części. Wbrew dość powszechnym wyobrażeniom, Bastogne wcale nie wyznacza półmetka, ale zostanie odwiedzone przez peleton już na 100. kilometrze, co poprzedzi pokonanie pierwszego z jedenastu kategoryzowanych wzniesień – Côte de La-Roche-en-Ardenne (2,8 km, śr. 5,5%), które poza bardzo istotnym w tym wyścigu aspektem skumulowanego wysiłku, wpływu na ostateczne losy niedzielnej rywalizacji mieć nie będzie. Kolejną z drobnych przeszkód stanowić będzie Côte de Saint-Roch (1,1 km, śr. 9,2%), jednak znacząco zaczną się one piętrzyć dopiero po minięciu Vielsalm, jak przystało na problemy od razu pojawiając się w wielopakach.

Na pierwszy ogień pójdą pokonywane w krótkiej sekwencji Côte de Mont-le-Soie (1,8 km, śr. 6,4%), Côte de Wanne (1,6 km, śr. 9,9%), Côte de Stockeu (0,9 km, śr. 12,5%) i Côte de la Haute-Levee, których główną rolą jest doprowadzenie do legendarnej już selekcji od tyłu.

Prawdziwe atrakcje rozpoczną się po mniej więcej 10-kilometrowej przerwie na przegrupowanie oddziałów, bo Col du Rosier (4,5 km, śr. 5,7%) to najdłuższy podjazd wyścigu, a więc niepowtarzalna szansa. To również wyjątkowa gratka dla fanów Formuły 1, bo położony jest on w pobliżu legendarnego toru Spa-Francorchamps, gdzie w przeciwieństwie do Sieny i Roubaix zawsze pada deszcz.

Następnie przyjdzie czas na największą zmianę w przebiegu nowej-starej trasy, ponieważ w klasycznej sekwencji z legendarnym Côte de la Redoute (1,9 km, śr. 8,9%) zamiast Col du Maquisard pokonany zostanie Côte de Desnié (1,6 km, śr. 8,1%).

O ostatecznym wyniku rywalizacji zaś, jeśli ktoś nie pokusi się o bardziej heroiczny atak, zadecydują najprawdopodobniej pokonywane odpowiednio 23 i 13 kilometrów od linii mety Côte des Forges (1,1 km, śr. 7,9%) i Côte-de-la-Roche-aux-Faucons (1,3 km, śr. 11%).

Finałowe 13 kilometrów wyścigu to jeszcze jedno krótkie, pozbawione kategorii wzniesienie, po którym następuje 8-kilometrowy zjazd. Dopiero ostatnie 2000 metrów w centrum Liege są płaskie.

Łącznie, na dystansie 259,1 kilometra pokonane zostanie 4288 metrów przewyższenia, choć w różnych opracowaniach można znaleźć wartości od 4200 do 4400 m (najpewniej wedle popularnej w polskiej nauce zasady, że jeśli nie znasz jakiejś wartości liczbowej, możesz ją na poczekaniu wymyślić).

5. edycję Liège – Bastogne – Liège Femmes można w pełnej zgodzie z faktami nazwać Bastogne – Liège, co dokładnie opisuje przebieg jutrzejszego wyścigu kobiet. Aby nikt przypadkiem ich nie spostrzegł, panie wyruszą skoro świt i zmierzą się na trasie o łącznej długości 140,9 kilometra. Na tym dystansie pokonają siedem kategoryzowanych podjazdów: Côte de Wanne, Côté de la Haute Levee, Col du Rosier, Côte de Desnié, Côté de la Redoute, Côte des Forges i Côte de la Roche-aux-Faucons.

Faworyci

Typowanie faworytów ostatniego z wiosennych monumentów jest o tyle ciekawe, że jest to wyścig bardzo konserwatywny w warstwie taktycznej, a jednocześnie często kreujący niespodziewane rezultaty. 

Przed ostatnią szansą na poprawienie dorobku w wiosennej kampanii staną specjaliści od imprez jednodniowych, ale na istotny zastrzyk pewności siebie i sprawdzenie rywali liczyć też będą zawodnicy przygotowujący się do majowego Giro d’Italia.

Wszystkie oczy zdają się być zwrócone w kierunku poszukującego odkupienia po zeszłorocznym upokorzeniu Juliana Alaphilippe (Deceuninck-Quick Step), który nieco poprawił swoje akcje środowym triumfem w Walońskiej Strzale, ale czy to wystarczy, by uwierzyć w stabilność jego formy? Pozostaję nieco sceptyczna. Francuz będzie mógł liczyć na wsparcie między innymi Joao Almeidy i Jamesa Knoxa, ale najciekawszym punktem składu belgijskiej ekipy na La Doyenne wydaje się Mauri Vansevenant, który ma wszystko, czego trzeba do zwycięstwa: fenomenalną dyspozycję i na tyle mało punktów prestiżu, by rywale przez co najmniej kilka sekund myśleli, że tylko żartował.

Trzymając się jednej narracji, jeśli Alaphilippe ma niewyrównane rachunki z Liège – Bastogne – Liège, to Marc Hirschi i Tadej Pogačar (obaj UAE Team Emirates) mają niewyrównane rachunki z nim. Fakt, że drużyna nie została dopuszczona do startu w środowym Fleche Wallonne nieco zaciemnia obraz, ale o ile 22-letni Szwajcar swoimi ostatnimi występami nie zdołał jeszcze nawiązać do wyników, którymi zachwycał w ubiegłym sezonie, zwycięzca zeszłorocznego Tour de France najwyraźniej zawsze jest w formie. Niezależnie więc od ostatecznego wyniku Staruszki polecam obserwować, jak pod kątem taktyki zdecyduje się rozegrać ten wyścig ekipa UAE Team Emirates, w której piekielnie silnym składzie znajdą się również Brandon McNulty, Davide Formolo i David de la Cruz.

W tragikomedii, jaką był finisz poprzedniej edycji najstarszego z monumentów najlepiej odnalazł się ten, któremu jeszcze 1000 metrów wcześniej dawano najmniejsze szanse, czyli Primož Roglič (Jumbo-Visma). Dziś już nikt z równą pewnością nie postawiłby przeciwko 31-letniemu Słoweńcowi, a rozważając jego ewentualną obronę tytułu, trudno znaleźć argumenty przeciw. Roglic ma wytrzymałość, która pozwala poradzić sobie z przewyższeniem przekraczającym 4000 metrów. Ma dynamikę, która umożliwia mu rozegranie sprinterskiego pojedynku z zawodnikami o podobnej sobie charakterystykę. Wreszcie ma formę i silną drużynę, której Jonas Vingegaard, Sam Oomen i Robert Gesink. Jeśli ktoś chce wybierać, on jest logicznym wyborem.

Jutro swoje 41. urodziny obchodzić będzie Alejandro Valverde (Movistar) i nietrudno się domyślić, jak chciałby je uczcić. Swoim ewentualnym piątym triumfem w Liège – Bastogne – Liège wyrównałby rekord Eddy’ego Merckxa, co jeszcze w zeszłym roku wydawało się nierealne, ale już w tym można sobie taki scenariusz wyobrazić. Wszystko wskazuje bowiem na to, że Hiszpana wcale nie zaczęła podgryzać starość, tylko zmęczony stanem świata zrobił sobie gap year, a teraz wraca prawie jak nowy. Na zdrowy rozsądek jego zwycięstwo obwarowane jest zbyt wieloma niezależnymi od niego samego warunkami, ale nie można odmówić mu formy ani sprytu, a po środowym Fleche Wallonne również niespotykanego u sportowców tej daty błysku. Jutro Valverde będzie mógł liczyć na wsparcie Matteo Jorgensona, Enrica Masa i Carlosa Verony.

W ostatniej chwili ze składu Team INEOS na Liège – Bastogne – Liège wypadł Thomas Pidcock, co oznacza, że staną oni na starcie z dwoma Polakami i tylko czterema, a nie jak planowano pięcioma potencjalnymi liderami. Mimo takiego osłabienia można zakładać, że brytyjska ekipa wespół z Jumbo-Visma zdołają kontrolować przebieg wyścigu, a obecność silnych nóg Richarda Carapaza, Adama Yatesa, Tao Geoghegana Harta i Michała Kwiatkowskiego oraz pięknego umysłu Michała Gołasia daje im naprawdę szerokie pole do taktycznych manewrów. Pytanie tylko, czy tym razem wykorzystają ten potencjał.

Oczywistym typem ze składu Astany jest zazwyczaj świetnie spisujący się w wyścigach o takim profilu Jakob Fuglsang, ale o ile jemu ostatnimi czasy brakuje nieco błysku, Alexowi Aranburu wręcz przeciwnie. Do odniesienia triumfu 25-letni Bask będzie potrzebował wejścia w życie bardzo konkretnego scenariusza, ale w sprincie w niewielkiej grupy może skutecznie rywalizować z większością uczestników jutrzejszej imprezy.

Ze składów, które wyścigu niemal na pewno nie zdominują, ale posiadają zdolnych do odniesienia triumfu liderów, wyróżnić trzeba jeszcze Borę-hansgrohe z Maximilianem Schachmannem, Israel Start-Up Nation z Michaelem Woodsem, Trek-Segafredo z Bauke Mollemą i Groupamę-FDJ z Davidem Gaudu. Na niewielkiej fali wznoszącej zdają się znajdować również Warren Barguil (Arkea-Samsic) i Benoit Cosnefroy (AG2R-Citroen). 

Pod nieobecność zwycięskiej w ubiegłym roku Elizabeth Deignan (Trek-Segafredo Women) i świetnie dysponowanej Grace Brown (BikeExchange), kolejny raz faworytkami wyścigu kobiet będą Holenderki: Anna van der Breggen (SD Worx), Annemiek van Vleuten (Movistar) i Marianne Vos (Jumbo-Visma Women). Jak zwykle trzymamy kciuki za Katarzynę Niewiadomą (Canyon SRAM Racing), która zbyt wiele razy była w tym sezonie o włos od zwycięstwa, i polecamy uważać na Elisę Longo Borghini (Trek-Segafredo Women).

Wyścig Liège – Bastogne – Liège 2021 rozegrany zostanie w niedzielę, 25 kwietnia.

Transmisję z wyścigu kobiet będzie można śledzić na kanale Eurosport od godz. 11.20.

Transmisja z wyścigu mężczyzn rozpocznie się o 13.25 na tym samym kanale.

guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Jacek
Jacek

Pani Olu, Pani teksty są oazami na pustyni, którą staje się ten portal. A pisze Pani tu coraz rzadziej. Szukałem, gdzie można Panią czytać częściej (o kolarstwie), ale nie znalazłem. Proszę mi pomóc.

Ander_her
Ander_her

Pisze głupoty

kbyczek
kbyczek

Dobra robota.