fot. Team Sunweb

Marc Hirschi w końcu się doczekał. Po wielu próbach w końcu wygrał etap Tour de France.

To był już trzeci raz, kiedy stanął przed wielką szansą na zwycięstwo. Za pierwszym razem zaatakował wraz z Julianem Alaphilippem na około 15 kilometrów przed metą – wtedy na kresce musiał uznać wyższość Francuza. Za drugim – uciekał praktycznie od początku, szybko uciekł reszcie rywali, a później bardzo dzielnie opierał się grupce faworytów, ale w końcu został doścignięty. Powalczył na finiszu, ale wystarczyło to jedynie do zajęcia 3. miejsca, za Pogacarem i Rogliciem. Natomiast dzisiejszy etap miał jeszcze inny scenariusz.

Plan na dziś był taki, by zabrać się w ucieczkę. Naprawdę bardzo chcieliśmy się w niej znaleźć. Jednak od startu widzieliśmy, że CCC i BORA starają się kontrolować wyścig, co kazało nam nieco zmodyfikować taktykę

– tłumaczył cytowany przez biuro prasowe Team Sunweb.

Ucieczka, która miała dojechać do mety zawiązała się bardzo późno – na podjeździe pod Croix du Pey, a więc 40 kilometrów przed metą. Zanim do przodu ruszył Hirschi, swoje zadania mieli do wykonania jego koledzy z zespołu – Soren Kragh Andersen i Tiesj Benoot.

Zadecydowaliśmy, że Soren i Tiesj zaatakują na górskiej premii 3. kategorii, a ja miałem poczekać do kolejnego podjazdu. Miałem podążać za Alaphilippem lub innymi “grubymi rybami”. Kiedy dostrzegłem, że w naszej grupce zaczyna się robić spory ruch, pojechałem za Jungelsem. Chłopcy pomogli mi przedostać się do przodu. Daliśmy z siebie maksa, a po chwili, na ostatnim większym podjeździe zaatakowałem

Ostatecznie Hirschi jako pierwszy pokonał Suc au May, dzięki czemu zdobył kolejne punkty w klasyfikacji górskiej – teraz zajmuje w niej 3. miejsce z zaledwie pięciopunktową stratą do liderującego Benoita Cosnefroya. Ale jego głównym celem było zwycięstwo etapowe. W tamtym momencie miał około 20-sekundową przewagę nad goniącymi go rywalami, tyle że do mety pozostawało jeszcze sporo kilometrów.

Jednak Szwajcar zacisnął zęby i walczył o to, by nie dać się wyprzedzić. Jego przewaga rosła i tuż przed metą wiadomo było, że stanie się pierwszym szwajcarskim zwycięzcą Tour de France od czasów Fabiana Cancellary.

Gdy wjeżdżałem na ostatni kilometr doznałem dziwnego uczucia – wiedziałem, że wygram, ale też nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Bardzo się cieszę, że miałem wystarczająco dużo pewności siebie, by zaatakować. Mogło mi jej brakować, bo na ostatnich etapach kilka razy byłem o krok od zwycięstwa i zawsze czegoś brakowało. Ale dałem dziś z siebie maksa i to popłaciło. Spełniłem swoje wielkie marzenie

– zakończył 22-latek.