Fot. www.bielskiedrogi.pl

Od kilkunastu dni jednym z najgorętszych tematów w polskim światku kolarskim jest nasze bezpieczeństwo na szosach. Nic dziwnego. Temat wraca po każdym głośniejszym zdarzeniu, a wypadek dwóch kolarek w Wilkowicach słusznie poruszył dużą część środowiska.

Przyglądam się tym dyskusjom, czasem samemu je również inicjując, ale to co czytam później w komentarzach, na forach i grupach dyskusyjnych bywa, że przyprawia mnie o coraz mocniej postępującą siwiznę.

W tych wszystkich dysputach zauważam trzy wyróżniające się tendencje.

Pierwsza to tradycyjna już polaryzacja użytkowników dróg na kolarzy, będących uosobieniem niewinności oraz kierowców, reprezentujących siły zła. Z roku na rok ten podział w pewnych grupach rozmówców rysuje się coraz ostrzej. Efekt jest taki, że część rowerzystów wyjście na rower przestaje postrzegać jako rzecz, która ma im sprawić przyjemność, a zaczyna patrzeć na to jak na misję specjalną, której celem jest dostarczenie kolejnych dowodów na złe czyny sił ciemności.

O ile część z tych pomysłów brzmi rozsądnie, np. rejestrowanie zdarzeń za pomocą kamer i przekazywanie ich odpowiednim organom, to jednak inne zaczynają już wyglądać groźnie. Zachęty do wożenia z sobą gazu pieprzowego i wymierzania „sprawiedliwości” na własną rękę trudno mi jakoś pogodzić z przyjemnością płynącą z jazdy na rowerze.

Na drugim biegunie znajdują się głosy, szczęśliwie coraz bardziej doniosłe, wzywające do spojrzenia przez rowerzystów na samych siebie nieco bardziej krytycznie. Trudno odmówić zdrowego rozsądku ludziom, którzy konsekwentnie przypominają zarówno o tym, że dzielimy z kierowcami tę samą przestrzeń, jak i o tym, że dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy np. lepiej zadbać o to, by być na drodze po prostu widoczni. Sam nie jestem w stanie pojąć, w jaki sposób wizerunkowi kolarza zagraża używanie przez niego świateł. Chodzi o te dodatkowe kilka gramów, które trzeba przypiąć na kierownicy i pod siodełkiem?

Ale jest jeszcze trzecia grupa dyskutujących i przed tymi należy szczególnie przestrzegać. To ci wszyscy „wujkowie Dobra Rada”, opierający swe przekonania na anegdotycznych dowodach („ja dużo jeżdżę, więc wiem”) i wiedzy zaczerpniętej z sieci, ale nigdy niezweryfikowanej. Ich znakiem rozpoznawczym są zdania rozpoczynające się od „podobno”. „Podobno przepisy mówią…”.

Drogi czytelniku, kolarzu, użytkowniku szosy. Jeśli masz jakąkolwiek wątpliwość na temat tego, co mówią przepisy, sprawdź przepisy. To one obowiązują cię na drodze, nie „wiedza” zaczerpnięta z forum dyskusyjnego lub komentarzy na Facebooku.

Mam świadomość, że polskie prawo o ruchu drogowym raczej nie jest przykładem logiki, przejrzystości i zdrowego rozsądku. Ale jednak obowiązuje. Wszystkich użytkowników dróg tak samo.

Jeśli art. 32. prawa o ruchu drogowym dopuszcza poruszanie się maksymalnie 15 rowerzystów w zorganizowanej grupie, nie doszukuj się na forach potwierdzenia, że to wbrew logice, bo jest „nie do pary”, a przecież zaleca się grupom jazdę w parach.

Nie, nie zaleca się. Podpowiada to zdrowy rozsądek, bo krótszą kolumnę łatwiej jest wyprzedzić, ale prawo literalnie traktuje taką sytuację jako wyjątek, dopuszczając jazdę obok siebie wyłącznie tam, gdzie nie utrudnia ona ruchu innym pojazdom. Wyjątek to nie „zalecenie”, jak zwykło się przyjmować. A 18 kolarzy to nie jest „tylko trzech więcej niż jest dozwolone, więc powinna być jakaś tolerancja” – jak głosi jeden z internetowych „doradców”. 18 kolarzy to jest po prostu materiał na dwie grupy. Koniec, kropka.

Takich przykładów przekłamań i naginania rzeczywistości jest w polskim internecie bez liku.

Na polski przepis na tragiczne żniwa na drogach składa się wiele elementów: od często bezmyślnie zorganizowanej infrastruktury, przez niezbyt logiczne i niekonsekwentnie stosowane prawo, po kompletną nieznajomość tegoż przez użytkowników dróg. Powszechna na drogach brawura jest w znacznej mierze wynikiem właśnie przekonania o domniemanych zasadach w miejsce znajomości obowiązujących przepisów. Przy czym pod pojęciem „brawura” nie mam na myśli wyłącznie szybkiej i ryzykownej jazdy samochodem. Jazda rowerem bez kasku lub jakiegokolwiek oświetlenia jest przecież niczym innym, jak również rodzajem brawury.

Ale jest jeszcze jeden element, który dla nas rowerzystów jest szczególnie groźny, a niezwykle często jest utrwalany i wzmacniany właśnie przez tych przysłowiowych już specjalistów od dobrych rad: przekonanie, że jazda na rowerze czyni nas „fajniejszymi” i w związku z tym również na drogach należy nam się więcej uwagi i szacunku.

Sam fakt przejechania kilkudziesięciu lub kilkuset kilometrów na rowerze jest bez wątpienia powodem do dumy. Naszej własnej. Warto pamiętać o tym, że inni użytkownicy drogi wcale nie muszą jej podzielać. Nasze osiągnięcia mogą ich interesować dokładnie tak samo, jak nas interesują wyczyny mistrzów w jedzeniu hot-dogów lub piciu piwa na czas. Ci ludzie zapewne również są dumni ze swoich osiągnięć. Czy bylibyśmy skłonni ustąpić im z tego powodu miejsca w kolejce w sklepie? Pozwolę sobie powątpiewać.

Doprowadzenie do zwiększenia bezpieczeństwa rowerzystów na polskich drogach to długi i bardzo powolny proces. Wszyscy powinniśmy się w niego zaangażować, podejmując realne działania i wskazując konkretne obszary do naprawienia: od wskazywania lokalnym władzom rzeczywistych absurdów infrastrukturalnych, po domaganie się daleko idących zmian w prawie, mających na celu usankcjonowanie rowerzystów jako pełnoprawnych użytkowników dróg. Bez wątpienia każdego dnia powinniśmy o to walczyć.

Ale tę walkę warto mimo wszystko rozpocząć od siebie. Od zapoznania się z tym, co tak naprawdę nam wolno, a czego nie wolno na drodze. Od zrozumienia, że zdrowy rozsądek nie może stać w sprzeczności z obowiązującym prawem i ewentualnie może rozszerzać jego obowiązywanie, ale na pewno nie może go zawężać.

A przede wszystkim od zdania sobie sprawy, że jazda na rowerze bez wątpienia czyni nas sprawniejszymi i być może lepiej życiowo ogarniętymi od innych, ale nie daje nam mandatu do tego, by uważać się za lepszych i domagać z tego powodu więcej szacunku na drodze.

Na koniec dnia zawsze dostaniemy go tyle, ile sami okazujemy go innym.