Sobótka – prawdziwa kolebka polskiego kolarstwa. Choć jej synonimem jest masyw Ślęży, około 30 kilometrów na południe od miasta rozciąga się pierwsze pasmo polskich Sudetów – Góry Sowie, pełne pięknych i piekielnie trudnych zakątków, które aż proszą się, by w końcu zostać odpowiednio wykorzystane przez organizatorów poszczególnych imprez.

Góry Sowie i ich okolice to jedna z najbardziej tajemniczych i specyficznych części naszego kraju. U podnóża pasma życie spokojnie toczy się w “trójmieście śląskim”, które nie od dziś cieszy się raczej złą sławą. Po drugiej stronie stosunkowo wysokiego grzbietu mamy za to wyjątkowo urodziwe doliny i przełęcze, co jakiś czas przecinane przez specyficzne wioski i większe miejscowości, bezpośrednio związane z górniczą historią regionu. Aby przyzwyczaić się do codzienności w Dzierżoniowie czy Nowej Rudzie, należy przeżyć tam dobre kilka tygodni i poznać swoiste zasady funkcjonowania.

Jedną z nich jest oczywiście aktywne wykorzystywanie bardzo klimatycznej okolicy na długie i intensywne wycieczki rowerowe, z czasem przeradzające się w treningi, zarówno na szosie, jak i MTB. Wbrew pozorom, w Górach Sowich praktycznie zawsze spotka się sporą ilość osób aktywnie uprawiających kolarstwo, co w porównaniu choćby z cichą północą robi niemałe wrażenie.

Nie patrząc już na czynniki społeczne, same Góry Sowie także posiadają swoją specyfikę. Po pierwsze, nie są one ani niskie, ani wysokie. Najwyższy szczyt, Wielka Sowa, który w pewnym sensie wymusił na poprzedniej władzy poprowadzenie dróg przez wysokie przełęcze, mierzy 1015 m.n.p.m.. Najwyższy przejezdny “col”, Przełęcz Jugowska, jest z kolei usytuowana na wysokości 805 m.n.p.m., co jak na polskie warunki jest całkiem niezłym wynikiem. Ważniejszy jednak wydaje się być fakt, iż leżące u podnóża gór miasta, zbudowane są w niewielkiej dolinie na wysokości około 200 m.n.p.m., co z kolei okolicznym wzniesieniom daje pokaźną wysokość względną.

Mimo wszystko nie to jest najważniejsze. Pasmo górskie, wykorzystywane w mniejszych polskich imprezach, takich jak CCC Tour – Grody Piastowskie, GMP czy MP 2016, to prawdziwa wylęgarnia nie tylko talentów, ale także potencjalnych wyścigów jednodniowych. W całych Górach Sowich dostaniemy bowiem wszystko – podjazd liczący 10 kilometrów, kilka długich podjazdów o solidnym nachyleniu oraz całą masę krótkich wzniesień, na których nachylenie przekracza 10%. Przykłady? Żaden problem. Zdecydowanie najdłuższy podjazd pod Przełęcz Jugowską to dobre 40 minut kręcenia dla zwykłego amatora (dodając do tego około 4 kilometry o nachyleniu 2-3%, mamy do czynienia z mocno męczącym podjazdem). Przełęcz Walimska czy Woliborska, w szczególności od północy, to także niemałe wyzwania. Jeśli komuś za łatwo, zawsze może spróbować swoich sił w Srebrnej Górze, gdzie do samej twierdzy prowadzą ponad 3 kilometry szosy trzymające w okolicach 10%.

Prawdziwym creme de la creme są jednak krótkie sztajfy, na których każdy przypomni sobie ostatnie potrawy świąteczne. Na Grządkach niejeden twardziel wymięka, w szczególności gdy nachylenie sięga 20%. Na poprawce pod Sierpnicę z kolei nogi zaczynają szybko protestować przed tak potężnym wysiłkiem. Skrócony podjazd pod Przełęcz Sokolą faktycznie spełnia swoją funkcję. “Szkoda” tylko, że przez to kilometr szosy piętrzy się z nachyleniem ponad 12%. Do tej grupy z pewnością moglibyśmy dodać jeszcze m.in. Palczyk, Niedzwiedzicę, ulicę Słowackiego w Walimiu, będącą częścią podjazdu pod Przełęcz Walimską, czy podjazd pod Podlesie (będący już na samym pograniczu gór Wałbrzyskich).

Wspomniana różnorodność ma jednak także dodatkowe znaczenie, dużo bardziej istotne. Z różnego rodzaju wzniesieniami może bowiem zmierzyć się absolutnie każdy. Zakładając, że wspominany już Dzierżoniów jest naszą bazą, możemy spróbować swoich sił na różnego rodzaju podjazdach nawet nie wjeżdżając w wyższe partie gór. Na krótkiej, nieco ponad 30-kilometrowej rundzie można bowiem podmęczyć się we wsi Owiesno (2 km, 5%), by po chwili przetestować nogę w Myśliszowie (1,1 km, 9%, max 14%). Drugie z wymienionych wzniesień miało w tym roku pojawić się na trasie amatorskiej Korony Gór Sowich. Szkoda, że do wyścigu nie dojdzie, ale może za rok…

Jeśli ktokolwiek z Państwa zastanawiał się, czy spędzić choćby tydzień w tym regionie, gorąco polecamy, zarówno dla kolarskich przygód, jak i dla poznania lokalnej specyfiki. Co więcej, kiedy zdecydowaliby się Państwo wyjść na szlaki piesze (swoją drogą bardzo klimatyczne), nie zaznają tam Państwo tłumów jak w Tatrach czy Karkonoszach, a to także jest niezwykle pozytywną kwestią.

Wszyscy w Góry Sowie!