Fot. rondevanvlaanderen.be

Kolarstwo – sport, który może pochwalić się ponad 150-letnią historią. Jego kolebką od lat jest Belgia, nieduże, lecz gęsto zaludnione państwo w zachodniej Europie. To tam odbył się pierwszy duży wyścig na świecie – Liege-Bastogne-Liege (w 1892 roku), do dziś nazywany “staruszką”. Z biegiem czasu coraz większe znacznie zaczynała mieć jednak północna część Belgii, czyli Flandria, do której dziś się przeniesiemy.

Aby zrozumieć dlaczego kolarstwo dla Flandrii jest aż tak ważne, należy cofnąć się do historii i to tej naprawdę głębokiej. Jak wiadomo, region ten przez wiele lat przechodził z rąk do rąk, będąc pod panowaniem Francji, Niemiec, a nawet Hiszpanii. To, podobnie jak w przypadku Ukrainy, z biegiem lat pogłębiało coraz większe poczucie wspólnoty Flamandów, którzy coraz bardziej czuli potrzebę stworzenia czegoś “swojego”.

To wszystko doprowadziło w XIX wieku do bardzo mocnego rozprzestrzeniania się zjawiska zwanego “flamandzkim nacjonalizmem”. Flamandowie zaczęli wówczas dużo większą wagę przykładać do własnego pochodzenia, języka czy dziedzictwa, co w przyszłości miało bardzo duże znaczenie także w rozgrywkach politycznych.

Wraz z popularyzacją kolarstwa, Flamandowie zyskali kolejne pole do zaznaczenia swojej swoistej odmienności. Wszystko za sprawą Karela Van Wijnendaele, czyli dziennikarza sportowego, który postanowił zorganizować pierwszy wyścig dookoła Flandrii. Swoistą motywacją do tego było zwycięstwo Odile’a Defraye’a w Tour de France. 20-letni Flamand jeździł wówczas we francuskim teamie Alcyon, co zmotywowało jego “braci krwi” do wzięcia sprawy w swoje ręce, tym bardziej że na południu Belgii ogromnym sukcesem okazywał się być organizowany już 20 lat wyścig Liege-Bastogne-Liege. Wtedy też Van Wijnendaele zdecydował się na organizację wyścigu dookoła Flandrii.

Głównym celem flamandzkiego dziennikarza było przede wszystkim połączenie wszystkich miast regionu podczas jednego wyścigu kolarskiego. Miało to być kolejne okazanie odrębności lokalnej społeczności, bezpośrednio związane ze wspomnianym wcześniej flamandzkim nacjonalizmem.

Co by nie mówić, duch flamandzkiej odrębności unosi się nad De Ronde aż do dziś. Każda edycja jest w północnej części Belgii prawdziwym świętem narodowym, dniem radości, poczucia własnej wartości i odrębności. De Ronde, będąc więc jedynie imprezą sportową, stało się jednocześnie jednym z najważniejszych “własnych” eventów we Flandrii.

Nie jest więc wielkim zaskoczeniem, że znane z trasy wyścigu “Hellingen” urosły z biegiem czasu do miana kolarskich świątyń. Muur, Kwaremont, Koppenberg, Taaienberg, Kemmelberg – te nazwy znane są absolutnie każdemu kibicowi kolarstwa. Z jednej strony są to bowiem miejsca, w których wyścig od lat się rozgrywa, znane ze swojej trudności. W końcu wysokie nachylenie + bruki = ból.

Drugą, choć mniej istotną kwestią w myśleniu Flamandów (tak, jest to dla nich kwestia drugorzędna!) jest też historia związana z wieloma hellingen. Najlepszym przykładem jest tutaj Kemmelberg, czyli wzgórze, na którym śmierć poniosło wielu żołnierzy w trakcie 4 bitwy o Ypres (o tym, co w trakcie I WŚ działo się pod Ypres wiemy chyba wszyscy). Między innymi w celu upamiętnienia tych wydarzeń wzgórze stało się głównym miejscem rywalizacji w ramach wyścigu Gent – Wevelgem. Upamiętnianie historii w miejscu “podwójnego kultu”? Cóż, witamy we Flandrii.

Na koniec przejdźmy do czysto kolarskich liczb, które stanowią o trudności północnych klasyków. Przez wiele lat drogi w bogatej Flandrii budowane były z bruku i przez lata właśnie ten typ nawierzchni dominował w północnej Belgii. To z kolei w erze betonu i asfaltu stanowi o trudności wyścigu. Dodatkowym utrudnieniem jest także pofałdowany teren, który w północnej części Belgii wygląda bliźniaczo do choćby wzgórz nadnoteckich czy trzebnickich Kocich Gór. W sumie dało nam to legendarne hellingen, czyli krótkie, lecz strome podjazdy, w zdecydowanej większości pokryte brukiem. Przewyższenie pokonywane na nich to z reguły około 60-100 metrów. Kiedy jednak na trasie pojawi się prawie 20 takich podjazdów, nawet największy twardziel odczuje trudy takiego intwerwału.

Który z Hellingen jest najtrudniejszy? Trudno powiedzieć. Wszystkie wzniesienia są bowiem bardzo podobne. Najstromszym jest z pewnością Koppenberg, lecz jego długość to zaledwie kilkaset metrów. Dużo dłuższy jest z kolei Oude Kwaremont, lecz tam stromo jest tylko przez chwilę. Wśród bardziej “zbalansowanych” wzniesień znajdziemy choćby Kapelmuur, lecz tam nie jest aż tak super stromo, ani super długo. To pytanie pozostawimy więc bez odpowiedzi.