fot. Urząd miasta w Adelajdzie

Kiedy codzienna rutyna uderza nas coraz bardziej, a najdalszym wypadem w ostatnich tygodniach dla wielu jest Watopia, czas nieco pobudzić nasze kolarskie umysły. Kilka dni temu swoisty powiew świeżości do naszych domów wprowadził krótki serial dokumentalny o ekipie Movistar. Teraz to samo spróbujemy zrobić my, w pewnym sensie przybliżając Państwu miejsca, wokół których kręci się kolarski świat. Zgodnie z kalendarzem, zaczniemy od Australii.

Od wielu lat w naszym środowisku prowadzona jest dyskusja o tym, kiedy zaczyna się prawdziwy sezon. Dla (mniej więcej) połowy kibiców, zabawa rozpoczyna się dopiero od Omloop Het Nieuwsblad. Druga połowa fanów uważa za to, że wystarczająco mocną pozycję wyrobił sobie wyścig Tour Down Under, który sezon otwiera także w praktyce.

Ściganie w Południowej Australii ma swój niewyobrażalny klimat. Kiedy w naszym kraju szarość przebija się nawet przez najróżowsze okulary, na dalekim południu trwa środek lata, a zawodnicy zastanawiają się, czy jazda w upale ma w ogóle sens. Wszystko to oczywiście przy akompaniamencie masy wyluzowanych kibiców, dla których kolarskie święto mogłoby trwać nie przez tydzień, ale cały rok.

Na moment zapomnijmy jednak o samym ściganiu i przyjrzyjmy się arenie zmagań, która jest więcej niż ciekawa. Adelajda i jej okolice są bowiem regionem więcej niż interesującym. Zacznijmy od samego miasta, będącego stolicą Australii Południowej oraz siedzibą Honorowego Konsulatu Rzeczpospolitej Polskiej. Ta licząca około 1,4 miliona mieszkańców metropolia to prawdziwe serce południowego wybrzeża. Początki miasta notuje się na 28 grudnia 1836 roku, kiedy to cały stan został powołany do życia, a generał William Light wybrał teren pod stworzenie osady. Nazwa miasta pochodzi za to od imienia królowej Adelajdy, czyli wybranki serca brytyjskiego króla Wilhelma IV.

Z biegiem czasu, podobnie jak inne miasta w Australii, Adelajda stała się centrum kulturalnym i gospodarczym w regionie, co nie zmieniło się do dziś. Świadczy o tym m.in. liczba odbywających się tam festiwali, koncertów czy imprez sportowych, wśród których znajdziemy m.in. Grand Prix Formuły 1, odbywające się tam w latach 1985-1995 (zwycięzcami wyścigów byli m.in. Alain Prost, Nelson Piquet, Ayrton Senna czy Damon Hill). Co ciekawe, od momentu, w którym Grand Prix przeniesiono do Melbourne, w mieście, na podobnej nitce, wciąż odbywają się inne imprezy samochodowe.

Na koniec warto dodać, że w Adelajdzie żyje całkiem spora grupa naszych rodaków. Szacuje się, że Polonii jest nawet 20 tysięcy. Przez wiele lat, Polacy mieszkający w tym pięknym mieście jednoczyli się podczas takich wydarzeń jak m.in. coroczne dożynki.

Nas, jako kibiców, dużo bardziej interesuje jednak to, co poza miastem, a okolice Adelajdy są wręcz rajem do czynnego uprawiania kolarstwa szosowego. Południowe szczyty gór Flindersa, w połączeniu z przepięknym wybrzeżem, tworzą bowiem krajobraz podobny do tego, znanego z Calpe czy Lloret de Mar (choć góry są oczywiście wyraźnie niższe. Najwyższy szczyt w paśmie – Góra Świętej Marii – znajduje się około 150 kilometrów na północ od Adelajdy). W sumie, w okolicach stolicy stanu znajduje się co najmniej kilkadziesiąt (nie jest to dokładnie oszacowane) krótszych lub nieco dłuższych podjazdów, które znamy także z tras Tour Down Under.

Bezsprzecznie najsłynniejszym jest jednak Willunga Hill, lub jak kto woli, Old Willunga Hill, czyli wzniesienie znajdujące się pomiędzy dwoma słynnymi kurortami – McLaren Vale i Victor Harbour (oba praktycznie zawsze są odwiedzane przez TDU). Sama nazwa wzgórza pochodzi od miejscowości Willunga, znajdującej się u jego podnóża (na szczycie znajduje się też swoiste “przedmieście” o tej samej nazwie co góra). Ta z kolei pochodzi od aborygeńskiego “willangga”, czyli w wolnym tłumaczeniu “miejsce pełne zielonych drzew”. W niezwykle urokliwej miejscowości na stałe mieszka zaledwie 2308 osób (stan na 2016), lecz w trakcie Tour Down Under, liczba ta gwałtownie rośnie.

Co do samego podjazdu, jest on częścią kolarskiego światka już od 2002 roku, kiedy to organizatorzy TDU po raz pierwszy postanowili zorganizować start i metę etapu w Willundze. Po etapowy triumf sięgnął wtedy sam Robbie McEwen, który przy jeszcze stosunkowo słabo obsadzonym peletonie, zdołał utrzymać się w pierwszej grupie i skutecznie zafiniszować.

Od 2003 roku do wyścigu wprowadzono doskonale nam znaną konfigurację podjazd-płasko-zjazd-dojazd do mety. Dzięki temu walka na Willunga Hill stała się dużo bardziej zażarta, co pozwoliło dojechać do mety w pierwszej grupie zaledwie dziewięciu kolarzom, z których najszybszy był Giampaolo Caruso (triumf mu ostatecznie odebrano). Z czasem organizatorzy wyścigu stawali się jednak coraz głodniejsi. Postanowili więc dodać do planu królewskiego etapu kolejną rundę z podjazdem pod Willunga Hill, co zasadniczo pozostało niezmienne do dziś. Od 2012 roku zabawa kończy się jednak na szczycie wzniesienia, a nie u jego podnóża.

Bez dwóch zdań można przyznać, że od tej pory legenda Willunga Hill zaczęła zalewać cały świat. Królem wzniesienia szybko okrzyknięty został Richie Porte, a ataków na trudnym wzniesieniu próbowało wiele gwiazd światowego peletonu. Teraz, kiedy tylko start kolarskiego sezonu zbliża się wielkimi krokami, wszyscy zaczynają mówić o Willunga Hill. O tym nieco ponad 3 kilometrowym podjeździe, startującym w miejscowości liczącej nieco ponad 2000 mieszkańców. To się nazywa siła kolarstwa.

Już jutro przejdziemy nieco dalej w kolarskim kalendarzu, przelatując z dalekiej Australii na Lazurowe Wybrzeże. Wie ktoś, o którym wzniesieniu chcemy tym razem opowiedzieć?