Fot. Trek Bikes

Lato w tym roku długo nas rozpieszczało, ale w końcu jesień upomniała się o swoje prawa. W ruch poszły ciepłe spodnie, czapki i bluzy, bo przecież zdrowie jest najważniejsze. Szkoda tylko, że życie już niekoniecznie.

Ta dyskusja powraca każdego roku i trudno się oprzeć wrażeniu, że to za każdym razem zmarnowany czas. Może patrząc z dłuższej perspektywy jest odrobinę lepiej niż kiedyś, ale wciąż jesteśmy daleko od ideału. Wciąż wyjeżdżając na szosę w jesiennej szarości i mroku – znikamy. I ciągle zbyt wielu z nas nie wraca bezpiecznie do domu.

Tak, mowa o naszym bezpieczeństwie, o naszej widoczności. Mowa o oświetleniu, które z niewiadomych powodów wciąż jest dla zbyt wielu amatorów jazdy na szosach powodem do niezrozumiałego wstydu.

Bardzo lubimy narzekać na kierowców, wyprzedzających nas „na zeszyt”, bez zachowania bezpiecznej odległości. I bardzo często mamy rację, bo większość kierowców w naszym kraju przepisy i zasady ruchu drogowego ma w głębokim poważaniu, dbając wyłącznie o własną wygodę i domniemane pierwszeństwo, w myśl zasady, że większy zawsze ma rację.

Znam paru kierowców, którzy raptownie złagodnieli, kiedy tylko wsiedli na rowery: jeżdżą nieco wolniej, zwracają większą uwagę na innych uczestników ruchu, lepiej zdają sobie sprawę z tego, co czuje kolarz, mijany o centymetry przez półtoratonową górę stali i plastiku. Ale to raczej wyjątki. Znakomita większość pogromców szos wciąż myśli wyłącznie o sobie, bez względu na to, jaką kierownicę trzyma w danej chwili w dłoniach.

Zdarza nam się ignorować ścieżki rowerowe, zdarza nam się wymuszać pierwszeństwo na pieszych i nader często oczekujemy od innych, że to oni nas zauważą i zadbają o to, żeby nie zrobić nam krzywdy. Pytanie tylko, czy dajemy im na to szansę? Czy aby na pewno jesteśmy dobrze widoczni przez rozmazaną jesienną słotą samochodową szybę, albo jadąc wprost pod oślepiające słońce, wiszące o tej porze roku nisko nad horyzontem?

Wciąż nie jestem w stanie zrozumieć co uwłaczającego godności kolarza jest w rowerowym oświetleniu? Waga? Sam fakt jego używania? Czy może to, że nie korzystają z niego zawodowcy w wyścigu, więc i my nie musimy?

Albo co sprawia, że jeśli już decydujemy się na instalację tego wstydliwego osprzętu, to nader często wyłącznie po to, żeby był on bardziej plastrem na sumienie, niż tym, co sprawia, że jesteśmy z daleka widoczni? Cena? Nie oszukujmy się: za rozsądny komplet rowerowego oświetlenia zapłacimy mniej, niż za niejedną kolarską koszulkę. Ale wiadomo: stylówa – ważna sprawa. Bezpieczeństwo? To inni mają na nas uważać.

W normalnych okolicznościach powinienem w tym miejscu sięgnąć do przepisów, ale zdaję sobie sprawę, że z kodeksem drogowym jest wśród szosowców trochę podobnie, jak z kodeksem piratów: „powiedzmy, że to po prostu zbiór ogólnych wskazówek”. Jeszcze by ktoś zamontował na swojej maszynie odblask albo dzwonek (oba w myśl przepisów obowiązkowe!), narażając się na śmieszność i ostracyzm w peletonie, bo przecież żaden szanujący się kolarz-amator nie da zmiany facetowi z dzwonkiem na kierownicy.

Pozostaje więc liczyć na zdrowy rozsądek oraz na podpowiedź intuicji, że jak się robi ciemno, albo pogoda staje się kapryśna, warto zaznaczyć swoją obecność na drodze, używając oświetlenia, widocznego co najmniej ze 150 metrów (och… bardzo przepraszam, ale to znowu kodeks…).

Próżne nadzieje. Każdego dnia i każdego wieczora (sic!) spotykam gdzieś na drodze zupełnie nieoświetlonych kolarzy-widma. I to bynajmniej nie są pojedyncze przypadki, a niejednokrotnie kilkuosobowe grupy, w których szczęście, jeśli ktoś ma na sobie coś jaskrawego, bo przynajmniej wtedy jest szansa odpowiednio wcześnie go zauważyć.

Nie do końca rozumiem (choć mogę się domyślać) jakie są powody naszej powszechnej pogardy dla prawa. Ale trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wciąż trochę na złość babci odmrażamy sobie uszy. Wciąż ignorujemy innych ludzi, ale nade wszystko mamy w głębokim poważaniu nasze własne bezpieczeństwo.

W imię czego? Tych kilkudziesięciu gramów, podwieszonych pod siedzeniem?