Sezon szosowy dobiegł końca, zatem od kilku tygodni możemy się raczyć rozmaitymi podsumowaniami, w których tu i ówdzie pojawia się nuta rozczarowania odległym miejscem Polski w rankingu UCI. 15 miejsce oznacza bowiem, że na olimpijski wyścig ze startu wspólnego Polska będzie mogła wystawić tylko trzech zawodników.

Trzech kolarzy na wyścigu, o którym już od jakiegoś czasu się mówi, że będzie jednym z najtrudniejszych w historii, nie tylko z uwagi na profil trasy, ale również na wielce prawdopodobną tropikalną aurę, to w kontekście walki o medal niemal „mission impossible”. Ale nie to w tym wszystkim jest zastanawiające. Najdziwniejsze jest to, że niektórzy ludzie wciąż są tą sytuacją zaskoczeni.

Są i tacy, którzy odruchowo szukają winnych i próbują dowodzić, że to wszystko z powodu kiepskiej w tym sezonie formy Michała Kwiatkowskiego i mniejszej liczbie punktów, zdobytych przez Rafała Majkę. W pewnym sensie jest w tym trochę racji, bo jeśli spojrzeć na historyczne wyniki naszych dwóch najlepszych kolarzy, to od lat odpowiadali oni za znakomitą większość polskich zdobyczy punktowych w rankingu UCI. Pytanie tylko, czy to tak właśnie wyglądać powinno?

Być może moja pamięć to żaden argument, ale nie przypominam sobie sytuacji, w której ktoś na koniec poprzedniego sezonu zadałby głośno pytanie: „a co będzie, jeśli Michałowi lub Rafałowi przytrafi się gorszy sezon?”. Nie kojarzę też sytuacji, w której ktoś pokusiłby się o symulację naszej sytuacji po zmianach, jakie nastąpiły w strukturach dawnego CCC Sprandi Polkowice, którego kolarze mieli wcześniej spory udział w zdobywaniu dla Polski rankingowych punktów.

A przecież pod koniec 2018 roku było już wiadomo, że tutaj zmieni się sporo: część kolarzy przejdzie do CCC Team, gdzie będą mieli inne zadania i – mimo obecności w World Tourze – znacznie mniej okazji do łapania punktów. Było też jasne, że CCC Development Team jeździć będzie w niższej dywizji, gdzie o zdobycze punktowe również będzie nieco trudniej. Ale przede wszystkim nie było trudne do przewidzenia to, że nie da się w nieskończoność opierać pozycji Polski w rankingu wyłącznie na dwóch tych samych zawodnikach. W rankingu, w którym już na koniec 2018 roku, po fenomenalnym sezonie Kwiatka zajmowaliśmy jedną z ostatnich pozycji, uprawniających nas do wystawienia czterech zawodników w Tokio. Skąd więc zdziwienie?

Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się pewna anegdota, którą już gdzieś przytaczałem, ale warto ją odkurzać, bo dobrze obrazuje stan umysłu, funkcjonujący w polskim kolarstwie. Otóż pewna moja znajoma podzieliła się kiedyś w sieci informacją, że w związku z restrukturyzacją firmy straciła właśnie pracę. Natychmiast zjawiły się tabuny życzliwych ludzi, którzy zaczęli ją pocieszać, że nie ma się co martwić. „Jakoś to będzie” – mówili, a niektórzy dodawali poradę: „teraz możesz założyć firmę”. „No dobra, ale jaką?” – próbowała dociec, na co dostawała precyzyjną odpowiedź: „jakąś dobrze prosperującą”.

„Jakośtobędzizm” został niedawno dość precyzyjnie opisany przez dziennikarzy, zajmujących się tematyką energetyczną, ale podejrzewam, że to określenie zrobi szybką karierę również w innych obszarach, bo znakomicie oddaje istotę naszego podejścia do rzeczywistości. Świetnie się sprawdza również w kolarstwie, które – o ironio! – jest skądinąd sportem, opartym na strategii i taktyce. Ale nie u nas. U nas „jakoś to będzie”. Aż chciałoby się dodać: „będzie pan zadowolony”.

Być może w tym momencie wielu czytelników skieruje swe ciepłe myśli w stronę Pruszkowa, ale od razu zastrzegam, że to nie jest jedyny właściwy kierunek. Nie zamierzam tym razem pastwić się nad zarządem związku, który ma fundamentalne problemy z realizacją swoich statutowych działań, bo to nie PZKol jest inspiracją do takiego, a nie innego myślenia o kolarstwie. Działania związku są skutkiem, a nie przyczyną, a ci ludzie nie wzięli się tam znikąd. Są reprezentantami całego środowiska, które od lat głośno krzyczy o konieczności zmiany i które jednocześnie od lat robi wszystko, żeby nie musieć czegokolwiek zmieniać.

W końcu to nikt inny, jak przedstawiciel środowiska kolarskiego apelował niedawno do Czesława Langa, żeby ten podzielił się z całym polskim kolarstwem nabytym przed niego dla Tour de Pologne czasem antenowym w telewizji. Nie wiedzą o tym, jak skutecznie rozwijać oparty na kolarstwie biznes, nie doświadczeniem, nie dobrą radą, ale stanem posiadania.

Ale może się mylę, kiedy narzekam na to, że w polskim kolarstwie nie brakuje znakomitych kolarzy, ale brakuje jakiejkolwiek spójnej wizji i strategii na wykorzystanie ich potencjału? Być może – jeśli się dobrze zastanowić – można tę wizję jakoś z grubsza zarysować? Może sprawa jest znacznie prostsza, niż się wydaje? Przecież wystarczy, żeby minister spłacił długi, Dariusz Miłek sypnął groszem, Czesław Lang podzielił się czasem antenowym, a Kwiatkowski z Majką najpierw naciułali punktów, a potem jeszcze zdobyli jakiś medal, który przyciągnie bogatych sponsorów. I jakoś to będzie.

Może to jednak ma jakiś sens? Choć podświadomość zawsze mi w tym momencie przypomina pewien tytuł, przeczytany kiedyś na jednym z portali: „Rzucili pracę, sprzedali cały dobytek i wybrali się w podróż życia. Trwała dwa dni.”

Mniej więcej tak widzę naszą przyszłość, opartą na idei „jakoś to będzie”.