fot. ASO / Pauline Ballet

Oglądam sobie tegoroczny Tour de France z mieszanymi uczuciami. 

Z jednej strony jest to chyba najbardziej interesująca edycja od co najmniej kilkunastu lat (z zastrzeżeniem, że wyścig się jeszcze nie skończył, choć trudno oczekiwać, że w górach zrobi się bardziej przewidywalnie, niż na pierwszych 10 etapach). Z drugiej: trudno spodziewać się czegoś innego po tak dobrze obsadzonej i z taką drobiazgowością zorganizowanej imprezie. ASO i Christianowi Prudhomme zdarzało się w przeszłości popełniać błędy, ale nie można im odmówić umiejętności wyciągania z nich wniosków. Do tegorocznej trasy trudno się przyczepić nawet największym malkontentom.

Z jednej strony tradycyjnie już zazdroszczę Francuzom rozmachu przy realizacji tego wydarzenia i swoistej czułości, z jaką pokazują światu najpiękniejsze zakątki swego kraju. Z drugiej: myślę o tym, że nam w gruncie rzeczy też niczego nie brakuje, tylko z jakiegoś powodu nasze najładniejsze zakątki wolimy pochować za reklamowymi balonami i dość jarmarczną, nadmuchiwaną sceną. Wciąż nie mogę się nadziwić, że włodarze miast, goszczących nasz największy wyścig (i inwestujących w tę gościnę niemałe kwoty), pozwalają stawiać na swoich rynkach coś tak bardzo niepasującego do otoczenia i psującego ich własny wizerunek. 

Z jednej strony rozumiem, że za Wielką Pętlą stoi 116 lat tradycji, konsekwentnie budowanej i odbudowywanej po wojennych zawieruchach, niejako na przekór bieżącym potrzebom francuskiego społeczeństwa (a bywało, że i wbrew jego woli, bo przecież w pierwszych latach istnienia Tour de France musiał się zmierzyć z silnym oporem i próbami sabotażu wyścigu). Z drugiej: trudniej będzie o lepszy moment do walki o prestiż naszego wyścigu, niż obecny boom na kolarstwo szosowe i łatwość podpatrywania, jak to robią inni. Zgoda: takim na przykład Brytyjczykom pomógł start Touru, pomogły sukcesy Sky / Ineos, pomogło zaangażowanie federacji. Ale to przecież nie jedyny przypadek, w którym kolarstwo zdobywa szaloną popularność, a krajowe wyścigi zyskują rangę i prestiż.

Z jednej strony zżymam się na ekipę Czesława Langa, powielającą co roku te same schematy i rozwiązania (i bynajmniej nie mówię tutaj o trasie, bo rozumiem z jakich ograniczeń wynika). Z drugiej: mam świadomość, że musi się ona mierzyć nie tylko z oporną materią niskiej świadomości samorządowców, którzy chętnie zainwestują we wszystko, co można otworzyć z hukiem petard i przecięciem wstęgi, ale jak ognia unikają wspierania wszelkich komercyjnych inicjatyw. Jest przy tym wszystkim zakładnikiem sponsorów i tonących w bogatej ofercie widzów, którzy siadają przed telewizorami z żądaniem „a teraz nas bawcie!”. 

Z jednej strony chcielibyśmy oglądać pasjonujące widowisko, z udziałem największych kolarskich gwiazd, odwiedzające nasze najpiękniejsze zakątki i z dumą prezentujące je światu. Z drugiej: panicznie boimy się wszelkich zmian, łamania schematów i własnych przyzwyczajeń. Podobno w nowych paszportach pojawiły się nowe hasła, mające podkreślić naszą tożsamość. Aż dziwne, że nie znalazło się tam przysłowie, że „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Siedzę, myślę, nic się nie dzieje. Nadejdzie sierpień, kolarze prosto z żółtego balonu wsiądą do stylowych bryczek (trudno o bardziej wymowny obrazek). Wyścig się odbędzie, może wygra go któryś z Polaków? Jedni się ucieszą, inni pomarudzą, że to pewnie dlatego, że obsada była słaba. Znowu się pokłócimy w internecie o trasę i wrócimy do swoich zajęć. 

Oglądam sobie tegoroczny Tour de France z mieszanymi uczuciami. Patrzę, jak z roku na rok ten wyścig się zmienia, szuka nowych rozwiązań, sprawdza różne warianty, ryzykuje, czasem przegrywając. Ale najczęściej na koniec wygrywa. I myślę sobie czasami, że źródło jego sukcesu nie tkwi w samej trasie i długiej liście bogatych sponsorów. Tour de France w całości staje się uosobieniem kolarstwa, właśnie z tą swoją odwagą, nieustępliwością, skłonnością do ryzyka, godzeniem się z porażkami i próbowaniem za każdym razem jakiegoś nowego sposobu. Wszystkie inne wyścigi dopiero się tego uczą.