Tak się złożyło (tak się musiało złożyć – jak napisałby jeden z moich ulubionych pisarzy), że ostatni Nadzwyczajny Zjazd Delegatów PZKol odbył się w trakcie mojego urlopu. „Nic straconego” – pomyślałem sobie, bo chociaż lubię być na bieżąco, to przecież zawsze mogę się zadowolić obszernymi relacjami ludzi, których temat bezpośrednio interesuje. Tu jednak czekał mnie srogi zawód, bo poza kilkoma zdawkowymi sprawozdaniami, informującymi o tym, że spotkanie się odbyło i w gruncie rzeczy nic nie ustalono, oraz poza znakomitym felietonem Sebastiana Parfjanowicza, opisującego stan umysłu części delegatów, nie doszukałem się w tym zakresie niczego interesującego.

Tak się złożyło (tak się musiało złożyć), że zrozumienie przyszło do mnie dopiero wtedy, gdy odtworzyłem sobie zapis przebiegu spotkania, udostępniony przez jednego z delegatów. „Nic straconego” – powtórzyłem w myślach, dziękując jednocześnie losowi za to, że nie podkusił mnie do zmarnowania urlopowego czasu i pakietu danych na oglądanie tego żenującego widowiska.

Jakieś ćwierć wieku temu wśród studentów filozofii krążył popularny wówczas żart o metafizycznej definicji dziury: jest to „nic otoczone czymś”. Polski Związek Kolarski zdaje się tę definicję wyczerpywać w 100%, a jak się dobrze zastanowić, to nawet ją rozszerza, bo intelektualna pustka, bijąca ze śródtorza pruszkowskiej Areny od grudnia 2017 roku zdaje się pochłaniać kolejne obszary, z zainteresowaniem mediów i kibiców problemami związku włącznie.

„Coś” otaczające związkowe „nic” w gruncie rzeczy jest dość imponujące: mamy znakomitych zawodników, osiągających międzynarodowe sukcesy niejako na przekór trudnej sytuacji organizacyjnej, w jakiej znajduje się dyscyplina; mamy systematycznie rosnącą widownię kolarskich imprez i coraz większe grono aktywnie uprawiających kolarstwo amatorów; mamy mocno zaangażowanych i pełnych pomysłów organizatorów kolarskich wydarzeń; mamy – last but not least – z prawdziwego zdarzenia kolarski tor, który przy profesjonalnym i sprawnym zarządzaniu potrafi na siebie zarobić, o czym najlepiej świadczą ostatnie mistrzostwa świata, zamknięte (wg informacji organizatorów) sześciocyfrową kwotą na plusie. „Coś” otaczające związkowe „nic” zdaje się mieć widoki na przyszłość. „Nic” nie ma. „Nic” ma tylko 13-milionowy dług.

W kasie „nic” znajduje się nic, a samo „nic” z nostalgią wspomina sponsorów, którzy zdecydowanie wolą sponsorować „coś”, dzięki czemu kolejni zawodnicy mogą nieco odważniej patrzeć w przyszłość. „Nic” zostaje z niczym. W sumie właściwa kolej rzeczy, bo w „nic” na przyszłość nie ma żadnych pomysłów.  

Tak się złożyło (tak się musiało złożyć), że dość znamiennie brzmią dzisiaj słowa Dariusza Banaszka, który w trakcie swojego wystąpienia rzucił kolejnym bon-motem: „nie ma przyszłości bez przeszłości”. Może i jest w tym odrobina racji, ale jak się dobrze wsłuchać w poszczególne wystąpienia, to w zdecydowanej większości są to opowieści budowane w czasie przeszłym. „Było”, „mieliśmy”, „zdobyliśmy”, „wyglądaliśmy”, „zrobiliśmy”, „planowaliśmy” – można wyliczać bez końca, bo przeszłość jest jedynym stanem, w którym związkowi działacze czują się jak ryba w wodzie. Teraźniejszość sprowadza się do „znowu się kłócimy” – i to chyba jedyny akt strzelisty, noszący znamiona trzeźwej oceny sytuacji, choć – co nie powinno nikogo dziwić – kłócono się również o przeszłość. 

Tylko z przyszłością jest znacznie gorzej, bo ogranicza się wyłącznie do tego, że „związek musi trwać” i z tą pieśnią na ustach odłożono jakiekolwiek decyzje na później.

Tak się złożyło (tak się musiało złożyć), że „nic” zmarnowało ostatnie półtora roku. Co zatem wydarzy się za miesiąc? 

Prawdopodobnie nic. 

„Nic straconego”.