Niewiele dni w kolarskim kalendarzu wzbudza emocje choćby zbliżone do etapu otwierającego Wielką Pętlę, a gdy ma się on zakończyć pojedynkiem sprinterów z dużej grupy, we wszystkich prognozach pojawia się to samo słowo: chaos. Historia pokazuje, że rzadko jest w tym przesada, a sobotni odcinek 112. edycji Tour de France ze startem i metą w Lille ma potencjał, by wstrząsnąć peletonem na kilka różnych sposobów.
Otwierający etap 112. edycji Tour de France liczy 184,9 kilometra i rozgrywa się w całości na terenie departamentów Nord i Pas-de-Calais – geograficznie najniżej położonych regionów Francji, które wbrew nazwie Hauts-de-France oferują raczej płaskie, odsłonięte tereny niż spektakularne wzniesienia. Lille, ze swoimi brukowanymi bulwarami i sąsiedztwem Roubaix, to miejsce niemal symboliczne – start Wielkiej Pętli właśnie tutaj to nie tylko praktyczna decyzja organizacyjna, ale i ukłon w stronę długiej historii północnofrancuskiego kolarstwa szosowego. Wbrew temu jednak, czego mogliby oczekiwać fani klasyków, trasa pierwszego etapu została ułożona z dużą ostrożnością: bez „piekielnych” bruków czy innych elementów stałych infrastruktury bądź rzeźby, które mogłyby wywołać natychmiastowy protest liderów na klasyfikację generalną. O czynnikach bardziej ulotnych nieco później.
Po starcie ostrym peleton wyjedzie z miasta i skieruje się na zachód, przez znane z Czterech Dni Dunkierki tereny Béthune i Lillers. Po około 40 kilometrach zawodnicy dotrą do pierwszej górskiej premii – Côte de Notre-Dame-de-Lorette (1 km, śr. 7,6%), prowadzącej wąską drogą wzdłuż wojennego cmentarza. Następnie trasa skręca na północ, ku Mont Cassel (1,9 km, śr. 3,5%), niemal nonszalancko zahaczając o znane z majowej etapówki sekcje bruków. Po pokonaniu krętego i lekko pagórkowatego odcinka w rejonie Mont des Cats i Mont Noir (1,3 km, śr. 6,4%) kolarze ponownie skierują się na wschód, ku długiemu i potencjalnie jeżącemu włoski na karku powrotowi do Lille.
Swoje piętno na tegorocznej Wielkiej Pętli odcisnąć mogą właśnie otwarte, szerokie drogi między Cassel, Bailleul i Armentières. To tam, około 60–20 kilometrów przed metą, boczny wiatr z południowego zachodu będzie miał najwięcej okazji, by rozedrzeć peleton na strzępy, dlatego spodziewać się należy brutalnej walki o pozycje pomiędzy ekipami liderów a sprinterskimi składami na czele stawki.
Jeśli do tego nie dojdzie, o rezultacie etapu i losach pierwszej żółtej koszulki zadecyduje sprint z całego peletonu. Finałowe 5 kilometrów sobotniego odcinka rozpoczyna się dość technicznie, ale sama końcówka rozegrana zostanie na szerokim, lekko opadającym bulwarze (ostatnie 1,4 km).
Oto, co na temat 1. etapu Tour de France 2025 napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:
Etap 1, 5 lipca: Lille > Lille (184,9 km)
Przygraniczne Lille wiosną pozostaje w cieniu zlanego z nim w jeden obszar metropolitalny Roubaix, ale Tour de France rządzi się własnymi prawami. To właśnie tam rozpocznie się 112. edycja największego z wielkich tourów, a przebieg liczącej 184,9 kilometra i około 1000 metrów przewyższenia trasy 1. etapu sugeruje, że po raz pierwszy od 2020 roku w maillot jaune zobaczymy sprintera.
Wspinaczki czwartej kategorii – Côté de Notre-Dame-de-Lorette (1 km; 7,6%), Mont Cassel (1,9 km; 3,5%) i Mont Noir (1,3 km; 6,4%) – zainteresują wyłącznie kolarzy polujących na koszulkę w czerwone grochy. Liderzy ekip znacznie bardziej obawiać się będą przeprawy przez otwarte tereny departamentów Pas-de-Calais i Nord oraz typowego dla pierwszych starć sprinterów koktajlu adrenaliny, testosteronu i chaosu



Pogoda
Po falach upałów, które nawiedziły Francję w czerwcu, pierwsza sobota lipca przyniesie wyraźne ochłodzenie: w okolicach Lille temperatura nie przekroczy 21°C. To jednak nie termometr będziemy dziś z uwagą śledzić, lecz wskazania dotyczące wiatru: prognozowane 25 km/h z południowego zachodu to wartość wystarczająca, by w sprzyjających okolicznościach wywołać w grupie poczucie zagrożenia. Takie okoliczności tworzy ukształtowanie terenu w rejonie Cassel i Armentières, gdzie nie brakuje otwartych, odsłoniętych przestrzeni. W połączeniu z nerwowością charakterystyczną dla pierwszego etapu Touru, mogą one doprowadzić do walki na rantach.
Faworyci
Jeśli wiatr nie zdecyduje się zostać jednym z głównych bohaterów dzisiejszej rozgrywki, o losach 1. etapu 112. edycji Tour de France – a tym samym także pierwszej żółtej koszulki – zadecyduje sprint z dużej grupy. Wbrew nastrojom społecznym, jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz, ale też muszę na wstępie zaznaczyć, że w przypadku sobotniego odcinka z metą w Lille każdy skrypt prowadzi do finału z tą samą trójką faworytów: Jonathana Milana (Lidl-Trek), Jaspera Philipsena (Alpecin-Deceuninck) i Tima Merliera (Soudal–Quick Step).
Wiele mówi się i pisze o „wielkiej czwórce”, okresowo rozciąganej do szóstki, przez co łatwo stracić z oczu fakt, że tak wyrównana sytuacja na szczycie sprinterskiej hierarchii nie zdarza się często. Każdy z tej trójki, w swój dzień, wydaje się – zdecydowanie i bezsprzecznie – najszybszy na świecie. Ale potem przychodzą inne dni i dowodzą czegoś odwrotnego.
Philipsen najmocniej z wymienionej trójki polega na „momentum” i pozytywnych emocjach generowanych przez poprzednie zwycięstwa, ale po dość jałowym sezonie tegoroczną Wielką Pętlę otworzy z niemal czystą kartą. Ma natomiast inny atut w osobie Mathieu van der Poela, który w przeszłości nie tylko wnosił mu etapy schodami na ostatnie piętro, ale jeszcze rozpakowywał i sprawdzał, czy nie noszą znamion uszkodzeń. Merlier jest w tym zestawie najstabilniejszym i najbardziej doświadczonym ogniwem, a przy tym najmniej uzależnionym od jakości lead outu, co w praktyce oznacza, że łatwiej mu nawigować w potencjalnym chaosie. Najmłodszy z nich, Milan, dysponuje zdecydowanie najlepszym pociągiem rozprowadzającym i drużyną, która w tegorocznym Giro d’Italia otarła się o nieśmiertelność. Podejrzewam, że morale kolarzy Lidl-Trek musi podróżować na start etapów osobnym autokarem. 24-letni Włoch nie ukrywał, że założenie żółtej koszulki jest jednym z głównych celów sezonu i z pewnością będzie chciał udowodnić, że wyrasta ponad wyżej wymienioną dwójkę.
Wśród tych, którzy w sprzyjających okolicznościach mogą zakręcić się wokół czołowej trójki, są Jordi Meeus (Red Bull–BORA-hansgrohe), Biniam Girmay (Intermarché-Wanty) oraz Dylan Groenewegen (Jayco AlUla). W skuteczność sprintera ekipy Red Bull-Bora nie wątpię, bo przekuwanie niepostrzeżenie wyłaniających się okazji w zwycięstwa to jego główna specjalność. Erytrejczyk z kolei będzie próbował nawiązać do rewelacyjnego występu w ubiegłorocznej Wielkiej Pętli – nawet jeśli trajektoria tego sezonu nie obiecuje zbyt wiele.
Nie lekceważyłabym też Sørena Wærenskjolda (Uno-X), który potrafi bardzo skutecznie walczyć o pozycję i ma trochę do udowodnienia w obliczu dramy z odsunięciem od składu na Tour de France Alexandra Kristoffa. Na etapach wielkich tourów potrafi też błysnąć Pavel Bittner (Picnic PostNL), a młodzi Czesi zdają się być na fali, której nie zakłóca brak dostępu do jakiegokolwiek morza.
Odrębny akapit dostaną dziś dzielni francuscy sprinterzy: Arnaud Démare (Arkea-B&B Hotels), Bryan Coquard (Cofidis) i Paul Penhoët (Groupama-FDJ) – kolejność przypadkowa – ale to jedyny raz. Na kolejne wzmianki będą musieli zasłużyć satysfakcjonującymi występami, czyli w ich przypadku: środkową strefą najlepszych dziesiątek etapów.
Pozostaje jeszcze ten drugi scenariusz, w którym wiatr wychodzi z roli statysty. Faworyci do zwycięstwa pozostają dokładnie ci sami, choć warto zaznaczyć, że Tim Merlier jako jedyny z tej trójki może zostać w kryzysowym momencie oddelegowany do wsparcia lidera swojego zespołu. Z kolei duet Philipsen–Van der Poel będzie miał wówczas największą swobodę działania w warstwie taktycznej.
Harmonogram
Start etapu: 13:10
Prognozowany finisz: ok. 17:40
Transmisja TV: od KM 0
Wszystko o 112. edycji Tour de France:
- Zapowiedź wyścigu
- Faworyci klasyfikacji generalnej
- Oficjalna lista startowa
- Faworyci klasyfikacji punktowej
- Faworyci klasyfikacji górskiej
- Plan transmisji telewizyjnych
- Pula nagród finansowych
- Wszystkie artykuły









Dajesz Pogi, poniewierasz już dziś resztę hołoty.
Prawda jest taka jaka jest i nie trzeba się wysilać na jej wymyślanie, bo po co?
No raczej nie inaczej.