To już końcowe odliczanie, nim żółty helikopter wzbije się w powietrze, a jego śmigła oznajmią początek największego spektaklu w kolarskim świecie. 112. edycja Tour de France zacznie się od iluzji – pagórkowatej podróży przez północne regiony Francji, która każdemu z uczestników gotowa jest obiecać główną rolę. W rzeczywistości to jednak tylko preludium. Pireneje rozmontują wyścig za pomocą kilku precyzyjnych ciosów, nieziemski Mont Ventoux wyłoni się z nicości i szybko w niej zniknie, a królewski etap na Col de la Loze dopełni dzieła w Alpach. Po drodze będzie czasówka na Peyragudes, nowy finał w Paryżu i etapy, które coraz rzadziej są tylko „transferowe”. Trasa tej edycji Wielkiej Pętli to dramat w wyraźnie zarysowanych trzech aktach, ale też całe mnóstwo opowieści w opowieści.
Czy istnieje klucz do tegorocznej odsłony francuskiego wielkiego touru? Oczywiście: trzeba być najmocniejszym. Na kilka dni przed rozpoczęciem imprezy w ten sposób ma prawo myśleć o sobie tylko dwóch zawodników, a cała reszta zmuszona będzie z góry zaakceptować przypisane im role – lub trwać w nieznośnym napięciu i spróbować wyrwać się z cienia, gdy tylko pojawi się na to najmniejsza szansa. Czerpać moc z tej niepowtarzalnej elektryczności, którą generuje każdy kolejny etap Wielkiej Pętli. Szukać sensu w rozpisanej na trzy akty układance, która od samego początku gwarantuje sinusoidę nastrojów – od frywolnie obiecującego wszystko i każdemu otwarcia, przez moment brutalnego zawężenia kadru do głównych postaci całego spektaklu, aż po finał, w którym sceneria niemal zagłusza rytm i sens, a napięcie zamiast opadać, wybucha raz jeszcze. I jeszcze.
I akt – złudzenie uniwersalności
Pierwsze dni tegorocznego Touru przypominają otwarty sklep ze słodyczami – każdy może wejść, każdy może wybrać coś na miarę swoich upodobań, apetytu i potrzeb. Naprawdę trudno jest się zorientować, że wszystkie te specjały znajdują się za szybą i nic nie jest za darmo, ponieważ celem części trasy wiodącej przez północ Francji jest selekcjonowanie, a nie jednoznaczne kategoryzowanie. I właśnie w tym tkwi jej iluzja: każdy typ zawodnika może się na niej poczuć jak bohater własnego scenariusza. Sprinter czeka na Lille i niemal przymierza się do żółtej koszulki. Puncheur widzi metę w Rouen. Harcownik? Może Boulogne-sur-Mer albo Vire Normandie. Nawet liderzy nie muszą się jeszcze oglądać przez ramię, ich główny rywal i tak będzie jechał na czele. To fragment wyścigu, w którym nikt nie wie, że to nie o nim jest ta opowieść. Jeszcze.
II akt – brutalna weryfikacja
W Pirenejach kończy się festiwal złudzeń. To właśnie tam, podczas trzech kolejnych dni prowadzących przez Hautacam, Peyragudes i Luchon-Superbagnères, Tour de France po raz pierwszy spojrzy na siebie w lustrze i uświadomi sobie, że nie każdy może być jego bohaterem. Nie wszyscy przetrwają, nie każdy znajdzie się w kadrze.
To zresztą nie tylko moment najbrutalniejszej selekcji, ale też wielkiego zacieśnienia narracji, w której centrum pozostanie dwóch zawodników – dwóch mistrzów, dwie odmienne filozofie, dwa sposoby prowadzenia walki. Jej wynik może jednak zostać rozstrzygnięty kilkoma precyzyjnymi ciosami, a wrażenie nokautu, które pozostawi po sobie drugi tydzień 112. edycji Wielkiej Pętli, w jakimś stopniu odczują wszyscy.
III akt – pocztówkowy chaos
Po pirenejskim wstrząsie Tour de France nie wraca już do stanu sprzed przebudzenia – opowieść jest zawężona, stawki potencjalnie rozmyte, za to tło coraz piękniejsze. Ostatni tydzień to zlepek obrazów, raczej seria migawek niż jedna, konsekwentna narracja. Pocztówkowa różnorodność etapów – od Prowansji po Beaufortain – może stanowić całą ferię nagród pocieszenia w formie szeregu estetycznych uniesień, zwłaszcza jeśli poziom dramaturgii związany z rozgrywką na samym szczycie klasyfikacji generalnej chwilowo opadnie.
Na środku tej rozsypanej układanki, zawieszony w swojej prywatnej nicości, pojawia się Mont Ventoux – nie tyle element logicznego ciągu, co efemetyczna zjawa. Nie gości Touru regularnie, nie buduje ciągłej tradycji, ale za każdym razem zostawia po sobie wspomnienie tak wyraziste, że wykracza poza kontekst danego roku.
Potem nadejdą Alpy z etapem tak przesadzonym, że niemal włoskim, bez pokonania którego żadna edycja Wielkiej Pętli nie mogłaby zostać uznana za rozstrzygniętą, a ochłodę i osłodę znowu przyniesie odbijające najwyższe szczyty Jezioro Roselend. Na koniec nowy Paryż, w którym ceremonia ustępuje jeszcze jednej walce, a Montmartre na chwilę stanie się punktem kulminacyjnym największego spektaklu w kolarskim świecie.
A jednak istnieje też drugi wyścig
W wyścigu, który od drugiego aktu wyraźnie skupia się na dwóch bohaterach, łatwo zbagatelizować fakt, że wciąż bierze w nim udział ponad 180 innych zawodników. A jednocześnie to właśnie tak ustawiona narracja i cień rzucany przez „wielką czwórkę” na całą generację kolarzy sprawiają, że każda chwila, w której udaje się zepchnąć ich poczynania na dalszy plan, zyskuje zupełnie nowy ładunek emocjonalny.
Ewoluujące kształt i funkcja etapów transferowych tworzą dla tych kolarzy kanwę do pisania osobnych, często bardzo ujmujących mikroopowieści. Dni takie jak te prowadzące do Carcassonne czy Pontarlier – jeszcze niedawno bagatelizowane przez kibiców i dziennikarzy – dziś mają własną dramaturgię i emocjonalne crescendo.
Ta zmiana prowadzi do jeszcze jednej konsekwencji: jednostkowe zwycięstwo etapowe nigdy nie ważyło więcej. Zawodnicy wygrywają nie tylko z rywalami, ale z bezlitosną topografią wyścigu – z czasem, zmęczeniem, pogodą, kontekstem. W trzecim tygodniu Touru, gdy klasyfikacja generalna bywa już niemal rozstrzygnięta, każdy dzień staje się polem walki o ten jeden triumf, które może zdefiniować całą karierę.
Zauważalna jest również dominacja przygotowania nad specjalizacją – wygrywają ci, którzy potrafią utrzymać formę do samego końca i nie tyle zdominować, co przezwyciężyć każdy typ terenu. Przetrwać. I tylko pełnokrwistych sprinterów trochę żal, bo ich rola w tej układance boleśnie się kurczy. To czas puncheurów, rouleurów i harcowników z duszą scenarzysty-reżysera – tych, którzy rozumieją dynamikę współczesnego Touru i wiedzą, że nie zawsze warto pchać się na pierwszy plan.
Tour de France 2025 w liczbach
21 etapów
3 338,8 km łącznego dystansu
ok. 51 550 m przewyższenia
6 etapów górskich z 5 finiszami na podjazdach: Hautacam, Peyragudes (ITT), Superbagnères, Col de la Loze, La Plagne
2 jazdy indywidualne na czas: płaska czasówka w Caen (33 km) i górskie ITT do Peyragudes (10,9 km)
6 etapów sprinterskich
Trasa Tour de France 2025
Etap 1, 5 lipca: Lille > Lille (184,9 km)
Przygraniczne Lille wiosną pozostaje w cieniu zlanego z nim w jeden obszar metropolitalny Roubaix, ale Tour de France rządzi się własnymi prawami. To właśnie tam rozpocznie się 112. edycja największego z wielkich tourów, a przebieg liczącej 184,9 kilometra i około 1000 metrów przewyższenia trasy 1. etapu sugeruje, że po raz pierwszy od 2020 roku w maillot jaune zobaczymy sprintera.
Wspinaczki czwartej kategorii – Côté de Notre-Dame-de-Lorette (1 km; 7,6%), Mont Cassel (1,9 km; 3,5%) i Mont Noir (1,3 km; 6,4%) – zainteresują wyłącznie kolarzy polujących na koszulkę w czerwone grochy. Liderzy ekip znacznie bardziej obawiać się będą przeprawy przez otwarte tereny departamentów Pas-de-Calais i Nord oraz typowego dla pierwszych starć sprinterów koktajlu adrenaliny, testosteronu i chaosu.
Etap 2, 6 lipca: Lauwin-Planque > Boulogne-sur-Mer (209,1 km)
Drugiego dnia peleton Wielkiej Pętli pozostanie w północno-wschodniej części kraju, a najdłuższy odcinek tej edycji lepiej uwypukli charakterystykę pasa wybrzeża ciągnącego się wzdłuż Kanału La Manche. Na dystansie 209,1 kilometra – z Lauwin-Planque do portowego Boulogne-sur-Mer – uczestnicy imprezy pokonają około 2000 metrów przewyższenia, a końcówka z sekwencją stromych podjazdów: Côte de Saint-Étienne-au-Mont (900 m; 11%), Côte d’Outreau (800 m; 8,8%) i metą na wzniesieniu (1,2 km; śr. 3,8%) sugeruje, że tego dnia czeka nas bardziej bezpośrednie nawiązanie do wiosennych klasyków.
Etap 3, 7 lipca: Valenciennes > Dunkierka (178,3 km)
Północny Grand Départ 112. edycji Touru bynajmniej nie jest podróżą w określonym kierunku – dość chaotycznie rzuca peleton po departamentach Pas-de-Calais i Nord – dlatego trzeciego dnia rozgrywania wyścigu kolarze cofną się na start (a nawet jeszcze wcześniej), mając przed sobą 178-kilometrową trasę wzdłuż belgijskiej granicy aż do Dunkierki.
Niecałe 700 metrów przewyższenia wyraźnie wskazuje na drugi pojedynek sprinterów, a głównym zagrożeniem – podobnie jak w przypadku poniedziałkowego etapu – mogą okazać się podmuchy wiatru.
Etap 4, 8 lipca: Amiens > Rouen (174,2 km)
We wtorkowym menu Pikardia i Normandia – a konkretniej: liczący 174,2 kilometra i około 2000 metrów przewyższenia etap z Amiens do urokliwie uwitego nad meandrami Sekwany Rouen. Charakterystyczne dla obu krain niewielkie pagórki ciągną się od startu do mety, ale na finałowych 30 kilometrach, gdzie kolarze pokonają kategoryzowane: Côte Jacques-Anquetil (3,5 km; śr. 3,6%), Côte de Belbeuf (1,3 km; śr. 9,1%), Côte de Bonsecours (0,9 km; śr. 7,2%), Côte de la Grand’Mare (1,8 km; śr. 5,0%) i Rampe Saint-Hilaire (0,8 km; śr. 10,6%) – intensywność wyraźnie wzrasta.
Finał w sam raz dla specjalistów od wyścigów jednodniowych – a ponieważ takim czuje się główny faworyt do zwycięstwa w całym Tourze, pozostali liderzy staną się zakładnikami tej nieco kłopotliwej sytuacji.
Etap 5, 9 lipca: Caen > Caen (ITT, 33,0 km)
Pierwszy z dwóch odcinków jazdy indywidualnej na czas w 112. edycji Tour de France rozpoczyna się i kończy w Caen, ale 33-kilometrowa trasa wiedzie głównie przez wiejskie obszary na północ od miasta. Nie jest ani pofałdowana, ani szczególnie techniczna, dlatego – na tak wczesnym etapie rozgrywania wyścigu – wyraźnie faworyzować będzie tych zawodników, którzy włożyli więcej wysiłku w przygotowania do występów w tej dyscyplinie.
Ze względu na bliskość oceanu, kolejny raz rolę może odegrać wiatr, dlatego warto trzymać kciuki za zbliżone warunki dla bezpośrednio rywalizujących ze sobą kolarzy.
Etap 6, 10 lipca: Bayeux > Vire Normandie (201,5 km)
3500 metrów przewyższenia na nieco ponad 200 kilometrach to – w języku francuskiego wielkiego touru – etap zaledwie pagórkowaty. Na rodzimym podwórku zaś: skandal i granda, co wyjaśnia, skąd biorą się problemy z przeskoczeniem dzielącej nas od „zachodu” (rozumianego też jako północ, północny wschód i południe) przepaści. Nie czas i miejsce, wiem…
Wracając do meritum – peleton Wielkiej Pętli pozostanie w czwartek w Normandii, tym razem przemieszczając się z położonego blisko wybrzeża Bayeux na południe, aż do jednego z głównych obszarów przyrody chronionej regionu, by na finałowych 75 kilometrach zawrócić w kierunku Vire Normandie. Manewr ten pozwolił zawrzeć na tym odcinku cztery górskie premie (dwie pokonane zostaną we wcześniejszej fazie rywalizacji). Kolejno będą to: Côte de Mortain (1,6 km; śr. 9,5%), Côte de Juvigny-le-Tertre (2,2 km; śr. 7,3%), Côte de Saint-Michel-de-Montjoie (3,7 km; śr. 4,5%) i – pokonywany w samej końcówce – Côte de Vaudry (1,2 km; śr. 7,2%).
Meta zlokalizowana jest na stromej ściance (0,7 km; śr. 10,2%).
Etap 7, 11 lipca: Saint-Malo > Mûr-de-Bretagne (197,0 km)
Piątkowe wyzwanie w samych liczbach przedstawia się odrobinę mniej imponująco: 2300 metrów przewyższenia na dystansie 197 kilometrów. Wynika to jednak z faktu, że rywalizacja pierwszego dnia w Bretanii skupia się wokół wspinaczki na finałowy Mûr-de-Bretagne (2,0 km; śr. 6,9%), z którym uczestnicy 112. edycji Tour de France zmierzą się w końcówce dwukrotnie.
Etap 8, 12 lipca: Saint-Méen-le-Grand > Laval (171,4 km)
Po dość długiej przerwie, w sobotę do odgrywania pierwszoplanowych ról powinni powrócić sprinterzy. 171-kilometrowa trasa z Saint-Méen-le-Grand do Laval prowadzi przez rolnicze obszary Bretanii i Mayenne, a metę poprzedza 1000-metrowy false flat.
Etap 9, 13 lipca: Chinon > Châteauroux (174,1 km)
Bliźniaczo podobny odcinek – z tym że prowadzący przez tereny z większym udziałem lasów i małych zbiorników wodnych – przypada na drugą niedzielę rozgrywania tegorocznej Wielkiej Pętli. W końcu Tour to Tour, nie musi kłaniać się widzom w pas.
Pomiędzy Chinon a Châteauroux peleton pokona 174,1 kilometra i około 1300 metrów przewyższenia.
Etap 10, 14 lipca: Ennezat > Le Mont-Dore Puy de Sancy (163,3 km)
Tegoroczny Dzień Bastylii przypada na poniedziałek, a to oznacza, że uczestnikom wyścigu wyjątkowo długo przyjdzie czekać na pierwszy dzień wolny od pracy. Liczący 163,3 kilometra i około 4500 metrów przewyższenia 10. etap to esencja departamentu Puy-de-Dôme – sceneria wygasłych wulkanów, okraszona przejazdem przez przemysłowy Clermont-Ferrand.
Kategoryzowane podjazdy rozłożone są równomiernie na całej trasie, a fakt, że z pierwszym z nich kolarze zmierzą się po zaledwie 6 kilometrach rywalizacji, wskazuje na mocny odjazd dnia. Podobnie jak charakterystyka tamtejszych wzniesień. I podobnie jak Dzień Bastylii.
Rywalizację zakończy wspinaczka do Le Mont-Dore (3,3 km; śr. 8,0%), którą – przy odrobinie dobrej woli – nazwać można stacją narciarską.
Etap 11, 16 lipca: Tuluza > Tuluza (156,8 km)
Po dniu przerwy peleton Wielkiej Pętli znajdzie się bliżej Pirenejów – ale to jeszcze nie ten moment. Liczący 156,8 kilometra i około 1500 metrów przewyższenia 11. odcinek prowadzi przez porośnięte winoroślą okolice Tuluzy, gdzie co prawda nie brakuje zachęcających do ataku pagórków, ale sprint z dużej grupy pozostaje najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.
Etap 12, 17 lipca: Auch > Hautacam (180,6 km)
Na czwartek przypada pierwszy pełnokrwisty finisz na podjeździe 112. edycji Tour de France, ale ponieważ będzie to typowy pirenejski icebreaker, pierwsza górska premia liczącego ponad 180 kilometrów i 3700 metrów przewyższenia odcinka znajduje się dopiero w okolicach półmetka. Trasa wgryza się w wyższe partie gór na finałowych 58 kilometrach, a miejsce wybrane zostało dość nieortodoksyjnie, ponieważ ostatnimi czasy Col de Soulor (11,8 km, śr. 7,3%) częściej pełnił rolę przelotowej przełęczy w drodze na Aubisque niż podjazdu pokonywanego od strony położonych u podnóża miejscowości. Ze szczytu peleton uda się na zachód, przez Col des Borderes (3,1 km, śr. 7,7%), na odgrywający rolę decydującego wzniesienia Hautacam (13,5 km, śr. 7,8%).
Etap 13, 18 lipca: Loudenvielle > Peyragudes (ITT, 10,9 km)
Kolejnego dnia rozegrana zostanie górska jazda indywidualna na czas, słusznie nazywana jednym z decydujących etapów 112. edycji Tour de France. Patrząc na profil, łatwo ulec złudzeniu, że piątkowa rywalizacja sprowadza się wyłącznie do wspinaczki na Peyragudes (8 km; śr. 7,9%) via Peyresourde, jednak 4-kilometrowy odcinek prowadzący z Loudenvielle do pierwszego (z dwóch) punktu pomiaru czasu wyraźnie różni się charakterem od pozostałej części trasy, liczącej łącznie 10,9 kilometra i 650 metrów przewyższenia. Dyskusje na temat kombinacji sprzętowych wydają się więc nieuniknione, choć tego rodzaju machlojki rzadko mają jakiekolwiek przełożenie na rzeczywisty układ sił.
Finał na pirenejskim altiporcie zapewnia jedną z lepszych scenerii dla fotografów, ale jest też miejscem, gdzie w przeszłości nawet najwierniejsi pomocnicy porzucali niedomagających liderów. To będzie długi i bolesny do oglądania finisz – tym bardziej, że odwiniemy tę taśmę jakieś 160 razy.
Etap 14, 19 lipca: Pau > Luchon-Superbagnères (182,6 km)
Pau to taki kolarski kontrapunkt dla Las Vegas i jemu podobnych przybytków – co dzieje się w tym mieście, nigdy tam nie zostaje – choć akurat rozpoczynający się w nim 14. etap tegorocznej Wielkiej Pętli dodatkowej pikanterii bynajmniej nie potrzebuje. Na papierze to drugi najcięższy odcinek tej edycji wyścigu, w ramach którego kolarze pokonają 182,6 kilometra, 5000 metrów przewyższenia i cztery górskie premie – w tym dwie najwyższej kategorii.
Rywalizację otworzy długa wspinaczka rzadziej wykorzystywaną stroną Tourmalet (19,0 km; śr. 7,4%), a w konsekwencji również Col d’Aspin (5,0 km; śr. 7,6%), po których uczestników imprezy czeka szybka druga randka z Col de Peyresourde (7,1 km; śr. 7,8%). Gwoździem programu będzie jednak finisz na nieregularnym – nawet jak na wyśrubowane pirenejskie standardy – Superbagnères (12,4 km; śr. 7,5%), który po raz ostatni gościł Tour de France jeszcze w Europie podzielonej Murem Berlińskim.
Etap 15, 20 lipca: Muret > Carcassonne (169,3 km)
Skoro już jesteśmy przy stereotypach zbudowanych wokół miast pojawiających się na mapie Wielkiej Pętli – etapy prowadzące do baśniowego Carcassonne najczęściej są długie, gorące i sprzyjają harcownikom. Ten tegoroczny pewne niedostatki w dystansie (169,3 km) nadrabia przewyższeniem (około 2300 m), co wydaje się właściwym kierunkiem, a załamanie pogody równinom na zachód od Tuluzy aktualnie nie grozi.
Odrębnym tematem mogą stać się podmuchy tramontane, szczególnie na odcinku pomiędzy ostatnim podjazdem a metą – ale sytuacja baryczna nad Starym Kontynentem musi się jeszcze trochę unormować, aby tego typu wiatr miał szansę się porządnie rozhulać..
Etap 16, 22 lipca: Montpellier > Mont Ventoux (171,5 km)
Montpellier, Prowansja i jej Olbrzym to prosty, ale niezawodny przepis na otwarcie bardzo wymagającego, ostatniego tygodnia 112. edycji francuskiego wielkiego touru. Prawdziwy klasyk – a więc wielogodzinna procesja polami słoneczników do Bédoin, a następnie 16-kilometrowa wspinaczka przez kontrastujące ze sobą krajobrazy na nieziemski szczyt Mont Ventoux (15,7 km; śr. 8,8%). Podjazd tak mityczny, że pisząc o nim trudno nie przesadzić – tym bardziej, że tam regularnie dzieją się rzeczy bez mała dziwne. A łącząc uwarunkowania historyczne z realnym wpływem na wynik rywalizacji (danego dnia lub szerzej), to zdecydowanie największa z ikon tegorocznej Wielkiej Pętli.
Niech ponownie wykreuje wielki spektakl, a później spokojnie zaśnie..
Etap 17, 23 lipca: Bollène > Valence (160,4 km)
Na tym etapie rozgrywania Tour de France o sprinterach możemy pamiętać lub nie – w zależności od tego, jak poszło im na trasie do Carcassonne – ale odcinek do Valence to z ich perspektywy pierwsza od dawna, i zarazem potencjalnie ostatnia, realna szansa na sukces. Skromne 160,4 kilometra, 1500 metrów przewyższenia i trasa wiodąca w górę Rodanu – zatem nawet wiatr powinien sprzyjać scenariuszowi zakładającemu finisz z dużej grupy.
Etap 18, 24 lipca: Vif > Col de la Loze (171,5 km)
Start w Vif, choć wielu uczestników wyścigu przed rozpoczęciem 18. etapu będzie mieć na końcu języka alternatywną sekwencję trzech liter – co ma ścisły związek z nietuzinkowym przebiegiem jego trasy. Na pierwszy ogień (prawdopodobnie całkiem dosłownie) pójdzie Col du Glandon (21,7 km; śr. 5,1%) – czyli mimo wszystko wzbudzająca mniejsze emocje połówka przełęczy-bliźniaków (drugą jest Col de la Croix de Fer). Następnie klasycznie „zjazdowa” strona Col de la Madeleine (19,2 km; śr. 7,9%), a na koniec najwyższy punkt tegorocznej Wielkiej Pętli – Col de la Loze (26,2 km; śr. 6,5%) – również w nieco lżejszym, dotąd nieogranym wariancie.
Tyle że wszystkie te rozważania o łatwiejszych i trudniejszych stronach tracą znaczenie, kiedy przed kolarzami stoi wyzwanie w postaci 5500 metrów przewyższenia na dystansie 171,5 kilometra. To królewski etap 112. edycji Tour de France i murowany hit.
I’m gone, I’m dead already.
Etap 19, 25 lipca: Albertville > La Plagne (129,9 km)
Przy ulubieńcach obecnie nam panujących włodarzy Wielkiej Pętli pozostaniemy również w ostatni piątek imprezy. W przypadku pocztówkowo pięknego Cormet de Roselend (5,9 km; śr. 6,3%), w dodatku w wariancie prowadzącym przez Col du Pré (12,6 km; śr. 7,7%), nie można mieć do nich jednak najmniejszych pretensji. Perełka Masywu Beaufortain zostanie zaserwowana w niewielkiej, bo niespełna 130-kilometrowej kanapce: poprzedzona alpejskim (głównie z wyglądu) Col des Saisies (13,7 km; śr. 6,4%) i dopełniona finiszem na tworzącym pewien estetyczny kontrast La Plagne (19,1 km; śr. 7,2%).
Tradycyjnie stawiamy wykrzyknik przy niepozornie wyglądającym zjeździe z Roselend – bo potrafił w przeszłości wykoleić największe kariery.
Etap 20, 26 lipca: Nantua > Pontarlier (184,2 km)
Finał pocieszenia w Wogezach to kolejna z nowych tradycji Touru, której trudno nie przyklasnąć. Należy się spodziewać, że w ostatnią sobotę tegorocznego wyścigu, na dystansie 184,2 kilometra i 3000 metrach przewyższenia, zmierzą się najbardziej wytrwali z harcowników, a ich rywalizacji towarzyszyć będzie sceneria niewysokich wzniesień, cienistych lasów i kameralnych, wąskich dróg.
Etap 21, 27 lipca: Mantes-la-Ville > Paryż (132,3 km)
Zrobiliby paradę, to miałabym już fajrant. Ale nie. Zachciało się podostrzać.
A pisząc bardziej serio – podział ostatniego etapu na część celebracyjną i sportową rzecz jasna pozostanie, ponieważ kolarstwo szosowe jest niezwykle przywiązane do swoich rytuałów. Im głupsze, tym zazwyczaj lepiej. Wzbogacenie paryskiego finału Wielkiej Pętli o drugą, prowadzącą przez Montmartre rundę (pokonaną zostanie trzykrotnie, podobnie jak ta klasyczna) zmienia kategorię przeprowadzanych na ostatnim etapie ataków z desperacko-komediowych na całkiem realistyczne. A to znowu otwiera szansę triumfu na Polach Elizejskich szerokiemu gronu kolarzy, którzy dotąd nie śmieli nawet o tym śnić. Warto skorzystać, bo nie wiadomo, czy ta nowinka zostanie z nami na dłużej.

Już w kolejnych dniach zapraszamy na kolejne zapowiedzi Tour de France 2024: między innymi faworytów klasyfikacji generalnej wyścigu i omówienie klasyfikacji pobocznych.

Etap 2, 6 lipca: Lauwin-Planque > Boulogne-sur-Mer (209,1 km)
Etap 3, 7 lipca: Valenciennes > Dunkierka (178,3 km)
Etap 4, 8 lipca: Amiens > Rouen (174,2 km)
Etap 5, 9 lipca: Caen > Caen (ITT, 33,0 km)
Etap 6, 10 lipca: Bayeux > Vire Normandie (201,5 km)
Etap 7, 11 lipca: Saint-Malo > Mûr-de-Bretagne (197,0 km)
Etap 8, 12 lipca: Saint-Méen-le-Grand > Laval (171,4 km)
Etap 9, 13 lipca: Chinon > Châteauroux (174,1 km)



















Nie wiem kto opisywał etapy, ale toż to uczta!
Konkretna praca została wykonana przy przygotowaniu tego tekstu. Wielkie, wielkie brawa. Duża wiedza + literacki styl, co rzadko kiedy idzie w parze. Świetnie się to czytało. Pozdrawiam i proszę o więcej
Pod tytułem podpisała się Aleksandra Górska 😉 ma Dziewczyna fantazję 😉
Pierwszy tydzień trochę wieje nudą (na papierze)…
Dzięki za ten tekst, Olu. Jak zawsze literacko i na poziomie.
Pani Aleksandro, prawie tak jak opisy TdF w wykonaniu panów Ludwika Lewina oraz Marka Brzezińskiego.
To można prosić o dokonanie rozkładu logicznego pierwszego zdania? Wytrysk świadomości pozbawiony kropek
Popis grafomaństwa.Dramat.
Obrazy malowane słowem 🙂
Dziękuję Olu za inspirujący tekst, w którym nawet teoretycznie nudne etapy wydają się ucztą i świętem dla fanów kolarstwa.
Pani Olu, bardzo dziękuje za opis trasy. Będę do niego wracał przez czas trwania TdF. I miałbym prośbę o rozwinięcie myśli rozpoczętej przy opisie etapu 6. Chciałbym się dowiedzieć nieco więcej jako amator kochający podjazdy 🙂 pozdrawiam
Po prostu świetne. Pani Olu, czytanie tego tekstu to sama przyjemność 🙂
Piękny tekst. Nawet przez chwilę pomyślałem, że włączę tv na pierwsze etapy, ale od razu przypomniałem sobie, że w tv będzie pierdolenie Jarońskiego i Baranowskiego, którzy będą ciągle na poważnie wmawiali wizom, co pomyślał, albo powiedział dany zawodnik, oczywiście nie mając o tym pojęcia. Albo będą opowiadać jak to zawodnicy sobie głęboko patrzą w oczy przez okulary ciemne jak noc.
Jejku, ciekawi mnie czy gdyby autorem tego tekstu był jakiś mężczyzna to w komentarzach też by panowała taka ekscytacja jak tutaj (i przy większości tekstów Pani Aleksandry, której nic nie zarzucam choć taki nieco wymuszony-kwiecisty styl to raczej nie moja bajka).
@Marcin
To kto Twoim zdaniem najlepiej komentuje wyścigi kolarskie w Polsce? Pytam z ciekawości bo moim zdaniem właśnie ta dwójka, po której tak pojechałeś ;).
Jeszcze nie udało mi się przebrnąć przez pierwszy akapit Górskiej.
Nad Niemnem czytało się lepiej.
Wara od Baranowskiego. Ten opis jest nieczytelny, te metafory to rokoko-baroko. Zlitujcie się i przedstawcie trasę w poważnej formie
Kultowe to były opisy/prace pana o nicku mark2802 zamieszczane na forum kolarskim na Onecie. Lata 2000-2012. Piękny okres na forum. A tekst, który tak zachwalacie, zapewne fajny, ale nie dałem rady przeczytać. Odpuściłem po kilku zdaniach.
Ekipa komentatorów Eurosportu to absolutna Liga Mistrzów wśród wszystkich sportów, także wyłącz sobie komentarz albo włącz inny język jak Ci się coś nie podoba, ale przede wszystkim zamilcz.
Nie wiem kto układał trasę, ale pierwsze dwa tygodnie wyścigu zostanie ustawione przez jazdę indywidualną na czas, a zwycięzcę poznamy na 19. etapie…
Jaroński powoli niech idzie na emeryturę bo przynudza. Baranowski jest the best i do niego trzeba kogoś nowego i błyskotliwego wyszukać
Marcin
Kultowe to były opisy/prace pana o nicku mark2802 zamieszczane na forum kolarskim na Onecie.
Ty Marcin naprawdę wchodzisz na onet ?
Wschód kraju na zachodzie? Bretania.
Marcin
Krytyka Jarońskiego a zwłaszcza Baranowskiego wskazuje na wyuzdany gust jej autora … Trza wziąć fachowców od komentowania piłki kopanej to będzie bardziej rzeczowo.
opis mega