fot. Szymon Gruchalski/Tour de Pologne

Tak jak 8 lat temu, tak i dziś Tim Wellens wygrał etap Tour de Pologne, choć nie był w ścisłym gronie faworytów do zwycięstwa.

Poskromienie faworyta

Rok temu Jonas Vingegaard pokonał Tadeja Pogačara o ponad półtorej minuty na 22-kilometrowej górskiej czasówce. Wprawdzie czasówka w Karpaczu była nieco krótsza, to i tak nie było żadnych wątpliwości, że to właśnie Duńczyk będzie głównym faworytem. Tym bardziej, że czasówka do Karpacza również prowadziła po wyjątkowo wymagającym terenie. Łatwiejsza od tamtejszego etapu Wielkiej Pętli była tylko z uwagi na swoją długość. Jeśli chodzi o średnie przewyższenie na kilometr, parametry obu etapów wyglądały podobnie – wynosiły blisko 30 m przewyższenia na kilometr trasy (kto nie wierzy, może policzyć, korzystając z ogólnodostępnych danych i kalkulatora).

Vingegaard był zatem faworytem i poradził sobie z tą rolą. Po raz drugi w karierze założył koszulkę lidera Tour de Pologne (więcej tutaj), jednak etapu nie wygrał. Na międzyczas przyjechał w czasie gorszym od Wellensa o 7 sekund. Biorąc pod uwagę fakt, że prawdziwe trudności miały się wtedy dopiero rozpocząć, nie była to duża strata. A jednak – Belg nie tylko nie wypuścił z rąk swojej przewagi, ale jeszcze ją powiększył.

– Wiedziałem, że jazda indywidualna na czas będzie bardzo ważna dla klasyfikacji generalnej, ale dla mnie niekoniecznie, bo straciłem wcześniej dużo czasu. Nie spodziewałem się, że dziś wygram – mamy tu wielu świetnych zawodników. A jednak – stało się inaczej, wygrałem! Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. 

– mówił po wszystkim.

Nie wszystko jak w 2016 roku.

Dla Tima Wellensa nie jest to pierwsze zwycięstwo w Tour de Pologne. On również, podobnie jak Vingegaard, miał już w Polsce wcześniej swój wielki dzień – wprawdzie nie w Kościelisku, jak Duńczyk, ale w graniczącym z tą miejscowością Zakopanem. Triumf w najbardziej szalonym etapie współczesnej historii wyścigu zapewnił mu jednocześnie sukces w klasyfikacji generalnej. Tu raczej tego sukcesu już nie powtórzy – przynajmniej sam zdaje się w taki scenariusz nie wierzyć.

– Myślę, że powinienem zapomnieć o klasyfikacji generalnej. Straciłem w poniedziałek trochę za dużo czasu i teraz mogę liczyć tylko na zwycięstwa etapowe. Zamierzam walczyć o nie w dalszym ciągu, tym bardziej, że dziś poczułem, że mam naprawdę dobre nogi. Myślę, że dzięki swojej niskiej pozycji w klasyfikacji generalnej dostanę trochę swobody od rywali, którzy nie muszą się mnie szczególnie obawiać

– zapowiada. 

Jego deklaracja oznacza, że mamy kolejnego po Thibau Nysie kolarza, który nie walcząc w „generalce”, planuje seryjnie sięgać po etapowe skalpy na najtrudniejszych odcinkach wyścigu. Oznacza to, że podobnie jak w 2022 roku kolarz, który wygra klasyfikację generalną wyścigu może zakończyć go bez choćby jednego etapowego skalpu. 

Jednocześnie należy pamiętać, że straty Wellensa, pomimo tego, co mówił w mixed zonie wcale nie są aż tak gigantyczne, jak może się wydawać. Jest na 16. pozycji – trzy lokaty przed zespołowym kolegą – Rafałem Majką, a do czołowej “10” traci zaledwie 22 sekundy, więc nawet walcząc o zwycięstwa etapowe może nawet nieco przy okazji do niej wskoczyć.

Mistrz Belgii

A skoro już wspomnieliśmy o edycji z 2016 roku – warto dopowiedzieć, że Wellens obronił wówczas prowadzenie w klasyfikacji generalnej dzięki niezłej postawie na kończącej wyścig czasówce w Krakowie. Zajął tam 13. miejsce, a później jeszcze wielokrotnie pokazywał, że choć nie jest czasowcem na miarę wielkich rodaków takich jak Wout van Aert czy Remco Evenepoel, to stać go na dobre wyniki.

Tak dobrego roku pod względem prób czasowych jeszcze jednak nie miał. W czerwcu wykorzystał nieobecność dwóch wymienionych rodaków i wygrał mistrzostwo kraju, a dziś po raz pierwszy w karierze wygrał tego typu etap na wyścigu rangi World Tour.

– To nie tak, że nad tym szczególnie pracowałem, ale dziś wszyscy wiedzą, że czasówki są bardzo ważne i mój zespół bardzo się stara, żebyśmy mieli najlepszy sprzęt i żeby niczego nam nie brakowało. Myślę, że to miało duży wpływ na mój wynik

– Po tamtym zwycięstwie miałem zaplanowane dwie ważne czasówki – jedną tutaj i drugą podczas Renewi Tour. Owszem, po drodze było jeszcze Tour de France, ale tam nie mogłem dać z siebie maksa, bo musiałem się zregenerować, żeby później wspomóc Tadeja Pogačara. Tak że to była pierwsza czasówka w koszulce mistrza Belgi, którą mogłem przejechać, walcząc o zwycięstwo. Udało się – misja wykonana

– zakończył swoją wypowiedź, a następnie opuścił mixed zonę i ruszył w stronę hotelu, by zregenerować się przed czekającymi go wyzwaniami.

Z Karpacza Bartek Kozyra

Poprzedni artykułVuelta a España 2024: Dwóch Polaków na starcie. Łukasz Owsian w składzie Arkéa – B&B Hotels
Następny artykułPiotr Pękala: „Na rowerze czasowym nie ścigałem się od pięciu lat”
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Grzegorz
Grzegorz

Beznadziejnie mało widzów, kibiców. Byłem swoim Cube w kilku miejscach czasówki i kibiców jak na lekarstwo.

Grzesiek
Grzesiek

Mój imienniku,

jak wyścig praktycznie co roku kręci się w tych samych miejscach to ludzie mają już tego przesyt.
W zeszłym roku byłem w Wiśle i pół miasta miało być zamknięte przez przejazd kolumny. chciałem nawet iść zobaczyć bo mieszkałem blisko, ale poszliśmy pochodzić w góry. W końcu po to przyjechałem, a nie po to aby stać i oglądać kolorowe balony i peleton przez 30 sekund.

Meta na Orlinku? Przeciętny turysta nie zapędza się w te rejony Karpacza.
Gdyby meta była w rejonie świątyni Wang, przy wejściu na główne szlaki może byłoby lepiej.