fot. Wiki Commons

Ryszard Szurkowski, Lech Piasecki, Zenon Jaskuła, Michał Kwiatkowski czy Rafał Majka. Każdy z wymienionych był (lub nadal jest), bez wątpienia, wybitnym kolarzem. Żaden z nich nie doczekał się jednak równie dźwięcznego przydomka jak Bolesław Napierała zwany “Tygrysem Szos”.

Chcemy być jak Tour de Hongrie – mniej więcej takie zapowiedzi słyszeli polscy dziennikarze z ust organizatorów Wyścigu Dookoła Polski. Problem w tym, że wyścig nie tylko nie był w stanie nawiązywać do dobrych węgierskich wzorców, ale przez większość wspomnianej dekady w ogóle się nie odbywał. 1937 rok był jednak przełomowy. Po pierwsze, w czerwcu impreza po czterech latach wróciła do kalendarza. Po drugie, we wrześniu polscy kolarze przyjechali do Węgier i jeszcze przed ostatnim etapem wydawało się, że pokonają gospodarzy, którzy jeszcze przed chwilą byli dla nich wzorem.

Mieli 5 minut i 20 sekund przewagi przed ostatnim, płaskim etapem. Wystarczyło, by trzech najwyżej sklasyfikowanych Polaków nie straciło do Węgrów więcej na ostatnim, płaskim etapie. Niestety, na 177 kilometrów przed metą doszło do pozornie niegroźnego wydarzenia. 32-osobowy peleton został zatrzymany przez szlaban kolejowy. 

Bolesław Napierała – najlepszy z Polaków, drugi w klasyfikacji generalnej, wraz z trzema kompanami, postanowił nie czekać wraz z resztą peletonu na to, aż przejeżdżający pociąg pozwoli dróżnikowi przepuścić kolarzy. Po krótkiej przepychance z mężczyzną w niebieskim mundurze ruszył, wraz z dwoma kompanami przed siebie, jednak szybko okazało się to złym pomysłem. Napierała został błyskawicznie ukarany za swój pośpiech. Minęło ledwie kilka sekund, a okazało się, że Polak nie jest w stanie dalej jechać – podczas przejazdu przez tory Polak złapał gumę i po przejechaniu paru metrów dętka odmówiła posłuszeństwa.

To była zła wiadomość, ale wydawało się, że nie jest to jeszcze koniec świata. Zazwyczaj w takich sytuacjach Polak nie miał najmniejszych problemów z dołączeniem do głównej grupy. Wobec tego, gdy własne koło zaoferował mu Mieczysław Moczulski – kolarz, który w związku ze swoją niską pozycją w klasyfikacji indywidualnej, nie liczył się już w klasyfikacji drużynowej, on dumnie odmówił – postanowił, że dokończy rozpoczętą już wcześniej wymianę dętki w swoim rowerze. Szybko okazało się, że popełnił błąd – Węgrzy, widząc jego kłopoty zwiększyli swoje tempo do 40 km/h.

Gonił rywali, gonił, ale peletonu nie był w stanie doścignąć. Gdy grupa przyprowadzona przez zwycięzcę – Józefa Ignaczaka dotarła w końcu do mety, wszyscy czekali już tylko na Napierałę. Czekali minutę, dwie minuty, trzy, cztery, aż w końcu po upływie pięciu Polak pojawił się na ostatnim zakręcie. Niestety – doping Wasilewskiego, zdzierającego gardło, by okazać mu wsparcie nie wystarczył. Gdy kolarz przekroczył linię mety zegar pokazywał 5:35 – Polska przegrała wyścig o 15 sekund.

Paradoksalnie jednak Napierała został uhonorowany przez gospodarzy wyścigu jak bohater. Cały peleton był pod wrażeniem jego samotnego, 177-kilometrowego rajdu prowadzonego w tempie 35 kilometrów na godzinę. Trener zwycięskiej reprezentacji Węgier oświadczył podobno, że wśród wszystkich zawodników, którzy kiedykolwiek przyjechali na tamtejszy wyścig (w tym słynny Vasco Bergamaschi – zwycięzca Giro d’Italia z 1935 roku), nie było tak mocnego jak Napierała. Po swoim wyczynie Polak zaczął być nazywany w peletonie “Lwem Węgierskich Szos”. Tak przynajmniej twierdził w powyścigowej relacji Jan Erdman. 

Nie wiadomo, czy to dziennikarz “PS” pomylił ze sobą drapieżniki z gatunku kotowatych, czy po prostu z czasem przydomek kolarza wyewoluował. W każdym razie, Napierała miał przejść do historii nie jako “Lew”, a “Tygrys Szos”.

Emigrant

W 1937 roku Lipiński, Olecki czy Stefański – bohaterowie poprzedniego odcinka naszego cyklu, swoje najlepsze lata mieli już za sobą, z kolei nazwisko Napierały dopiero od niedawna znajdowało się w świadomości polskich kibiców. To o tyle nietypowe, że tego ostatniego od najstarszego z wymienionej trójki Stefańskiego dzieliło zaledwie… półtora roku.

Nie mogło być jednak inaczej, ponieważ świeżo upieczony “Tygrys Szos” większość swojego życia spędził poza polskimi granicami. Jego historia była dość skomplikowana. Urodził się nieopodal Dortmundu, w rodzinie polskich emigrantów, potem na moment wrócił z rodzicami do Polski, by dość szybko znów wyjechać – tym razem do Francji. Podobno miłością do kolarstwa zapałał, gdy obok huty, w której pracował przejeżdżał Tour de France. Ściganie rozpoczął w wieku 15 lat z pomocą swojego sąsiada – Nicolasa Frantza, dwukrotnego zwycięzcy Tour de France. Zresztą, właśnie w sklepie rowerowym Luksemburczyka – Tour de Frantz, kupił swój pierwszy rower.

Dekadę później, w 1934 roku, przybył do Polski na Igrzyska Emigracji, gdzie był członkiem zwycięskiej reprezentacji Francji. Później postanowił pozostać w ojczyźnie – już kilka dni po zakończeniu imprezy dla Polaków z zagranicy wziął udział w Wyścigu Okrężnym Skody Dookoła Warszawy, gdzie stał się prawdziwą rewelacją. Jego aktywna jazda i drugie miejsce w całym wyścigu, pomimo defektu w samej końcówce, zrobiły na dziennikarzach bardzo dobre wrażenie – Jaka szkoda, że Francuz jest niezależny – przydałby się na Berlin-Warszawa – pisał “PS”.

Napierała jednak szybko przestał być “Francuzem”, a stał się Polakiem pełną gębą. Został zawodnikiem Fortu Bema, gdzie złapał wspólny język z Eugeniuszem Michalakiem (tym samym, który w 1929 zajął 2. miejsce w Tour de Pologne), co miało zarówno dobre, jak i złe skutki, z wykluczeniem z kadry na igrzyska olimpijskie w Berlinie na czele. W lipcu 1936 roku zdyskwalifikowano bowiem obu panów za pobicie Mieczysława Kapiaka. Kara Michalaka była dotkliwa – trwała dokładnie pół roku. Napierałę zawieszono na miesiąc, co wskazuje na to, że jego rola w całym incydencie była marginalna.

Do Berlina Napierała pojechać jednak nie mógł, choć w skali całego wyścigu jego nieobecność nie miała raczej dużego znaczenia. Polscy kolarze zazwyczaj stanowili bowiem wówczas jedynie tło dla innych nacji i Napierała nie był tu wyjątkiem. Jeśli kończył wyścigi o mistrzostwo świata, to za każdym razem jako najlepszy z Polaków. Niestety – jego „życiówka” to i tak ledwie 13. miejsce w 1938 roku. 

Błyszczał jednak w kraju. Nie był dominatorem, który jak Coppi czy Bartali wygrywałby wszędzie, gdzie tylko się nie pojawił. Tacy kolarze jak Józef Kapiak czy Stanisław Wasilewski regularnie potrafili pokonywać go na poszczególnych wyścigach. Jednak gdy po wielu latach polscy trenerzy, na prośbę reportera “Dziennika Ludowego” – Zygmunta Weissa wybierali najlepszego kolarza okresu międzywojennego, padło właśnie na Napierałę. Najprawdopodobniej ich wybór spowodowany był występami tego kolarza w dwóch ostatnich przedwojennych edycjach Tour de Pologne.

Pogrom obcokrajowców

Do pierwszego z nich Napierała przystępował w świetnej formie. W pierwszych wyścigach sezonu – Wyścigu Dookoła Śląska i Biegu Expressu Porannego zajmował odpowiednio 4. i 1. miejsce. Nic dziwnego, że przed Tour de Pologne był jednym z największych faworytów wyścigu. Wyścig zorganizowano najwcześniej w dotychczasowej historii – uroczyste otwarcie nastąpiło bowiem już 25 czerwca. 

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy była potrzeba znalezienia terminu, który odpowiadałby nie tylko Polakom, ale także innym nacjom. Choćby poprzednia data – przełomu sierpnia i września, odpadała z uwagi na Wyścig Dookoła Węgier, na który, jak wiedzą ci, którzy przeczytali uważnie wstęp, wybierali się Polacy, ale, rzecz jasna, także Węgrzy, a tak się składa, że ci ostatni mieli być najmocniejszą konkurencją dla gospodarzy, gdyż wysłali do kraju nad Wisłą kolarzy przygotowujących się do sierpniowych mistrzostw świata. Oprócz nich do Polski przyjechali także Rumuni, Francuzi i Włosi.

Ciśnienie, by pokonać obcokrajowców było w Polsce bardzo duże. Polski Związek Kolarski (wtedy ZTPK – Związek Polskich Towarzystw Kolarskich) tuż przed startem zwiększył liczbę wystawionych reprezentacji Polski z trzech do czterech. Zresztą, ich skład personalny budził niesmak dziennikarzy “PS” – Bieda w tym, że Związek Kolarski osłabił nasze szanse przez to, że nie wystawił drużyny najsilniejszej. Mamy za to aż dwie drużyny silne [choćby Napierała znalazł się w Reprezentacji Polski II – przyp. red.] – narzekali.

Obawy gazety związane z tym, że związek rozdzielił najlepszych polskich kolarzy między dwie drużyny szybko okazały się jednak bez znaczenia. Oto bowiem już pierwszy dzień pokazał, że obcokrajowcy po polskich szosach nie pohasają. Jedynym w czołowej “10” był szerzej nieznany Włoch – Giuseppe Tacca, który zajął 5. miejsce. Wówczas miał zaledwie 20 lat i można powiedzieć, że został pierwszą gwiazdą, do której odkrycia przyczynił się polski wyścig – już po wojnie został Francuzem, zmienił imię na Pierre i wygrał etap Tour de France.

On sobie w Polsce poradził (przynajmniej na pierwszym etapie, później nie było tak kolorowo, wycofał się po kilku dniach) – gorzej z pozostałymi obcokrajowcami (no, może poza Rumunami, mającymi podobne problemy na swoich szosach), którzy byli zszokowani fatalną jakością polskich dróg. Już po wyścigu trener Węgrów był dla organizatorów i polskich kolarzy bezwzględny. W rozmowie z “PS” mówił m.in.:

  • To nonsens organizować etapy po takich dzikich szosach, jak Radom-Kielce [1. etap – przyp. red] lub kocie łby pod Łodzią. […] Takie odcinki powinny zostać zakazane przez władze międzynarodowe!

  • Wasi zawodnicy stosowali jakąś obłąkaną taktykę – jechali wolniutko na odcinkach gładkich, a po wjeździe na dziury od razu inicjowali ucieczki

Przyszły “Tygrys” we własnym środowisku

Pozostali obcokrajowcy nie wypowiadali się o polskich szosach aż tak dosadnie. Owszem, zgodnie wspominali, że spotkanie z polskimi szosami było dla nich szokiem, ale winili za to swoje nieprzygotowanie. Niektórzy nawet chwalili organizatorów za to, że wypożyczono im gumy, które umożliwiają jazdę po tak wymagającej nawierzchni. Nie ulega jednak wątpliwości, że wyścig można było przeprowadzić lepiej. Zaniedbano choćby wykonanie rekonesansu trasy. O tym, jak podchodzono do tego tematu najlepiej niech świadczy historia, przytoczona przez “PS” po pierwszym etapie:

– Kierownicy wyścigu zrobili niewątpliwe przeoczenie, rezygnując z obejrzenia trasy przed wyścigiem. Jedynymi ludźmi, którzy znali stan szosy między Radomiem, a Kielcami, była nierozłączna para Fortu Bema. Michalak i Napierała. Kiedy przyszły alarmujące wiadomości o stanie tej drogi, zwrócono się po sprawdzenie do nich.

  • można jechać – orzekł Napierała – trzy przejazdy są dość ciężkie, ale wcale nie taki kryminał, jak nas straszą. 

Tak, to wystarczyło, by przekonać ich, że zmiana trasy nie ma większego sensu. Dalszy ciąg całej historii łatwo przewidzieć. Kolarz, który znał tamte tereny jak własną kieszeń, łatwo ograł konkurentów – wygrał etap i został pierwszym kolarzem z koszulką lidera, której nie oddał już do samej mety. Nie potrzebował do tego kolejnego etapowego zwycięstwa. Rzecz jasna próbował po nie sięgnąć, ale bez powodzenia. Najbliżej był na drugim etapie z metą w Krakowie – Wasilewski dogonił go wówczas tuż przed wjazdem na tor.

Czasowiec przed erą czasówek?

Gdy to się wydarzyło, jasnym stało się, że Napierała etapu już raczej nie wygra. W końcu Wasilewski był jednym z najszybszych polskich kolarzy tamtych lat – podczas tamtej edycji Tour de Pologne wygrał łącznie aż cztery razy, a zawodnik Fortu Bema w tym względzie raczej się nie wyróżniał. Przegrywał nawet finisze z małej grupy. Po zakończeniu tamtej edycji „PS” scharakteryzował go w taki sposób:

Jego samotne pościgi, twardość, nieustępliwość i wytrzymałość nie mają odpowiednika. Nie tylko przerósł polskich rywali, ale miałby również wielkie szanse na zdobycie mistrzostwa świata, gdyby wyścig był, jak przed laty, rozgrywany na czas.

Niestety problem w tym, że czasówki na mistrzostwach świata pojawiły się dopiero w końcówce ostatniej dekady XX wieku – długo po śmierci Napierały. Zdarzały się co prawda regularnie podczas Tour de France czy Giro d’Italia, ale tak się składa, że kolarz nigdy nie miał okazji wystąpić w tych wyścigach. Wobec tego trudno zweryfikować te słowa dziennikarzy, prawdopodobnie wciąż odczuwających silne emocje po obejrzeniu imponujących występów Napierały.

Poza tym, szybko okazało się, że urodzony w Niemczech kolarz wcale nie jest tak doskonały, jeśli chodzi o solowe akcje, jak mogło się wydawać. I w Tour de Pologne 1939 nie można było mieć już co do tego żadnych wątpliwości. Napierała znów pokazywał to, czemu w w dużej mierze zawdzięczał także swój pierwszy triumf w klasyfikacji generalnej Tour de Pologne. Potrafił samotnie utrzymać takie tempo, by dogonić rywali po defektach, w tamtych czasach zdarzających się właściwie co chwila. Jednak tym razem nie wygrał ani jednego etapu – czy to po finiszu, czy to samotnie.

Tymczasem Cesar Marcelak i Antoni Witek – dwaj przedstawiciele drużyny emigrantów, którzy, podobnie jak kiedyś Napierała, przyjechali z Francji do ojczyzny, by pościgać się z rodakami (tyle że oni, w przeciwieństwie do „Tygrysa” szybko wrócili na zachód), pokazali, że spektakularne, solowe wiktorie nie są czymś nieosiągalnym. Marcelak wygrał trzy etapy – owszem, dwa po finiszu z małej grupy, ale trzeci po ataku, po którym dojechał do mety 5 minut przed drugim zawodnikiem. Witek najlepszy był dwukrotnie – raz odsadził pozostałych na co najmniej 15 minut. Napierała tak fenomenalnego występu nigdy nie zaliczył, a w 1939 roku jego najlepszym miejscem na etapie było trzykrotnie osiągnięte drugie miejsce.

Człowiek, którego nie zatrzyma nic (prawie)

Napierała ustępuje emigrantom znacznie. Nie ma tej szybkości, którą z podziwem i nie ukrywaną przyjemnością obserwowaliśmy u gości. Nie potrafi skoczyć z 30 km na godzinę na 48. Nie potrafi długi szmat drogi przemierzyć samotnie jak Marcelak i Witek

– pisał więc po zakończeniu wyścigu “PS”.

Mimo tego wszystkiego, zwycięzcą był Napierała. Witek i Marcelak owszem, ukończyli ostatni etap, ale nie ukończyli całego wyścigu. Na piątym etapie do Cieszyna po prostu nie wytrzymali zimna, wsiedli do samochodu i po prostu zadecydowali, że etapu nie ukończą. W tamtych czasach taka decyzja nie oznaczała automatycznego opuszczenia wyścigu. Zawodnik mógł w kolejnych dniach kontynuować ściganie, walczyć o zwycięstwa etapowe, ale o klasyfikacji generalnej mógł zapomnieć.

Napierała był natomiast jednym z zaledwie 11 kolarzy, którym udało się ukończyć wyścig. I to pomimo faktu, że przed 7. etapem był w takim stanie, że lekarz zabronił mu startu. On jednak zacisnął zęby i jechał dalej. Po raz kolejny pokazał swoją nieustępliwość, która dała mu tytuł „Tygrysa Szos”. Wyścig oczywiście wygrał, o ponad 17 minut.

Nie zatrzymywały więc go choroby, duża strata do czołówki, która niejednego mogłaby zdemotywować. Później okazało się, że do tej listy należy dołączyć także wojnę, która wybuchła kilka tygodni po zakończeniu Tour de Pologne i wiek. Gdy w 1947 roku wyścig wrócił, on, mając już 38 lat na karku, znów znalazł się wśród jego faworytów, po wygraniu obu – klasycznych i górskich szosowych mistrzostw Polski. „Sport i Wczasy” – gazeta organizatora wyścigu – wydawnictwa „Czytelnik” pisała o nim:

Ma w tym roku niebywałe szczęście. W wielu wyścigach faworyci padali ofiarą defektów, nad Napierałą czuwał zaś jakiś dobry duch

– pisała.

Problem jednak w tym, że w tym momencie szczęście się skończyło, a zaczął się niesłychany pech. Podczas zaledwie 4-etapowego wyścigu Napierała przynajmniej dwa razy musiał gonić peleton po defektach, a raz pęknięta dętka skasowała jego ucieczkę. Nie wygrał ani jednego etapu, a jego najlepszy wynik to piąte miejsce. Mimo to, jakimś cudem wyścig zakończył ostatnim stopniu podium, z zaledwie 12-sekundową stratą do czołówki. Z uwagi na połączenie walecznej postawy i notorycznie dotykającego go na trasie pecha, polska prasa przyznała mu po zakończeniu wyścigu nieformalny tytuł moralnego zwycięzcy wyścigu.

Co ciekawe, gdyby sędziowie do końca trzymali się ustalonych przez siebie reguł, Napierała byłby zwycięzcą rzeczywistym. W końcu dwaj zawodnicy, którzy wyprzedzili go w klasyfikacji generalnej przyjmowali w czasie jazdy wodę ze szklanych naczyń, co w tamtym czasie było zakazane. Pierwotnie przyznano im minutową karę w klasyfikacji generalnej, ale tuż przed czwartym etapem organizator postanowił oszczędzić zawodników – Wzięliśmy pod uwagę, że w wyścigu startuje cały szereg młodych kolarzy, którzy mogli nie znać niektórych punktów regulaminu – tłumaczył dyrektor Gołębiowski.

I co ciekawe, nikt nie obruszał się na tę decyzję. Zarówno w „PS”, jak i w wydawanym przez „Czytelnika” – organizatora wyścigu, „Sport i Wczasy” brak wypowiedzi ludzi ostatecznym rozwiązaniem tej sprawy. Napierała po wyścigu narzekał – owszem, ale na pech, który towarzyszył mu na całej trasie. Dodał też, że cieszy go dobra postawa młodszych kolarzy, bo dzięki temu w spokoju może udać się na emeryturę.

Ostatecznie, na moment, w którym „Tygrys Szos” na zawsze opuścił swój teren łowiecki, trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać. W 1948 roku wygrał nawet swój drugi w karierze etap Tour de Pologne i dopiero 12 miesięcy później zawiesił kolarskie buty na kołek – zapewne ku nieopisanej uldze młodszych rywali.

Zobacz również poprzednie odcinki cyklu:

Historia Tour de Pologne (1) – Zwycięstwo okupione łzami

Historia Tour de Pologne (2) – Gdy kraksy rozdają karty

Historia Tour de Pologne (3) – Wyścig jak mundial

Źródła: Archiwalne numery gazet: „Sport i Wczasy”, „Przegląd Sportowy” i „Kurier Codzienny”; Bogdan Tuszyński „Tour de Pologne. 60 lat” 

 

 

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Andrzejek ze Śląska
Andrzejek ze Śląska

Wpaniała historia niesamowicie mnie zaciekawiła