fot. Wiki Commons

Jak często odbywa się Tour de Pologne? Dziś odpowiedź na to pytanie jest oczywista i brzmi: “Co roku”. Kiedyś jednak tak nie było – w latach 1929-37 wyścig odbywał się z częstotliwością… piłkarskich mundiali.

Po etapie Kraków-Lwów, kiedy trzeba było wystartować w nocy, a ze względu na deszcz, jechałem z workiem na głowie, przeziębiłem się.                                                         

– Jestem chory – mówię po etapie do lekarza.

 -A może pan jechać?                                                 

 – Mogę…                                                                         

– To niech pan jedzie.                             

Pojechałem więc, ale po etapie idę znowu do lekarza.                                                                           

– Źle się czuję, panie doktorze…                           

– A może pan jutro pojechać dalej?                     

– Nie, nie mogę…                                                             

– To niech pan nie jedzie

– według Bogdana Tuszyńskiego, w taki właśnie, wyjątkowo barwny sposób, Jerzy Lipiński opisywał swoje pożegnanie z Wyścigiem Dookoła Polski (a raczej Biegu Kolarskim Dookoła Polski, bo tak go wówczas nazywano) w 1929 roku.

Choć imprezy nie ukończył, to był jednym z jej wielkich wygranych. Przez długi czas na liście zwycięzców etapowych długiego, trwającego blisko dwa tygodnie wyścigu, widniały tylko trzy nazwiska (później, gdy Lipińskiego już nie było, dwa ostatnie etapy, wygrywali inni kolarze z cienia).

Cztery odcinki wygrał zdecydowanie najlepszy kolarz tamtej edycji – Józef Stefański. Jego postawa zachwycała dziennikarzy, którzy z podziwem pisali o jego niebywałej wytrzymałości i końskim zdrowiu. Nie mieli też wątpliwości, że jest on o klasę lepszy, niż poprzedni zwycięzca – Feliks Więcek. Jednak etapów wygrał mniej niż najgroźniejszy rywal – Eugeniusz Michalak, który aż pięciokrotnie podnosił ręce w geście zwycięstwa, tyle że w najważniejszej klasyfikacji stracił do rywala aż 40 minut.

Trzecim z triumfatorów był natomiast on – Lipiński – 20-latek, który ledwie rok wcześniej po raz pierwszy wystąpił w wyścigu kolarskim – w Biegu Expressu Porannego – ale nie w prestiżowych zawodach dla kolarzy z licencją, a w rozgrywanym przy okazji wyścigu na 15 kilometrów, do którego mógł zapisać się każdy. Zajął w nim 3. miejsce, ale nie sprawiło to, że nagle cała Polska dowiedziała się, kim jest. Nawet nie chodzi tylko o rangę imprezy, w której wystartował – otóż, gdy następnego dnia “Express” opublikował na swoich łamach wyniki zawodów, pomylono jego imię – ochrzczono go… “Eugeniuszem Lipińskim”. 

W 1929 roku, po jego zwycięstwie etapowym w drugiej odsłonie najważniejszego polskiego wyścigu, dziennikarze “Expressu” zdołali przypomnieć sobie jego prawdziwe personalia. Podczas kolejnej edycji Biegu Kolarskiego Dookoła Polski miało im się to bardzo przydać.

(Nie)wielki powrót

Na kolejną edycję trzeba było jednak długo poczekać. Jeszcze w lecie 1930 roku “Przegląd Sportowy” przypominał o tym, że do rozpoczęcia trzeciej edycji pozostało już coraz mniej czasu. Tyle że 23 sierpnia, a więc cztery dni przed planowanym pierwszym wystrzałem startera, ukazał się artykuł, w którym czytamy:

W ostatniej prawie chwili przed startem III Biegu Dookoła Polski, organizowanego w r. b. wyłącznie przez W. T. C., Komitet Organizacyjny imprezę tę odwołał.

Niżej “PS” przedstawił oficjalne oświadczenie W. T. C – organizatora wyścigu (Całość przepisaliśmy specjalnie dla was i zamieściliśmy pod tym linkiem). Pisano w nim głównie o podstawowej przyczynie odwołania wyścigu, a więc niechęci poszczególnych okręgowych związków kolarskich do współpracy z Komitetem Organizacyjnym. Niestety, problemów nie udało rozwiązać się w kolejnych latach i 3. edycja wyścigu odbyła się dopiero w 1933 roku – zresztą, z pewnością nie był to wielki powrót w stylu Chrisa Froome’a z Giro d’Italia 2018.

3-ci Tour de Pologne [tak, już wtedy nazywano tak czasem wyścig – przyp. red] nie dorównuje wspaniałością i rozmachem dwu młodszym braciom – pisał bez ogródek “Przegląd Sportowy”. Widać to było choćby po wielkości kolumny samochodowej, która już w tamtych czasach potrafiła osiągać kolosalne rozmiary – tego samego roku razem z peletonem Tour de France jechały 83 samochody. Tymczasem Tour de Pologne pozwolił sobie jedynie na… 3 auta i 2 motocykle. Rowerów również nie było zbyt wiele – w końcu w wyścigu wystartowało zaledwie 48 kolarzy (cztery lata wcześniej było ich 70), a to dlatego, że wyścig zorganizowano w pośpiechu, w ostatniej chwili informując o jego powrocie do kalendarza.

Na trasie brakowało kolarzy z Krakowa (poza Dudą z Garbarni Kraków), Śląska, Poznania i Łodzi. Mimo to, na liście startowej znalazła się większość najlepszych polskich kolarzy.  Wśród faworytów “PS” wymieniał głównie bohaterów poprzednich edycji – Józefa Stefańskiego, Eugeniusza Michalaka, Wiktora Oleckiego – popularnego “Buldoga”, Michała Korsak-Zaleskiego (panujący mistrz Polski) i Stanisława Kłosowicza. Owszem, większość z nich to w 1933 wciąż młodzi ludzie, ale na koniec wyścigu miało okazać się, że aż czterech z nich nie dojechało do mety.

Najbardziej upływ czasu zaznaczył swój niszczycielski wpływ na dyspozycji Stefańskiego. Gdy w 1929 roku zakasował konkurencję, miał 20 lat. W 1931 miał już na koncie cztery zwycięstwa w mistrzostwach Polski. Później niestety w końcu dopadła go proza zwykłego, szarego życia.

Wielokrotny mistrz Polski i zwycięzca Tour de Pologne startuje bez treningu. Ciężka praca zawodowa w ślusarskim warsztacie pochłania mu wszystkie wolne chwile. Młoda żona sprzeciwia się treningom i wyjazdom. Do tego dochodzi długotrwała niedyspozycja fizyczna i bóle głowy

– czytamy w artykule, który “PS” opublikował trzy dni po rozpoczęciu wyścigu. Wówczas dopiero 25-letni, lecz mający swój szczyt formy już dawno za sobą, kolarz był już poza wyścigiem. Jeśli wierzyć relacji dziennikarza gazety – Jana Erdmana, nieszczęśnik został znaleziony nieprzytomny w polu ziemniaków przez kierowcę ciężarówki. I choć później odzyskał przytomność, to z dalszego uczestnictwa z wyścigu musiał zrezygnować.

Jedynym spośród wcześniej wymienionych, który nie zawiódł, był Olecki. On w 1928 roku zajął 2. miejsce, a rok później wygrał etap i był 7. w “generalce”. Po czterech latach, po raz kolejny chciał zaznaczyć swoją obecność w wyścigu, a motywacji mógł dodawać mu pewien fakt. Podobnie jak w 1928 roku termin rozgrywania wyścigu zahaczał o jego 24. urodziny. Obchodził je 9 września, a więc dzień przed ostatnim etapem.

Pojedynek

Wątpliwe, by tamtego dnia Olecki zdmuchiwał 24 świeczki z urodzinowego tortu. A jeśli nawet, to z pewnością nie pyszne wypieki były tematem myśli, które kłębiły się w jego głowie. Wówczas był już jedynym kolarzem, który mógł zatrzymać zmierzającego pewnie po zwycięstwo Lipińskiego. Rywalizacja między nimi zaczęła się na dobre na etapie z Grodna do Wilna (tak, oba miasta były wówczas polskie). Zdecydowanie pokonali wówczas pozostałych kolarzy (drugi zawodnik stracił ponad 11 minut, a większość przyjechała kolejne 20 minut później).

Udało im się zdeklasować konkurencję mimo faktu, że wyścig kończyli… sprintem w stylu Usaina Bolta. Kilkanaście metrów przed metą jadący z przodu Olecki przewrócił się bowiem na mokrych szynach tramwajowych, a Lipiński runął na ziemię razem z nim. Po chwili obaj wstali i zaczęli biec w stronę mety z rowerami na plecach. Szybszy okazał się “Buldog”, co nie było zresztą żadnym zaskoczeniem, ponieważ, jako torowiec, uchodził za kolarza dysponującego lepszym finiszem, lepszego technicznie i zdecydowanie chętniej atakującego.

Zwłaszcza ta ostatnia umiejętność mogła okazać się na kolejnych etapach bardzo przydatna, ponieważ w poprzednich dniach stracił do Lipińskiego kilkanaście minut z powodu gorszej jazdy po górach i ogólnie rozumianej wytrzymałości, a także problemów ze sprzętem. O odrobienie tych strat było niestety bardzo trudno, ponieważ peleton jechał dość ospale. Dziennikarze narzekali, że niewielu było w nim zawodników jeżdżących ofensywnie.

To dość mocno ograniczało szanse Oleckiego na odrobienie strat. Tym bardziej, że Lipiński był kolarzem może i wolnym, ale niezwykle wytrzymałym, w dodatku jeżdżącym bardzo mądrze, korzystającym z doświadczenia swojego “menedżera” – Majewskiego. Nie wygrywał etapów – tamten wyścig miał skończyć z jednym zwycięstwem, które zresztą zawdzięczał temu, że pierwotnemu triumfatorowi odebrano sukces ze względu na pomylenie trasy i skrócenie sobie drogi o pięć kilometrów – ale jechał tak, że „Buldog” mógł dwoić się i troić, zgubić wszystkich rywali, lecz nie Lipińskiego.

Wielka zemsta, której nie było

Tak było i ostatniego dnia wyścigu. Gdy po niezliczonych próbach ataku, Olecki zobaczył, że nie uda mu się zgubić Lipińskiego, zaprzestał ataków, myśląc już tylko o tym, by chociaż na metę umieszczoną na warszawskich Dynasach wjechać jako pierwszy. Lecz ten wcale nie zamierzał współpracować. W końcu panowie umówili się, że “Buldog” rezygnuje z prób wygrania całego wyścigu i dociągnie lidera do mety, za co ten odwdzięczy mu się zwycięstwem etapowym. Na przyklepanie umowy Olecki poczęstował nawet rywala bananem. 

Postanowienia zostały dotrzymane, lecz trudno powiedzieć, by wyścig został zakończony w  pokojowej atmosferze. Po wjeździe na metę ostatniego etapu, Lipiński udzielił “Przeglądowi Sportowemu” wywiadu, w którym oskarżał Oleckiego o to, że kilka razy próbował go wywrócić i że przez cały wyścig regularnie korzystał z pomocy motocykla, nie przejmując się “czuwającymi” sędziami. – Nawet przy mnie Olecki chwytał się sędziowskiego motocykla i musiałem się go trzymać za siodełko, bo by mnie urwał – mówił.

Mało brakowało, żeby przypłacił te słowa dyskwalifikacją. I to nie dlatego, że nie mając dowodów, oskarżył o oszustwo sędziów. W końcu, de facto przyznał się do oszustwa, bo skoro trzymał Oleckiego, wspomagającego się motocyklem, to sam również korzystał z nieprzepisowej pomocy. Gdy jednak mający zdecydowanie zbyt długi język zwycięzca dowiedział się, co mu grozi, od razu zarzucił dziennikarzowi sfabrykowanie wywiadu i nawet pozwał go do sądu.

Olecki rzecz jasna nie pozostał mu dłużny. Oczywiście zaprzeczył wszystkim słowom rywala i w dodatku rzucił, że w żadnym wypadku nie chciał układać się z Lipińskim, a do układu został zmuszony przez jego “niesportową” postawę – prawdopodobnie chodziło o jego niechęć do dawania zmian. Dziennikarze brali raczej stronę “Buldoga”. Tak samo jak drugi kolarz klasyfikacji generalnej krytykowali zachowawczą jazdę końcowego triumfatora i pisali, że jeżdżąc w takim stylu nie będzie w stanie wygrać zbyt wiele w przyszłości.

Zapowiadało się więc, że ze względu na rodzący się między oboma zawodnikami konflikt, w kolejnym roku rywalizacja zyska dodatkowy smaczek. Nie zyskała – nawet jeśli działacze obiecywali dalszy rozwój wyścigu. Bieg Dookoła Polski miał brać przykład z Tour de Hongrie i stać się wyścigiem międzynarodowym, jednak skończyło się jak zawsze. Owszem, na liście startowej następnej edycji znaleźli się obcokrajowcy, tyle że na tę trzeba było czekać… kolejne cztery lata. Obu kolarzy, wówczas zbliżających się już do trzydziestki, na trasie wówczas zabrakło, a wyścig wykreował nowego bohatera, ale to już materiał na inną historię…

Zobacz również poprzednie odcinki cyklu:

Historia Tour de Pologne (1) – Zwycięstwo okupione łzami

Historia Tour de Pologne (2) – Gdy kraksy rozdają karty

Klasyfikacja generalna Tour de Pologne 1933:

1. Jerzy Lipiński KKS Skoda Warszawa 64:58:06.000 (śr. prędkość ~26,5 km/h
2. Wiktor Olecki Legia Warszawa 15:39
3. Stanisław Wasilewski RKS Świt Warszawa 01:15:53
4. Władysław Konopczyński RKS Świt Warszawa 01:55:43
5. Stanisław Zieliński TSO Orkan Warszawa 02:31:30
6. Mieczysław Moczulski Warszawskie Towarzystwo Cyklistów 02:35:11
7. Franciszek Specjał Tramwajarz Warszawa 02:57:12
8. Stefan Zagórski Jur Warszawa 03:05:40
9. Stanisław Duda Garbarnia Kraków 04:08:34
10. Konstanty Chwedoruk Siedleckie Towarzystwo Kolarskie 04:16:12

 

Bibliografia: Express Poranny, Przegląd Sportowy

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments