fot. Tour de Pologne

Ryszard Szurkowski, Stanisław Królak, Lech Piasecki, Zenon Jaskuła – co łączy tych wszystkich kolarzy? Każdego z nich z całą pewnością należy zaliczyć do czołowych postaci w historii polskiego kolarstwa. No i, jak na takie postaci przystało, wszyscy znakomicie radzili sobie na trasie Tour de Pologne – wówczas, inaczej niż dzisiaj, zdominowanego przez polskich zawodników. A jednak, z różnych względów, żaden z nich nie ma w dorobku choćby jednego zwycięstwa w klasyfikacji generalnej tej imprezy. Przez długi czas podobną drogą szedł Zbigniew Spruch. Aż do 1995 roku…

Szurkowski wygrał 15 etapów Wyścigu Dookoła Polski (absolutny rekord), Królak – 9, Piasecki i Jaskuła po 3. Ci ostatni mieliby ich pewnie więcej, gdyby nie fakt, że po przejściu na zawodowstwo prawie nie startowali w Polsce. Spruch był innym przykładem. On stał się profesjonalistą w 1992 roku – dzięki Czesławowi Langowi podpisał kontrakt z Lampre-Colnago-Animex. Nic więc dziwnego, że odkąd ten rok później został dyrektorem generalnym Tour de Pologne, on co roku pojawiał się na stracie wyścigu.

Efekty? Spruch stał się jedną z ikon Tour de Pologne. Gdy zsumujemy jego osiągnięcia z czasów amatorskich i zawodowych, wyjdzie nam imponujący dorobek. Do rozpoczęcia edycji z 1995 roku zdołał uzbierać 7 zwycięstw etapowych, 10 dni w koszulce lidera, zwycięstwo w klasyfikacji punktowej i pięć miejsc w czołowej “10” klasyfikacji generalnej.

Gdy przed rozpoczęciem edycji z 1995 roku “Przegląd Sportowy” przypominał najlepszych kolarzy w historii wyścigu za pomocą przeróżnych tabelek, nazwisko Zbigniewa Sprucha można było znaleźć pod hasłami “najwięcej zwycięstw etapowych” i “najwięcej dni spędzonych w koszulce lidera” (kolarz Lampre zajmował kolejno 8. i 11. miejsce). Tyle że zawodnik, który dwa miesiące później miał skończyć 30 lat, wciąż czekał na najważniejszy ze skalpów.

“Tour de Pologne – tu rodzą się gwiazdy”

Po tym, jak rok wcześniej wspierał na trasie Fondriesta, teraz Spruch miał spore szanse, by powalczyć na własny rachunek. Włoski mistrz świata z 1988 roku i zwycięzca Mediolan-San Remo z 1993 tym razem wrzesień wolał spędzić startując w rodzimych klasykach. Pod jego nieobecność to Spruch przystąpił do wyścigu z “jedynką” (która domyślnie, podobnie jak dzisiaj, przysługiwała zwycięzcy poprzedniej edycji). Przed startem, choć dopiero chwilę wcześniej doszedł do siebie po groźnej kontuzji, odważnie zapowiadał – Wszystko zależy od czasówki, […] bo rodzimych gór i górali się nie boję.

Bać się rzeczywiście nie było kogo, no może poza Jelle Nijdamem (6-krotny zwycięzca etapowy Tour de France i najlepszy golarz Amstel Gold Race 1989), nawet jeśli dziś, patrząc na listę startową, można dostrzec inne znane twarze. Do Polski wybrali się m.in.: Fabrizio Guidi (w kolejnych latach błyszczał na finiszach Giro d’Italia i Vuelta a Espana), Romans Vainsteins (przyszły mistrz świata) czy Levi Leipheimer i Tyler Hamilton. Jak widać, nie tylko dziś, na Tour de Pologne ściągają nie zawodnicy, którzy już są wielkimi gwiazdami, ale raczej tacy, którzy dopiero mogą się takimi stać. 

Najmłodsi z wymienionych – Vainsteins i Leipheimer, mieli po 22 lata. Kolejni – Guidi i Hamilton, odpowiednio 23 i 24. A jednak, jak się miało okazać, każdy z nich zdołał w mniejszy lub większy sposób pokazać się kibicom. Młodszy z Amerykanów zdecydował się na odważny atak na tej części prologu, która była wyścigiem australijskim, a starszy zajął czwarte miejsce na czasówce po Zamościu. Zdecydowanie mocniej zaznaczyli swoją obecność Europejczycy – Vainsteins i przede wszystkim Guidi, który po cichu miał doczołgać się do drugiego miejsca w całym wyścigu.

Padłeś? Powstań!

Co ciekawe, z pierwszych kontaktów podczas polskiego wyścigu okazał się dla Guidiego i Sprucha dość… bolesny. Ten ostatni, dzięki świetnemu występowi na prologu, został pierwszym właścicielem żółtej koszulki, lecz stracił ją już pierwszego dnia ścigania. Co prawda udało mu się załapać w skład mocnej, kilkunastoosobowej ucieczki, która na mecie walczyła o etapowe zwycięstwo, ale w samej końcówce ucierpiał w kraksie razem z… Guidim i Markiem Leśniewskim – Próbowałem objechać Marka Leśniewskiego, ale nie miałem już miejsca i zahaczyłem o barierkę – tłumaczył później.

Całe szczęście, że wydarzyło się to już w strefie ochronnej, dzięki czemu trójka dostała czas czołówki. Trykotu z logiem Fiata Spruchowi nie dało się jednak uratować, a nowym liderem, został zwycięzca etapowy – Steven De Jongh – późniejszy dyrektor sportowy Team Sky, Saxo-Tinkoff i Trek-Segafredo, dla którego był to pierwszy wyścig w zawodowej karierze.

Dla Sprucha najważniejsze było jednak, że nie poszlifował się zbytnio i mógł kontynuować wyścig – i to w jakim stylu! Już dzień po upadku nie pozostawił bowiem rywalom złudzeń co do tego, kto jest najlepszym kolarzem wyścigu. Znakomicie wykorzystał rozprowadzenie ekipy Brescialat (nie było to zresztą najbardziej skuteczne rozprowadzenie w historii – żaden z jej kolarzy nie skończył tamtego etapu choćby w czołowej “10”) i wygrał w stylu, który zaimponował ekspertom.

– Chcę zwrócić uwagę na jeden moment – gdy wspaniale wygrywał Zbyszek Spruch, to w środku peletonu ręce do góry podniósł  także Davide Bramati [tak, to ten sam Bramati, który dziś jest dyrektorem sportowym w Soudal-Quick Step – przyp. red.]. On już po prostu wiedział, że Zbyszek będzie pierwszy – mówił tuż po etapie “Przeglądowi Sportowemu” Lech Piasecki. Pod jeszcze większym wrażeniem postawy 30-latka był Marek Kulas, który już wtedy wieszczył – Na zwycięzcę wyścigu typuję Zbigniewa Sprucha. Jest supermocny.

Następnego dnia te słowa nie miały już jednak żadnego znaczenia.

Spruch upada po raz drugi

– Gdybym tylko wiedział… – powiedział Zbigniew Spruch, wznosząc oczy ku niebu. Chwilę później był już w karetce, wiozącej go do zamojskiego szpitala.

Rozczarowanie, rozżalenie, złość na parszywość losu i padający wściekle przez cały wyścig deszcz – z pewnością takie uczucia kłębiły się w tamtym momencie w głowie Sprucha – nowego lidera wyścigu. Problem w tym, że zanim odebrał żółtą koszulkę, na finiszu 3. etapu zaliczył kolejną kraksę, w wyniku której, jak się wtedy wydawało, złamał sobie rękę. 

Jak do tego doszło? Otóż Spruch, podobnie jak w poprzednich dniach ambitnie walczył o odpowiednią pozycję przed finiszem. Niestety, skończyło się podobnie, jak dwa dni wcześniej – Za mocno wszedłem w zakręt. Wyrzuciło mnie w barierki i później już tylko myślałem, żeby tak upaść, by odnieść jak najmniejsze obrażenia – Relacjonował sam zainteresowany, który, co ciekawe, znów upadł próbując wyprzedzić Leśniewskiego. 

– Najpierw “Zibiego” rozprowadzało Lampre, a później ja wziąłem go “na koło”. Chyba za wcześnie chciał mnie wyprzedzić na zakręcie. Tam była kostka, studzienki – stracił równowagę, podbiło go na krawężniku i wpadł w barierki – opisywał świeżo po całej sytuacji kolarz, od którego zwycięstwa w wyścigu mijała już wówczas równa dekada. A na koniec dodawał – Kamień spadł mi z serca, gdy dowiedziałem się, że Zbyszek jednak wystartuje.

Wtedy było już bowiem wiadomo, że pierwsze prognozy okazały się przesadzone – w badania w szpitalu wykazały, że złamania nie ma. Skończyło się na strachu. Strachu, którego wcale nie musiałoby być. Spruch walczył o zwycięstwo z podwójną zaciętością, bo sądził, że potrzebuje pięciosekundowej bonifikaty za zwycięstwo, by zgarnąć koszulkę lidera – nie potrzebował – De Jongh złapał defekt i koledzy nie zdołali go dociągnąć. 

Tak czy inaczej, najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze. Choć… może “skończyło się dobrze” nie jest tu najbardziej trafionym stwierdzeniem – w końcu wyścig jeszcze trwał, a Sprucha ręka, choć jednak nie złamana, to niestety wciąż trochę bolała. W efekcie Spruch na rozgrywanej kolejnego dnia czasówce stracił prowadzenie w klasyfikacji generalnej. 

Lider – Eddy Gragus to kolarz, którego można określić ówczesną wersją Primoža Rogliča – choć miał 27 lat na karku, to kolarskie starty rozpoczął ledwie cztery sezony wcześniej, a wcześniej (choć nie na takim poziomie, jak Słoweniec skoki narciarskie) trenował pływanie i biegi na długim dystansie. Nad Spruchem miał jednak zaledwie 2-sekundową przewagę. To niewiele, zwłaszcza, że następnego dnia peleton wjeżdżał w górę. Prawdziwość przedwyścigowych słów Sprucha odnośnie do polskich gór i górali miały przejść decydującą próbę.

Do trzech razy sztuka

W kolejnych dniach kolarze mieli bowiem przejechać trzy najtrudniejsze odcinki wyścigu. Najpierw był szósty etap, o którym przed wyścigiem odpowiedzialny za trasę Adam Głazowski mówił, ze sporą dozą przesady – Kto zna dużą i małą pętlę Bieszczadzką, ten może wyobrazić sobie ten etap – prawdziwą drogę przez mękę. – W rzeczywistości jednak etap nie okazał się gamechangerem – do mety dojechała ucieczka, a cztery minuty za nią grupa, w której znalazła się cała czołowa dziesiątka „generalki”.

Trudniej było nazajutrz – na trasie z Nowego Sącza do Zakopanego nie brakowało trudnych podjazdów, a w samej końcówce do pokonania były: wspinaczka pod Ząb, Majerczykówka i Głodówka. Tam działo się już nieco więcej. Po najtrudniejszych podjazdach dnia, tuż przed wjazdem na kończące etap rundy w Zakopanem, swoje ataki zaczął Spruch – na niewiele się to jednak zdało, ponieważ Gragus za każdym razem wsiadał na jego koło, nie dając się zgubić.

Niestety, Amerykanina z Rogličem łączyło więcej, niż można byłoby się spodziewać – na 55 kilometrze ostatniego etapu, na mostku w Żywcu, upadł, a ekipa Sprucha potraktowała to niczym sygnał do ataku – trochę jak BORA-hansgrohe w Paryż-Nicea 2021. Koledzy z Lampre-Animex dociągnęli 30-latka do jednej z uciekających grup, a gdzieś z tyłu zostali inni zawodnicy z czołówki – Tomasz Brożyna i Marek Leśniewski, mający do tej pory ten sam czas, co Spruch – wirtualny lider wyścigu. Z kolei Baranowski, który w tamtym momencie wskoczył na pozycję wirtualnego wicelidera, upadł na zjeździe z Przełęczy Salmopolskiej i w efekcie Spruch mógł być w zasadzie pewny zwycięstwa. Nie musiał już nawet gonić ostatnich pozostałych z przodu harcowników – etap wygrał Quintino Rodriguez – ostatni dzień prawdziwego ścigania zakończył mając w klasyfikacji generalnej 55 sekund przewagi nad drugim Guidim.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze przygody kolarza Lampre, nic dziwnego, że nie czuł się on źle z tym, że powrót na pozycję lidera ułatwiły mu nieco kraksy rywali – Ja też trzy razy leżałem. Takie jest kolarstwo  – tłumaczył nie bez racji na mecie przedostatniego etapu. 

Wcześniej sam z powodu kraks dwukrotnie tracił koszulkę dzień po jej zdobyciu – na szczęście, jak głosi znane polskie przysłowie: “Do trzech razy sztuka”. Kolejny dzień to był już etap przyjaźni, na którym zwykle (choć jak pisaliśmy w poprzednim odcinku cyklu, nie zawsze), nie działo się zbyt wiele, jeśli chodzi o walkę w klasyfikacji generalnej. Mimo wszystko, łatwo zrozumieć, że cel Sprucha był jeden – dojechać w jednym kawałku.

Naprawdę nie chciałem ryzykować – mówił po kończącym wyścig Kryterium po ulicach Warszawy, na którym i tak zajął świetne czwarte miejsce. Mimo wielu kłopotów po drodze udało mu się więc w końcu wygrać największy z polskich wyścigów. Wykorzystał właściwie ostatnią szansę, bo choć w kolejnych latach osiągał największe sukcesy w karierze – choćby miejsca na podium w Milano-Sanremo, Gandawa-Wevelgem, a nawet na mistrzostwach świata, to w Tour de Pologne, pomimo kilku kolejnych startów, nigdy już nawet nie zbliżył się do podobnego osiągnięcia.

Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z archialnych wydań „Przeglądu Sportowego”

Klasyfikacja generalna Tour de Pologne 1995 (top 10):

1
 SPRUCH Zbigniew
Lampre Panaria Animex 25 29:45:48
2
 GUIDI Fabrizio
Navigare – Blue Storm 18 0:55
3
 BARANOWSKI Dariusz
EB Victoria Rybnik 14 2:02
4
 LESNIEWSKI Marek
Rotan-Abpol 11 3:49
5
 BROŻYNA Tomasz
DEK Meble Joko Romar 8 4:25
6
 VAINŠTEINS Romāns
Łotwa 6 5:26
7
 GWIAZDOWSKI Grzegorz
DEK Meble Joko Romar 4 5:29
8
 SYPYTKOWSKI Andrzej
Rotan Spiessens – Hot Dog Louis 3 5:36
9
 BODYK Jacek
DEK Meble Joko Romar 2 5:44
10
 GRAGUS Eddy
Montgomery – Bell 1 5:45

 

Zobacz też:

Historia Tour de Pologne (1) – Zwycięstwo okupione łzami

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments