Rzeszow 1987 r. Zakonczenie kolarskiego wyscigu dookola Polski.W klasyfikacji indywidualnej Zwycieza Andrzej Piatek przed Markiem Lesniewskim i Czeslawem Lukaszewiczem.Fot. Jan Rozmarynowski /Forum
W przyszłym roku minie 30 lat od pierwszej edycji Tour de Pologne zorganizowanej przez Czesława Langa. Z tej okazji postanowiliśmy stworzyć cykl, którego zadaniem będzie zapoznanie Was z historią tego wyścigu. Co dwa tygodnie możecie spodziewać się tekstu, przypominającego najciekawsze, naszym zdaniem momenty w historii wyścigu – także tej przed tym, jak rządy nad wyścigiem objął medalista igrzysk olimpijskich z Moskwy. Na pierwszy ogień pójdzie jedna z najdziwniejszych edycji Wyścigu Dookoła Polski.

“Zbigniew Piątek z reprezentacji Polski (klub Korona Kielce) wjechał na stadion w Rzeszowie gdzie była wyznaczona meta ostatniego VIII etapu […]. Po chwili usiadł na trawie, ukrył głowę w ramionach i płakał.[…] Nie chciał z nikim rozmawiać. Nagabywany przez dziennikarzy złapał rower i wyjechał ze stadionu.” 

Przytoczony na wstępie cytat pochodzi z artykułu “Przeglądu Sportowego”, podsumowującego ostatni etap Tour de Pologne (przed nadejściem Czesława Langa w gazetach określenie to stosowano zamiennie z “Wyścigiem Dookoła Polski”)  z 1987 roku. Nic dziwnego, że po zakończeniu tamtego wyścigu kolarze byli nabuzowani emocjami – w końcu dwóch najlepszych – Marka Leśniewskiego i właśnie Piątka dzieliło w klasyfikacji generalnej zaledwie siedem sekund. 

Wyjątkowość całej tej sytuacji polegała jednak na tym, że Piątek nie zakończył tego wyścigu na drugim miejscu. To on był zwycięzcą, dla którego organizatorzy przewidzieli Fiata 126p. Dlaczego więc płakał (i nie, nie były to łzy radości, o czym zapewniał piszący cytowany artykuł Tomasz Jaroński)? Cóż, aby to zrozumieć, wystarczy poznać szerszy kontekst.

Jak w 85’

W 1987 roku Marek Leśniewski był wschodzącą gwiazdą polskiego kolarstwa. Miał 24 lata, a na koncie mnóstwo sukcesów – także osiągniętych za granicą. Wygrywał etapy Milk Race (1984 i 1986) i regularnie błyszczał w wyścigach francuskich oraz belgijskich. Najlepiej szło mu jednak na trasach Tour de Pologne. Już w 1984, jako 21-latek, wygrał dwa etapy i klasyfikację punktową, a przez dwa dni nosił koszulkę lidera całego wyścigu. Rok później natomiast całkowicie zdominował cały wyścig i to pomimo faktu, że do czasówki rozgrywanej ostatniego dnia wyścigu przystępował daleki od optymalnej dyspozycji zdrowotnej (o czym więcej być może przeczytacie w którymś z kolejnych odcinków cyklu).

Teraz wracał, aby powtórzyć tamten sukces i długo wydawało się, że jest na dobrej drodze do ponownego wygrania wyścigu. Podobnie jak pozostali kadrowicze był beneficjentem dość oryginalnego pomysłu organizatorów, by na drugim etapie wyścigu przeprowadzić długą, 60-kilometrową jazdę drużynową na czas.

Decyzję podjęto po konsultacji ze sztabem szkoleniowym kadry – celem było przygotowanie reprezentantów Polski do mistrzostw świata w tej specjalności. Problem jednak w tym, że poskutkowało to ustawieniem wyścigu już na samym jego początku. Jak można było się domyślać, reprezentacja Polski zdominowała tamtą rywalizację, pokonując drugą drużynę o 1 minutę i 11 sekund. Biorąc pod uwagę fakt, że wyścig był krótki, uzyskana w ten sposób przewaga niemal zapewniała zwycięstwo któremuś z kadrowiczów.

Najmocniejszym, a może raczej najsprytniejszym, z nich przez długi czas był właśnie Leśniewski. Jego występ nie był aż tak spektakularny jak w 1985 roku. Nie wygrał dwóch etapów, nie prowadził w klasyfikacjach pobocznych, jednak to on był właścicielem najważniejszej z koszulek – tej dla lidera. Przed 7. etapem miał 23 sekundy nad drugim zawodnikiem, którym dość niespodziewanie był świeżo upieczony reprezentant Polski – Zbigniew Piątek.

W cieniu Jaskuły

Zenon Jaskuła mógł tylko złorzeczyć na zbytnią aktywność służb miejskich. Polana wodą jezdnia […] sprawiła, że reprezentant drużyny “Polska” zapoznał się z twardością warszawskiego asfaltu i prolog ukończył na 114. pozycji

– pisał “Przegląd Sportowy” po prologu wygranym przez przez Andrzeja Mierzejewskiego. Nic dziwnego, że Jaroński pochylił się nad losem przyszłego rywala Miguela Induraina i Toniego Romingera. W końcu ten był już wówczas jednym z najlepszych, a najprawdopodobniej najlepszym, polskim czasowcem. Niestety nie on jeden miał pecha – podobna nieprzyjemność spotkała wówczas m.in. 21-letniego Zbigniewa Piątka.

Wywróciłem się i straciłem 30-40 sekund. Wiadomo, trzeba było się podnieść, rozpędzić rower, odzyskać rytm. Taka strata na krótkim prologu była olbrzymia, więc nic dziwnego, że pałętałem się po niej w środku stawki

– wspomina w rozmowie z nami kolarz, którego pechowej wywrotki gazety nie zanotowały, zapewne dlatego, że nie należał on do faworytów wyścigu.

To był jego pierwszy występ w barwach reprezentacji Polski. Owszem, miał już spore osiągnięcia, ale tylko w kategorii orlików – w wyścigach ze starszymi zawodnikami potrafił zakręcić się w czołówce, ale zawsze trochę brakowało mu do podium, nie mówiąc już o zwycięstwach. Jak się jednak okazało, to właśnie on miał okazać się największym rywalem Marka Leśniewskiego.

Moje wyniki na poszczególnych etapach nie były zbyt dobre. Nie było podjazdów – finisze o zwycięstwo toczyły się w płaskim terenie, a ja sprinterem nigdy nie byłem. Poza tym brak doświadczenia, straty poniesione na początku wyścigu – to wszystko sprawiało, że za każdym razem rozprowadzałem któregoś z kolegów, a nie sam finiszowałem po wynik. Najważniejsze jednak, że cały czas łapałem się do odpowiednich odjazdów

– zdradza przyczynę, dla której tak szybko piął się w klasyfikacji generalnej.

W tamtych czasach często właśnie spryt pozwalający zabrać się w odpowiedni odjazd, a nie waty wykręcane na najcięższych podjazdach, decydowały o losach zwycięstwa (więcej na ten temat przeczytacie choćby w naszej rozmowie z Lechosławem Michalakiem). Po zakończeniu siódmego etapu wyglądało na to, że Piątkowi sprytu wystarczyło na 2. miejsce. Do Leśniewskiego tracił wówczas 23 sekundy i nie zanosiło się na to, by mógł odrobić taką stratę.

Koszulka stracona podczas… kolacji

Akurat jadłem kolację. Byłem w bardzo dobrym nastroju. Moje drugie zwycięstwo w wyścigu było niemal pewne. W tamtych czasach było tak, że wyścig kończył się etapem przyjaźni. Lider bronił prowadzenia w klasyfikacji generalnej – ściganie było już tylko o zwycięstwo etapowe. Wtem podchodzi do mnie mój trener klubowy – Janusz Hinc i mówi:

– W telewizji mówili, że jesteś drugi.

– Jak to drugi?

– Podobno dostałeś karę, 30 sekund i spadłeś na drugie miejsce.

Nie mogłem w to uwierzyć, ale potem przeczytałem komunikat i okazało się, że faktycznie. Piątek dostał “prezent” na etap przyjaźni

– opowiada nam dzisiaj Leśniewski, do którego dopiero później dotarło, co tak naprawdę się stało. Źródło całego zamieszania miało miejsce zdecydowanie wcześniej, na jednym z pierwszych etapów. Złapał wtedy gumę i wraz z Tomaszem Serediukiem – innym pechowcem, musiał dochodzić do peletonu po kolumnie samochodów.

Dawaliśmy sobie zmiany i razem wróciliśmy do grupy. Nie robiliśmy nic nieprzepisowego, dlatego byłem bardzo zdziwiony, gdy w wieczornym komunikacie pojawiła się informacja, że otrzymuję ostrzeżenie za pomoc otrzymaną od zawodnika innej drużyny.

Byłem wtedy młodym kolarzem i odwoływanie się od takich  decyzji  nie było moją rolą. To  robota trenera. Wiem to doskonale, bo gdy później sam pełniłem podobną funkcję w kadrze młodzieżowej, wielokrotnie składałem protesty. On tego wtedy nie zrobił, a ja dostałem ostrzeżenie

– wyjaśnia.

Innych konsekwencji nie było – jak się jednak okazało, tamto, niby mało istotne wydarzenie, miało później olbrzymie znaczenie. Siódmego dnia rywalizacji do mety dojechał cały peleton, ale wcześniej Leśniewski znów miał problemy ze sprzętem. Grupa była naciągnięta, więc nie mógł liczyć na szybką pomóc wozu technicznego. Z opresji musiał wybawić go zawodnik z innego zespołu

– Podjechał do mnie Józek Grochała. On nie liczył się w “generalce”, ja byłem liderem, więc sam zaproponował mi, że da mi koło. Z wdzięcznością przyjąłem jego pomoc, dzięki czemu mogłem pojechać dalej. Mignął mi wtedy obok jakiś polski sędzia, ale wtedy nie zwróciłem na niego uwagi 

– przyznaje zawodnik, którego koło od Grochały kosztowało 30 sekund w klasyfikacji generalnej, a mogło być jeszcze gorzej, bo początkowo chciano go nawet zdyskwalifikować. W końcu karę udało się zmniejszyć, ale to nie zadowalało Leśniewskiego, który czuł się pokrzywdzony. I na dodatek mógł liczyć na swoich kolegów z peletonu.

“Etap przyjaźni” pełen wrogości

Byłem koleżeński, więc inni kolarze mnie lubili. Po tej całej sytuacji usłyszałem: “Leśny, spokojnie, przed metą odjedziesz, my cię puścimy i wygrasz wyścig. Udowodnimy sędziemu, że nie tak się rozwiązuje takie sprawy”.

– opowiada o wydarzeniach sprzed rozpoczęcia ostatniego etapu Leśniewski, który przystępował do niego z 7-sekundową stratą. Czy rzeczywiście miał szansę na to, by oszukać przeznaczenie i odrobić czas, stracony w wyniku kary? Ówczesny lider wyścigu ma na ten temat inne zdanie:

Taki pomysł faktycznie był, ale bądźmy szczerzy, to było po prostu nieosiągalne. Wiadomo było, że klasyfikację generalną wygra któryś z reprezentantów Polski, więc pozostałe ekipy chciały wygrać etap. Tym bardziej, że na wyścig przyjechali również zawodnicy z innych krajów – przecież nie po to, żeby odpuścić sobie ostatni dzień ścigania. Co ich obchodziło to, czy wyścig wygra Leśniewski, czy Piątek.

Czy obcokrajowcom faktycznie udałoby się stworzyć odpowiednio mocną pogoń, by powstrzymać Leśniewskiego? Tego się już nie dowiemy. Na szczęście dla Piątka, mógł on liczyć na pomoc niezawodnych kolegów z Korony Kielce. Kadrowicz wcale nie był bowiem jedynym przedstawicielem “złocisto-krwistych” w peletonie tamtego Tour de Pologne. Poparcie dużej części peletonu dla wicelidera nie wystarczyło więc mu do tego, by odrobić straty – W pewnym momencie uznałem, że nie ma sensu walczyć z wiatrakami i zjechałem do tyłu – wspomina Leśniewski.

Tyle że nie był to koniec emocji – wręcz przeciwnie. Zwycięzca z 1985 roku wciąż miał szansę wygrać, gdyby Piątek nie dojechał do mety w peletonie. I choć on sam pogodził się z porażką, to w peletonie wciąż byli zawodnicy, którzy to właśnie jego chcieliby widzieć na najwyższym stopniu podium. W kierunku debiutanta poleciały więc, nieinspirowane przez jego rywala, mocne sugestie, by został z tyłu. On jednak nie ugiął się pod presją i ostatecznie dojechał do mety w peletonie. Cała sytuacja jednak sprawiła, że w końcu z jego oczu poleciały łzy.

Trochę mnie to wszystko przygniotło. Niby się cieszyłem, ale z drugiej strony, nie wiedziałem, jak do tego podejść. Czy na pewno dobrze zrobiłem? Wiedziałem, jakie były czasy. Bałem się nawet o swoje miejsce w reprezentacji, czy po narażeniu się starszyźnie, po prostu nie zostanę z niej wyrzucony. A nawet jeśli zostanę, to jak będę przyjmowany przez chłopaków?

– wspomina Piątek, którego obawy na szczęście się nie sprawdziły. W kadrze był jeszcze przez długie lata, zresztą, już kilka miesięcy później pojechał z kadrą do Villach, na mistrzostwa świata. W kolejnych latach wygrywał wiele wyścigów na polskim podwórku – m.in Małopolski Wyścig Górski (trzy razy) i Szlakiem Grodów Piastowskich, osiągał sukcesy w GP de Beauce i Tour du Croir et Chet. Brał udział w mistrzostwach świata, igrzyskach olimpijskich, a także spróbował swoich sił w kolarstwie zawodowym. Czy to dużo, jak na kolarza, który w wieku 21 lat wygrywał Tour de Pologne? Cóż, sam zdaje sobie sprawę z tego, że mogło być lepiej.

– Po tamtym zwycięstwie liczyłem, że czekają mnie nieco większe sukcesy. Myślę jednak, że miałem trochę pecha – w 1994, krótko po podpisaniu kontraktu z zawodową grupą Collstrop przytrafiło mi się wirusowe zapalenie wątroby. Nie byłem w stanie się po nim pozbierać i tak naprawdę, straciłem przez to trzy lata. Gdyby nie to, może lista sukcesów robiłaby wtedy większe wrażenie. Mimo wszystko, myślę, że nie mogę narzekać.

 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments