wout van aert tour de france 2021
ASO / Tour de France

Rozgrywana w ostatnią sobotę jazda indywidualna na czas miała być wielkim dniem w historii tegorocznej edycji Tour de France, ale olbrzymie różnice, jakie powinna była wygenerować, już istnieją. Czy to oznacza, że 40-kilometrowy odcinek w stylu retro jest zwykłą stratą czasu? Nie, to początek zupełnie nowej wojny psychologicznej i zaliczka, która przyniesie zwrot w niedalekiej przyszłości.

Podczas gdy najszybsi kolarze zawodowego peletonu czekają na królewski sprint na Polach Elizejskich, dla pozostałych uczestników 109. edycji Tour de France ostatni pojedynek będzie miał wymiar 40,7 kilometra i 434 metrów przewyższenia, które dzielą oksytańskie Lacapelle-Marival i Rocamadour.

Retro z uwagi na dystans, a baśniowa za sprawą rzędów kasztanowców i średniowiecznych zabudowań Rocamadour, sobotnia trasa zawiera trzy punkty pomiaru czasu zlokalizowane w Aynac (10,6 km), Gramat (22,1 km) i Couzou (32,6 km). Co ciekawe, dzielą one sobotni etap jazdy indywidualnej na czas na względnie równe części, ale również wyznaczają miejsca, w których wyzwanie w mniejszym lub większym stopniu zmienia swój charakter.

Odcinek pomiędzy Lacapelle-Marival a Aynac jest szybki i relatywnie kręty, pozwalając urywać sekundy za sprawą szczypty ryzyka i dobrej techniki. Dalej, w kierunku Gramat, droga cały czas odrobinę faluje, zmuszając do skupienia się na utrzymaniu właściwego rytmu, podczas gdy na kolejnych 11 kilometrach odpuszcza, umożliwiając zaczerpnięcie tchu przed bardzo wymagającą finałową częścią trasy.

Najciekawiej robi się po minięciu Le Cousou, czyli na ostatnich 8 kilometrach sobotniego etapu, gdzie uczestnicy wyścigu zmierzą się z dwoma podjazdami: Cote de Mages (1,6 km, śr. 4,7%) i Côte de l’Hospitalet (1,5 km, 7,8%). Już pierwsze z wymienionych wzniesień, które wyprowadzi kolarzy z wąwozu, jest cięższe niż wskazują na to jego uśrednione parametry, a bezpośrednio poprzedzająca metę ścianka sprawiedliwie kąsać będzie wszystkich po 40 kilometrach wytężonego wysiłku.

Oto, co na temat 20. etapu 109. edycji Tour de France napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 20, 23 lipca (ITT): Lacapelle-Marival > Rocamadour (40,7 km)

Nie wietrzna Kopenhaga, powrót Col du Granon czy ikoniczny L’Alpe d’Huez, ale właśnie ten odcinek podbił nagłówki tuż po prezentacji trasy tegorocznego Tour de France. Rozgrywane w górach etapy były bardzo krótkie, ale ostateczny kształt klasyfikacji generalnej 109. edycji wyścigu nada jazda indywidualna na czas tak długa, że aż niewspółczesna.

Dystans 40 kilometrów sam w sobie robi już piorunujące wrażenie, a dodatkowo pogłębia je płaski charakter trasy, która z całą pewnością zepchnie drobnych górali do głębokiej defensywy. Metę w niezwykle malowniczym Rocamadour bezpośrednio poprzedzi stroma Côte de l’Hospitalet (1,5 km, 7,8%), dodając małą szczyptę chaosu pomiędzy ostatnim punktem pomiaru czasu a finiszem.

Pogoda

Sobotnie prognozy dla północnej części Oksytanii przewidują ok. 25 stopni Celsjusza, niewielkie zachmurzenie i bardzo lekkie podmuchy zachodniego wiatru, który dla rywalizujących kolarzy będzie czołowy. Wbrew pozorom to dobra informacja, ponieważ przy prędkości oscylującej wokół 5 km/h, taki kierunek zapewnia możliwie najrówniejsze warunki, a aura nie powinna mieć żadnego wpływu na wyniki etapu.

Faworyci

To powinien być wielki dzień w historii tegorocznej edycji Tour de France, ale olbrzymie straty, które wygenerować miał 40-kilometrowy odcinek jazdy indywidualnej na czas, już istnieją. Sobotnich popisów na tle rosłych kasztanowców i średniowiecznego Rocamadour nie warto więc traktować wyłącznie przez pryzmat wartości wymiernych, po aptekarsku licząc każdą sekundę. To początek nowej wojny psychologicznej i zaliczka, która przyniesie zwrot w niedalekiej przyszłości.

Przeszłość, mimo wszystko, odciśnie na wynikach 20. etapu Wielkiej Pętli swoje piętno, i mam tu a myśli zarówno wpływ trzech tygodni rywalizacji na samopoczucie uczestników wyścigu, jak również ich wrażenia wyniesione z pierwszego pojedynku na ulicach Kopenhagi.

Zadowolony z pewnością nie był Filippo Ganna (INEOS Grenadiers), który wykręcił tam przyzwoity czas, choć bardzo niepewnie pokonywał kolejne zakręty na śliskiej nawierzchni. W sobotę sprzyjać mu będzie aura, ale musi on perfekcyjnie pokonać otwierające 30 kilometrów trasy, by na finałowych pagórkach nie ustąpić pola bardziej wszechstronnym specjalistom. Te same uwagi dotyczą pochodzących ze Szwajcarii Stefana Künga (Groupama-FDJ) i Stefana Bisseggera (EF Education-EasyPost), przy czym ten drugi musi być wyjątkowo żądny rewanżu po blamażu w stolicy Danii.

Jak zmęczony musi być Wout van Aert (Jumbo-Visma), żeby tego nie wygrać? 27-letni Belg w ostatnich dniach był wszędzie i robił wszystko, co musiało kosztować go wiele energii, ale podobne uwagi czyniliśmy w ubiegłym roku – zanim zdecydowanie wygrał sobotni odcinek jazdy indywidualnej na czas, po czym wykradł sprint na Polach Elizejskich. Powtórka z pierwszej części tego scenariusza wydaje się o tyle prawdopodobna, że ze wszystkich specjalistów to jemu końcówka wytyczonej przez organizatorów trasy powinna najbardziej przypaść do gustu.

Po tym, co pokazał na drugim z pirenejskich etapów, Mikkel Bjerg (UAE Team Emirates) może się dziś zaprezentować fenomenalnie lub fatalnie. 23-letni Duńczyk nie jest więc w stanie zaskoczyć, ale fakt, że w ubiegłym roku w podobnych okolicznościach pokonał samego Pogacara sugeruje, że 3-tygodniowe obozy treningowe we Francji mu służą. W tym samym miejscu trzeba również wspomnieć o sporych szansach na dobry wynik Brandona McNulty’ego (UAE Team Emirates), choć nieprzewidywalnego Amerykanina czeka całe mnóstwo ciężkiej pracy, by zrozumieć swój organizm w stopniu umożliwiającym mu wykorzystanie swojego potencjału.

Yves Lampaert (Quick-Step Alpha Vinyl) zadziwił wszystkich w Kopenhadze, a w drugiej części rozgrywania tegorocznej Wielkiej Pętli niewiele miał do roboty, ale sobotni sukces Belga mimo wszystko byłby niespodzianką. O występ nieco ponad stan podejrzewać można natomiast Alberto Bettiola (EF Education-EasyPost), Mattię Cattaneo (Quick-Step Alpha Vinyl), Benjamina Thomasa (Cofidis), Freda Wrighta (Bahrain Victorious), Dylana van Baarle (INEOS Grenadiers), Pierre’a Latoura (TotalEnergies) i Alexeya Lutsenkę (Astana Qazaqstan).

Jonas Vingegaard (Jumbo-Visma) ma moc, technikę i żółtą koszulkę, które na papierze powinny uczynić go konkurencyjnym na długiej trasie do Rocamadour. Będzie jednak zupełnie zrozumiałe, jeśli tego dnia zwycięży pragmatyzm, który zmusi 25-letniego Duńczyka do nieco ostrożniejszego pokonywania kolejnych zakrętów, tym samym eliminując go z walki o kolejny etapowy triumf. Triumf obiektywnie niepotrzebny po tym, jak przypieczętował on swoją dominację na Hautacamie.

Tadej Pogacar (UAE Team Emirates) będzie podejmował ryzyko i atakował, to wiemy na pewno. Jak daleko zaprowadzi to młodego Słoweńca w sobotę? Zamiast próbować się tego domyślić, lepiej po prostu obejrzeć występ dwukrotnego zwycięzcy Tour de France, który nieprzerwanie bawi się kolarstwem, dopiero poznając przy tym samego siebie. Oby dziś obyło się bez defektów i innych przygód.

Spodziewam się również bardzo dobrego występu Gerainta Thomasa (INEOS Grenadiers), który ten jeden raz może nie chcieć ustąpić pola swoim młodszym rywalom – jeśli tym razem zdejmie kamizelkę.

Jako jeden z niewielu zawodników czołówki, o co walczyć w klasyfikacji generalnej ma nieźle jeżdżący na czas Aleksandr Vlasov (Bora-hansgrohe), choć urazy odniesione w pierwszej fazie wyścigu na pewno zaważą na jego wyniku.

 

Tour de France 2022: Kolejność startu do jazdy indywidualnej na czas
Tour de France 2022: zapowiedź całego wyścigu
Tour de France 2022: plan transmisji telewizyjnych

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments