fot. Tour de France

Tegoroczny Tour de France rozpoczął się dość spokojnie, ale z czasem emocje zaczęły narastać. Zanim wyścig nabierze rozpędu i wjedzie w najwyższe góry, zachęcamy do przeczytania naszego podsumowania jego pierwszej, duńsko-francuskiej części.

Wielkie otwarcie

Kolejne Grand Depart największego wyścigu kolarskiego świata niewątpliwie mają swój urok – kibice, podekscytowani tak wielkim wydarzeniem, tłumnie wychodzą na ulicę. Dzięki temu, nawet jeśli widowisko pod kątem sportowym nie porywało, mogliśmy zobaczyć niezwykłą atmosferę, towarzyszącą Tour de France. Nie oznacza to rzecz jasna, że w Danii nie wydarzyło się nic – pierwsze etapy tegorocznej Wielkiej Pętli napisały wiele pięknych historii. Żółtą koszulkę po odcinku indywidualnej jazdy na czas założył Yves Lampaert, który – jak sam o sobie mówił – „jest tylko synem zwykłego farmera”. Kolejni zwycięzcy duńskich etapów również byli wyjątkowi – to Fabio Jakobsen i Dylan Groenewegen, którzy przed dwoma laty ucierpieli w kraksie na etapie Tour de Pologne w Katowicach. Obaj zawodnicy przeszli od tego czasu bardzo długą drogę, by powrócić na szczyt, co udało im się właśnie podczas tegorocznego Grand Depart. Całej duńskiej rywalizacji kolorytu dodawała aktywna jazda Magnusa Corta, z radością pokonującego każdy kilometr wyścigu w swojej ojczyźnie.

Z dużej chmury mały deszcz

Nie ukrywajmy – jeśli chodzi o emocje, pierwsze etapy nie porywały. Przed wyścigiem wiele mówiło się o moście nad Wielkim Bełtem, gdzie peleton mógł porwać się na strzępy. Tak się jednak nie stało. Później nadeszły nerwowe bruki, ale znów – większość faworytów przejechała wymagający etap do Arenbergu „na zero”. No ale właśnie, większość – nie wszyscy. Choć można było się spodziewać, że różnice między głównymi pretendentami do zwycięstwa w wyścigu nie będą astronomiczne, było nieuniknione, że któryś z nich poniesie tu straty, ze względu na defekt bądź kraksę. Padło na: Primoža Rogliča, Bena O’Connora i Jacka Haiga, którzy do głównych rywali stracili odpowiednio dwie i ponad trzy minuty, natomiast kolarz Bahrain – Victorious musiał wycofać się z wyścigu. Na kolejnych etapach jego rodak – O’Connor – zmagał się z kontuzją i zdecydował, że nie przystąpi do wtorkowego odcinka, natomiast Słoweniec wciąż jest w grze o wysoką lokatę w „generalce”. Co prawda do lidera, Tadeja Pogačara, traci prawie trzy minuty, z pewnością łatwo się nie podda i zrobi wszystko, by tym razem Wielka Pętla – mimo przygód – zakończyła się dla niego szczęśliwie.

fot. Tour de France
Żółty i zielony kosmita

Dwaj kolarze zdecydowanie zdominowali (ktoś może powiedzieć, że zabili) rywalizację w pierwszym tygodniu Tour de France. Tadej Pogačar i Wout van Aert wygrali po dwa etapy, odpowiednio dwa i trzy razy plasowali się na niższych miejscach podium, a oprócz tego uświetniali wyścig swoimi atakami i aktywną jazdą. Sam Geraint Thomas po jednym z etapów przyznał, że są oni o poziom lepsi od pozostałych, co zresztą wielokrotnie udowadniali – wszyscy pamiętamy fenomenalny atak Belga w końcówce etapu do Dunkierki, pomoc liderom na brukach, triumf w Lozannie, a także… dość dziwną ucieczkę na odcinku do Longwy, za którą zapłacił utratą koszulki lidera. Tadej Pogačar natomiast z dnia na dzień udowadnia, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Czy to podjazd, czasówka, bruki czy finisz z okrojonej grupy – zawsze stara się walczyć o zwycięstwo, co całkiem często mu się udaje. Niepokojące jest to, że wygrywanie, zarówno jemu, jak i Woutowi, się nie nudzi, co na własnej skórze odczuli i pewnie niejednokrotnie odczują uciekinierzy. Wszystko wskazuje bowiem na to, że panowie w żółci i zieleni nie zatrzymają się na dwóch etapowych skalpach.

La Planche des Belles Cyclistes

Końcówka etapu z metą na podjeździe pod La Planche des Belles Filles po raz kolejny okazał się wielkim spektaklem – śmiało można powiedzieć, że był to jeden z lepszych, o ile nie najlepszy, finisz w tym roku. Początkowo mogło się wydawać, że wycieńczony Lennard Kämna utrzyma swoją przewagę na grupką faworytów. Następnie przez chwilę głównym pretendentem do triumfu był atakujący Jonas Vingegaard, ale losy etapu tuż przed kreską odwrócił Tadej Pogačar, który – o dziwo – również wyglądał na niezwykle zmęczonego. Zwycięstwo na La Planche des Belles Filles miało dla niego jednak wyjątkowe znaczenie – po pierwsze, to właśnie tam zapewnił sobie pierwszy triumf w Wielkiej Pętli, a dodatkowo po zakończeniu tegorocznego etapu ogłosił powołanie fundacji, prowadzącej badania nad rakiem.

fot. Tour de France
Koronawirus znów psuje zabawę

Kolarstwo w ostatnim czasie regularnie stara się nam przypominać o istnieniu koronawirusa – jeszcze w wyścigach poprzedzających Wielką Pętlę, jak: Tour de Suisse, Criterium du Dauphine czy Tour of Slovenia, dochodziło do zakażeń wirusem. Niestety dotarł on też na Tour de France i zdążył już wykluczyć z rywalizacji kilku zawodników. Nieszczęśliwymi wybrańcami okazali się: Vegard Stake Laengen, Geoffrey Bouchard, a także Guillaume Martin, który przed wycofaniem się z wyścigu plasował się na czternastej pozycji w klasyfikacji generalnej. Na całe szczęście, wszystkie testy przeprowadzone w dniu przerwy okazały się negatywne – miejmy nadzieję, że skończy się na pojedynczych przypadkach koronawirusa z pierwszego tygodnia i żaden z pozostałych zawodników nie uzyska pozytywnego wyniku testu.

Widoczni Polacy

Podsumowując pierwszy tydzień Tour de France nie można zapomnieć też o czwórce polskich kolarzy – Rafale Majce, Łukaszu Owsianie, Kamilu Gradku i Macieju Bodnarze – którzy wielokrotnie byli widoczni na czele peletonu. Szczególnie należy wspomnieć o pierwszym z nich. Rafał Majka wielokrotnie pokazał się jako najlepszy pomocnik Tadeja Pogačara w górach, ułatwiając mu przejęcie żółtej koszulki, a następnie powiększanie przewagi nad rywalami. Możemy tylko być dumni z naszych rodaków i życzyć im powodzenia w dalszej części Tour de France, w której…

„Wszystko się może zdarzyć”

Ze względu na widowiskową jazdę Tadeja Pogačara, mogłoby się wydawać, że kwestia zwycięstwa w Tour de France jest już zamknięta. Nic bardziej mylnego – Słoweniec po dziewięciu etapach ma „zaledwie” 39 sekund przewagi nad Jonasem Vingegaardem. Najcięższe, górskie odcinki kolarze mają jeszcze przed sobą, ale, jak na razie, walka o żółtą koszulkę cały czas się toczy. Dodatkowo, grono kandydatów do podium jest wciąż szerokie – dwunastu zawodników na miejscach 3-14 mieści się w 2,5 minuty, co zwiastuje ciekawą rywalizację w drugim, przepełnionym górskimi etapami tygodniu!

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments