fot. Unipublic / Charly López

Fabio Jakobsen odniósł na ósmym etapie wyścigu Vuelta a España pięćdziesiąte zwycięstwo w sezonie dla drużyny Deceuninck-Quick Step. Hiszpańska Vuelta zawitała dzisiaj do chętnie odwiedzanego kurortu w regionie Murcja – La Manga del Mar Menor, lecz dwiema łyżkami dziegciu w beczce miodu są: nieobecność kontuzjowanego Alejandro Valverde oraz katastrofa ekologiczna, jaka występuje w tym miejscu. 

Tegoroczna edycja wyścigu Vuelta a España w większym stopniu niż miało to miejsce w poprzednich latach zadowala fanów sprinterskich końcówek. Ta sobotnia była już czwartą w tym wyścigu. Po dwa finisze wygrali Fabio Jakobsen i Jasper Philipsen z drużyny Alpecin-Fenix, który tym razem na długich prostych w ostatniej fazie etapu został zamknięty i nie otrzymał tak dobrej pomocy od swoich rozprowadzających jak poprzednio. Tymczasem Holender świętuje swoje drugie zwycięstwo po tragicznym wypadku w Katowicach. —Powtórzyć tutaj zwycięstwo etapowe znaczy dla mnie bardzo wiele. Dwa lata temu w moim debiucie na Vuelcie także wygrałem dwa etapy i osiągnąć to teraz jeszcze raz jest czymś wspaniałym. Ostatnie 40 kilometrów było bardzo nerwowe, ale mam szczęście otaczać się wspaniałą drużynę — mówił po etapie Jakobsen. 

Na szczęście na ósmym etapie, pomimo dużego napięcia, chaosu i obawy o wiatr, obyło się bez kraks. Ucieczkę dnia stworzyło trzech Basków reprezentujących hiszpańskie drużyny drugiej dywizji, jednak z jazdą na czele wyścigu pożegnali się już 35 kilometrów przed metą. Stało się to po mocniejszym pociągnięciu kolarzy zespołu Astana-Premier Tech, mającym na celu napsucie krwi zawodnikom walczącym w klasyfikacji generalnej. Ostatecznie skończyło się jedynie na strachu.  

Hiszpańska Vuelta dojechała do regionu Murcja, z którego pochodzi Alejandro Valverde. 41-latek, który nie może być pewien, że wystartuje w kolejnej edycji swojego wielkiego touru, miał nadzieję cieszyć się tym momentem. Niestety plany pokrzyżowała mu groźnie wyglądająca kraksa na jednym ze zjazdów na siódmym etapie. Wczoraj wieczorem pisał w mediach społecznościowych, że boli wycofywać się z wyścigu u drzwi swojego domu. W sobotni poranek, w czasie, gdy jego koledzy z drużyny Movistar szykowali się do startu, Valverde przechodził operację złamanego prawego obojczyka. Ta przebiegła pomyślnie, chociaż jest raczej pewne, że nie zobaczymy go już na szosie do końca sezonu.  

Tymczasem w Hiszpanii panuje wielkie smutek z powodu wycofania się Alejandro Valverde, który wygrał Vueltę w 2009 roku, siedem razy stał w tym wyścigu na podium i nigdy wcześniej się z niego przedwcześnie nie wycofał. Media piszą, że wyścig stracił swój symbol, albo że Valverde osierocił swoich rodaków. — To wielka szkoda zakończyć Vueltę w taki sposób, skoro od swojego debiutu w tym wyścigu Alejandro nigdy się nie wycofał. Czekamy na ciebie w przyszłym roku — napisali organizatorzy. 

Warto również wspomnieć o czymś, co niektórym z sympatyków kolarstwa mogło umknąć. Realizator transmisji telewizyjnej raczył nas pięknymi zdjęciami plaż w La Manga del Mar Menor, ale pięć z nich jest obecnie zamkniętych z powodu ton śniętych ryb i innych skorupiaków, które giną z powodu zanieczyszczeń powodowanych przez złe nawyki miejscowych rolników. To miejsce, gdzie odbywa się ekologiczna katastrofa.  

Jutro Vuelta wybudzi się z chwilowej drzemki. Na kolarzy czeka podjazd Alto de Velefique, który ma kategorię specjalną i zakończy dziewiąty etap. Wcześniej wspinaczka na trzy inne górskie premie, a łączna liczba metrów przewyższenia wynosi 4500 metrów. Aktualny lider wyścigu Primož Roglič (Jumbo-Visma) nie widzi powodu, by obawiać się kogokolwiek. — Nie boimy się nikogo. Ale oczywiście, najbardziej komfortowo będzie się czuł ten, kto będzie najsilniejszy i miejmy nadzieję, że to będzie nasza drużyna — mówił przed tym etapem Słoweniec. 

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments