fot. Tour de France

W końcu prawdziwie alpejski odcinek, na który z pewnością czekało wielu sympatyków kolarstwa szosowego! W czwartek na trasach 107. edycji Tour de France nie zabraknie ani wysokości względnych i bezwzględnych, ani nachylenia, a oczekiwana batalia pomiędzy pretendentami do tytułu rozpocznie się na mocno zakorzenionym w roli bezwzględnego mistrza drugiego planu podjeździe, by znaleźć swój finał na debiutującej w wyścigu przełęczy.

Tegoroczna Wielka Pętla wybrała inne ścieżki, celowo wiodące przez mniej znane i krótsze podjazdy, zamiast ikonicznych przełęczy stawiając na świeżość, odkrycia i stanowiącą z perspektywy sprinterów przeciwieństwo świeżości stale rosnącą liczbę kilometrów pokonywanych pod górę. Dzisiejszy etap jest jednym z bardzo niewielu ściśle nawiązujących do tych, z którymi powszechnie kojarzony jest wyścig, czym w połączeniu z jego alpejskim charakterem i metą będącą najwyższej wyniesionym punktem na tegorocznej trasie (2304 m n.p.m.) zasłużył na miano królewskiego. O ile jednak regularnie odwiedzane Grenoble i Col de la Madeleine nie mają przed kolarzami już żadnych tajemnic, największą niewiadomą dnia będzie intrygujący podjazd, który już za kilka godzin znajdzie się w samym centrum walki o klasyfikację generalną i koszulkę w czerwone grochy: Col de la Loze. 

Zanim do tego dojdzie, dzień rozpocznie się relatywnie łagodnie, a po starcie ze słusznie kojarzonego ze sportami zimowymi, najważniejszego ośrodka miejskiego departamentu Isere, peleton od rozpoczęcia pierwszej wspinaczki dzielić będzie blisko 90 kilometrów. Na tym odcinku rozegrany zostanie lotny finisz w miejscowości La Rochette (45. kilometr) oraz obfitująca dotąd w znacznie większe dramaty i zwroty akcji walka o udział w odjeździe dnia. To drugie w kontekście dalszego rozwoju wydarzeń wydaje się bardziej interesujące, bo będzie mieć realny wpływ na przebieg decydującej części rywalizacji.

Pierwszym z dwóch kategoryzowanych podjazdów dnia będzie uwielbiana przez patrzących na nią z bezpiecznej perspektywy kanapy ekspertów, ale budząca co najmniej sprzeczne uczucia w nawet największych legendach kolarstwa szosowego mistrzyni drugiego planu, czyli Col de la Madeleine (17,1 km, śr. 8,4%). To ta przełęcz, która na najbardziej klasycznych alpejskich etapach poprzedza zazwyczaj Col de la Croix de Fer/ Col du Glandon, Col de l’Iseran czy L’Alpe d’Huez. W tegorocznej edycji Tour de France pokonywana będzie od tej samej strony, co podczas niedawnego Criterium du Dauphine, a to oznacza, że najmocniej uderzy na samym wstępie (pierwsze 4 kilometry 8,8-10,8%), a zjazd do kolejnej doliny może okazać się jeszcze trudniejszy niż sam podjazd. Jeśli ktoś będzie zdeterminowany, żeby na nim zyskać, ktoś inny na pewno straci, ale to prognozowane na popołudnie burze mogą uczynić go naprawdę niebezpiecznym. Ponieważ dwie bardzo długie wspinaczki dnia dodatkowo oddziela płaskie 15 kilometrów, najważniejszą rolę Col de la Madeleine może odegrać w kontekście walki o koszulkę najlepszego górala wyścigu, bo w pełni zasłużone hors categorie przy jej imieniu oznacza, że na szczycie do rozdania będzie aż 20 punktów.

Niezależnie od scenariusza, wielki finał czwartkowego etapu rozegrany zostanie na debiutującym w wyścigu Col de la Loze (21,5 km, śr. 7,8%), czyli podjeździe znanym głównie uczestnikom zeszłorocznego Tour de l’Avenir i tym zawodnikom, którzy podobnie jak Primoz Roglic postanowili gruntowanie odrobić swoje zadanie domowe jeszcze przed rozpoczęciem 107. edycji Tour de France. Choć suche dane wskazują na typową alpejską wspinaczkę, w rzeczywistości okazują się bardzo mylące, bo podjazd ten ma tak nieregularne odcinki, że nie są w stanie tego odzwierciedlić nawet średnie dla poszczególnych kilometrów. Pierwsza połowa Col de la Loze jest relatywnie łagodna jako typowa droga prowadząca do stacji narciarskiej, jednak na wysokości Meribel standardowe rozwiązania się kończą. Wtedy właśnie zawodnicy wjadą na wąską i stromą ścieżkę rowerową, która na ostatnich 5 kilometrach raczyć ich będzie ciasnymi serpentynami i nachyleniami nie mniejszymi niż 9%, w porywach do 24%. Ostatnia, tym razem 18-procentowa stromizna znajduje się niecałe 2 kilometry przed metą, na której z okazji osiągnięcia najwyższego punktu tegorocznej edycji Wielkiej Pętli (Souvenir Henri Desgrange) czekać będzie aż 40 punktów do klasyfikacji górskiej oraz cenne, choć standardowych wartości bonifikaty czasowe.

Oto, co na temat 17. etapu 107. edycji Tour de France napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 17, 16 września: Meribel – Col de la Loze (170 km, góry)

Drugi z prawdziwie górskich etapów w tegorocznym Tourze wygląda naprawdę imponująco. Organizatorzy na jednym etapie zmieścili dwa potwornie trudne podjazdy, na których najlepsi górale będą mieli okazję do stoczenia pojedynków na długo zapadających w pamięć sympatyków dyscypliny. Po 88 kilometrach spokojnej jazdy alpejskimi dolinami, peleton zmierzy się z legendarnym Col de la Madeleine (15,8 km, 8,1%), czyli górą, którą Eddy Merckx do dziś uważa za jedną z najtrudniejszych, na które kiedykolwiek się wspinał. Do mety z kolei prowadzić będzie podjazd pod Col de la Loze (18,6 km, 7,7%, ostatnie 4,5 km, 10,1%), który nie został użyty podczas tegorocznego Criterium du Dauphine (kolarze finiszowali w Saint-Martin-de-Belleville), lecz znamy go z zeszłorocznego Tour de l’Avenir. Czasówka prowadzona na wspomniany szczyt padła łupem Alexandra Evansa, który wzniesienie pokonał w 1h05’39”. Robi wrażenie, prawda?

Królewski czy nie, to właśnie etapy rozgrywane w krajobrazie największych alpejskich przełęczy tworzą scenariusze najbardziej pamiętnych triumfów z odjazdów. To, czy i dziś będziemy świadkami takiego zwycięstwa może jednak zostać rozstrzygnięte już w początkowej fazie rywalizacji, bo o czym przekonaliśmy się chociażby wczoraj, przy takim rozłożeniu akcentów każdy Lennard Kamna potrzebuje do odniesienia sukcesu swojego Daniela Ossa. Peleton bywał pod względem odpuszczania mocnych odjazdów w tej edycji wyścigu wyjątkowo kapryśny, ale wydaje się, że przynajmniej ekipie lidera taki scenariusz powinien odpowiadać po tym, jak okazało się, że Tadej Pogacar jest w stanie mu wykradać sekundy z bonifikat.

A kiedy myślimy o Alpach i epickich etapowych triumfach, przed oczami momentalnie staje Thibaut Pinot (Groupama-FDJ), który po coś przecież pozostał w tym wyścigu i który największe sukcesy osiąga niestety właśnie wtedy, kiedy nie trzeba już walczyć z presją gry o największą stawkę. 

Francuz nie będzie jedynym kolarzem, który zaznaczył w kalendarzu właśnie ten dzień, a walką o historyczny triumf na Col de la Loze powinni być również zainteresowani Marc Hirschi (Sunweb), Daniel Martinez (EF Pro Cycling), Warren Barguil (Arkea Samsic), Pavel Sivakov, Richard Carapaz (Team INEOS), Pierre Rolland (B&B Hotels-Vital Concept), Marc Soler (Movistar), Emanuel Buchmann (Bora-hansgrohe), Dan Martin (Israel Start-Up Nation), Esteban Chaves (Mitchelton-Scott) czy Valentin Madouas (Groupama-FDJ).

W obliczu ewentualnej walki samych faworytów, naprawdę trudno wybrać kogoś spoza dwójki dominujących Słoweńców, ale kolejny raz z dobrej strony powinni się pokazać również Miguel Angel Lopez (Astana) i Mikel Landa (Bahrain-McLaren).

Plan transmisji Tour de France 2020 w Eurosporcie

Mapy Tour de France 2020

Lista startowa Tour de France 2020

Poprzedni zwycięzcy Tour de France

Prezentacja Tour de France 2020