fot. Milano - Sanremo

To nie będzie zwyczajny Milano-Sanremo. To nie będzie la Primavera, która chociaż tradycyjnie zwiastuje nadejście włoskiej wiosny z dumą nosząc jej dźwięczne imię, bardzo rzadko rozpieszcza zawodników słońcem i przejrzystym niebem. W przesiąkniętą pełnym napięcia oczekiwaniem atmosferę pierwszego monumentu sezonu od zawsze wpisane jest cierpliwe odliczanie mozolnie upływających kilometrów, jednak jeszcze nigdy nie kazał nam on na siebie czekać aż tak długo. Tegoroczna la Classicissima to lejący się z nieba żar, blichtr nadmorskich kurortów w pełnej krasie, turkusowa tafla Morza Liguryjskiego i trasa, która na dystans pokonała siebie samą. Najłatwiejsza do ukończenia, najtrudniejsza do zdobycia. To najdłuższa z wiosen, jaką ktokolwiek z nas może pamiętać.

Po tym, jak cały świat z początkiem marca na kilka tygodni dosłownie się zatrzymał, kolarski kalendarz stanął na głowie, jednak pośród mnóstwa porzucających doskonale znane schematy przetasowań jedna rzecz nie uległa zmianie: Milano-Sanremo pozostaje pierwszym z pięciu monumentów sezonu. Pozostaje tym, w przeddzień którego dyspozycja pretendentów do triumfu na Via Roma jest w dużej mierze zagadką. Tym, który otwiera tę część sezonu rozgrywania wyścigów jednodniowych, w której walczy się niemal wyłącznie o najwyższą stawkę, ale którą w tym roku zamknie nie Il Lombardia, a październikowa edycja Paryż-Roubaix. I wreszcie tym, w którym po pokonaniu przez peleton 280 kilometrów ciągle nie jesteśmy bliżej rozwiązania, niż tego samego dnia rano. Jeśli jednak jeszcze do niedawna wydawało się, że w tym punkcie nie możemy być od niego dalej, a Piekło Północy nigdy nie zamarznie, ten rok może już wkrótce boleśnie rozprawić się również i z tymi kolarskimi paradygmatami. Nie takie rzeczy już robił.

Choć w zapowiedziach tak istotnych z perspektywy kolarstwa szosowego wyścigów staram się unikać daleko idących uproszczeń, w określonych okolicznościach również one mogą być narzędziem służącym uwypukleniu unikalnych cech każdego z nich. Można więc nie naginając przesadnie rzeczywistości przyjąć, że podczas gdy Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia dedykowane są góralom (lub też precyzyjniej, zawodnikom klasyfikowanych przez posiadających znacznie zasobniejszy słownik kolarskiej terminologii Francuzów jako puncheurs), Paris-Roubaix specjalistom od bruków, a Ronde van Vlaanderen zawodnikom do pewnego stopnia łączącym te umiejętności, Milano-Sanremo – w najprostszym ujęciu – to królestwo sprintu.

Nawet zaś w pełnometrażowym sezonie, ciągnącym się obecnie od stycznia do końca października –  sytuacji, z którą w tym roku nie mamy do czynienia, lista znaczących wyścigów jednodniowych dedykowanych najszybszym kolarzom zawodowego peletonu jest zaskakująco krótka, zawierając obok la Primavery Kuurne-Bruxelles-Kuurne, Gent-Wevelgem, Scheldeprijs i Paris-Tours.  Z uwagi na swój wyjątkowy status, Milano-Sanremo dzierży niekwestionowaną pozycję najważniejszego z nich, co automatycznie czyni go głównym celem wielu sprinterów na pierwszą część sezonu. Mimo tego nie wszyscy z nich decydują się walczyć o najwyższe laury na Via Roma. Dlaczego? I czy nagłe skumulowanie wszystkich możliwych do przeprowadzenia imprez na dystansie zaledwie trzech miesięcy oraz dalekie od typowych warunki rozgrywania la Classicissimy coś w tej sprawie zmienią?

Ponieważ Milano-Sanremo to nie tylko najdłuższy z monumentów, ale także najdłuższy wyścig jednodniowy całego kolarskiego kalendarza, a towarzysząca mu aura bardzo często wcale nie przywołuje na myśl wiosny. I o ile rozgrywanie la Primavery w sierpniu, co zdarza się po raz pierwszy w jej 113-letniej historii, znacząco redukuje ryzyko przeziębienia, tak główna trudność związana nie tyle z ukształtowaniem terenu, co koniecznym do pokonania morderczym dystansem, jest bardziej aktualna niż kiedykolwiek. Tak się bowiem składa, że ten monolit, jakim dotąd była do znudzenia powtarzalna trasa Milano-Sanremo, z uwagi na pełnię sezonu w liguryjskich kurortach uległa znaczącym jak na jej standardy zmianom, które sprowadzają się nie tylko do dołożenia aż 700 dodatkowych metrów przewyższenia, ale również do wydłużenia jej do… no właśnie. W związku z licznymi zawirowaniami wokół objazdu miejscowości o wdzięcznej nazwie Alessandria, kiedy rozpoczynałam pisanie tego tekstu, profil na oficjalnej stronie wyścigu cały czas wskazywał dystans tuż poniżej mitycznej granicy 300 kilometrów (299.0 km), ale wystarczyło jedynie pięć akapitów, by wzrósł on do 305 kilometrów, co przynajmniej w warstwie symbolicznej robi ogromną różnicę. Jeśli bowiem nic się nie zmieni, przed nami najdłuższy Milano-Sanremo w historii, a ja mam rewelacyjny nagłówek.

W samej historii pierwszego monumentu sezonu, który od zarania najkrótszą z możliwych do wytyczenia dróg prowadził z industrialnego Mediolanu do nadmorskiego San Remo i nigdy nie porzucił swojej tożsamości, warto się na moment zanurzyć. W klarowny i jednocześnie zabawny sposób przypomina ona, jak przewrotny bywa los. 

Na pomysł organizacji pierwszej edycji imprezy wpadli przedstawiciele Unione Sportiva Sanremese, a ideą zorganizowania wyścigu kolarskiego rozpoczynającego się w jednym z przemysłowych miast północy Włoch i kończącego się w ich małej ojczyźnie udało im się zarazić stającego za wczesnymi sukcesami Il Lombardii Tullo Morgnaniego. Ten zaś sprawnie wykorzystał swoje kontakty w niezawodnej La Gazzetta dello Sport i już w 1906 rozegrana została pierwsza edycja la Primavery, która była wówczas wyścigiem dwudniowym. Historia prowadzącej z Mediolanu nad Morze Liguryjskie etapówki była jednak bardzo krótka, bo już podczas drugiej edycji zawodowcy znaleźli dość siły i determinacji by jednego dnia pokonać całość dystansu, czemu zawdzięczamy metaforę nadejścia kolarskiej wiosny. Anegdota ta przywoływana w przeddzień ekstremalnej, bo najdłuższej i najgorętszej edycji Classicissimy ma wyjątkowy wydźwięk, bo przypomina, że w swojej pierwotnej koncepcji nie miała być ona ani wyścigiem najdłuższym, ani nawet jednodniowym.

Łatka wyścigu przyjaznego sprinterom sprawia, że la Primavera bardzo niesłusznie uznawana jest za wyścig łatwiejszy od pozostałych czterech monumentów. W tym miejscu jeszcze raz należy podkreślić, że monstrualny dystans w znaczącym stopniu wpływa na ostateczny wynik rywalizacji i sprawia, że forma dnia ma tu jeszcze większe niż zazwyczaj znaczenie. Te właśnie okoliczności wykreowały decydujące wzniesienie Milano-Sanremo, Poggio, na najłatwiejszy z legendarnych podjazdów wykorzystywanych w kolarstwie szosowym, choć najprawdopodobniej w żadnym innym wyścigu nie zasługiwałby on nawet na nadanie mu jakiejkolwiek kategorii. Te same okoliczności sprawiają, że lista pretendentów do odniesienia zwycięstwa jest zazwyczaj znacznie dłuższa niż ma to miejsce w przypadku pozostałych klasyków tego samego kalibru, a okolicę linii mety na Via Roma każdego roku wyścieła wiele złamanych serc. La Classicissima jest bowiem grą na wyczekanie, wojną na wyniszczenie, która stopniowo podgryza i odbiera siły z każdym kolejnym kilometrem. A kiedy już sięga się kresu sił i wszystkie mięśnie błagają o litość, triumfują najwytrwalsi z najszybszych.

Doskonale znana trasa Milano-Sanremo to jeden z tych formatów, który zdaje się starzeć co najmniej tak dobrze, jak przysłowiowe wino, a wszystkie próby jej zrewolucjonizowania spełzały dotąd na niczym. Związana z wybuchem pandemii przerwa w rozgrywaniu imprez sportowych i przesunięcie wyścigu na sierpień wymusiły jednak na organizatorach dokonanie pewnych zmian w jej przebiegu, które co prawda nie mają większego wpływu na jej charakter na poziomie ogółu, ale jak już dowiodło wiele edycji la Primavery, kiedy rywalizacja odbywa się na dystansie 300 kilometrów, to detale decydują. Spójrzmy więc, jaka będzie 111. edycja pierwszego monumentu sezonu.

Choć współcześnie jest to już raczej wyjątkiem niż regułą, nawet w szalonym roku 2020 nazwa wyścigu trafnie wskazuje miejsca, w których zlokalizowane zostały start i meta  a więc Mediolan i San Remo. Pomiędzy oddalonymi od siebie o 305 kilometrów stolicą Lombardii i miastem kwiatów tradycyjnie znajduje się zaledwie kilka niewielkich przeszkód, ale to właśnie tam wprowadzane zmiany czynią trasę tegorocznej edycji imprezy unikalną.

Nie będzie w tym sezonie Passo Turchino, które odkąd pamiętam nie miało żadnego wpływu na ostateczne losy rywalizacji, a jednocześnie stanowiło jedyną wyraźną dominantę wyrytego głęboko w pamięci profilu Milano-Sanremo. Zamiast niego tuż za półmetkiem skonsolidowany jeszcze peleton zmierzy się z podjazdem pod Niella Belbo (13,3 km, śr. 3,5%), a w okolicach 230. kilometra z Colle di Nava (3,9 km, śr. 2,9%), który co prawda jest od pierwszego z wymienionych wzniesień znacznie krótszy i łatwiejszy, ale jeśli wierzyć oficjalnemu profilowi wyścigu, cały dzielący je dystans może okazać się fałszywie płaski (false flat, you know). Ta niespodziewana kumulacja w zastępstwie Passo Turchino sprawia też, że łączne przewyższenie wzrośnie o 700 m. Niewiele? Okazuje się, że to aż 46% więcej niż w zeszłorocznej Classicissimie, co pozwala myśleć, że wraz z wydłużonym dystansem i prognozowanymi upałami uprawdopodobni to konkretne scenariusze.

Nie będzie też w tym roku słynnych Capo Mele, Capo Cervo i Capo Berta, które tradycyjnie pełniły rolę pierwszych wzniesień pokonywanych po dotarciu do części trasy malowniczo wiodącej wzdłuż wybrzeża. 

Ze względu na wzmożony ruch turystyczny w tym obszarze, zmęczeni wieloma godzinami spędzonymi na rowerze wśród dość monotonnych krajobrazów, kolarze zobaczą morze dopiero na wysokości Imperii. Zaledwie kilka kilometrów później przyjdzie im się zmierzyć z Cipressą (5.6km, 4.1%, max. 9%), a więc tym wzniesieniem, które co prawda służy jako trampolina do najbardziej nierozsądnych ataków, ale bardzo skutecznie odbiera energię najszybszym z pretendentów do tytułu.

Jeśli Cipressa otwiera decydującą fazę wyścigu, niepozorne Poggio (3.7km, 3.7%, max. 8%) i następujący po nim karkołomny zjazd stanowią jej absolutny punkt kulminacyjny. To na nim w większości drużyn dochodzi do dywersyfikacji zasobów, polegającej na wysłaniu do boju swoich najbardziej agresywnych kolarzy i jednocześnie udzieleniu koniecznej pomocy walczącym o życie sprinterom. Chociaż ekipy zazwyczaj z góry skłaniają się ku jednej z wyżej wymienionych opcji na rozegranie końcówki, stawianie wszystkiego na jedną kartę jest w przypadku Milano-Sanremo wyjątkowo rzadko podejmowanym ryzykiem. Sprawia to, że na położony zaledwie 5400 metrów od linii mety szczyt Poggio jako pierwsza dociera zazwyczaj niewielka grupka zawodników, a końcowe kilometry stanowią ekscytującą rywalizację pomiędzy nimi, a broniącym interesu sprinterów peletonem.

 

 

 

 

 

 

 

Milano-Sanremo istotnie jest monumentem, który będąc wymienianym nawet w ścisłym gronie faworytów, najtrudniej jest wygrać, i dość łatwo jest sobie wyobrazić, z czego to wynika. Już sama korelacja dystansu, nie pozostającej bez wpływu pogody i często zawodnej formy dnia sprawia, że lista pretendentów do tytułu, jak na imprezę tego kalibru, jest wyjątkowo długa. Trudność w wytypowaniu zwycięzcy przede wszystkim sprowadza się jednak do tego, że nie sposób z góry założyć, który z równie prawdopodobnych scenariuszy wejdzie tym razem w życie, a właśnie to, bardziej niż w przypadku pozostałych największych wyścigów jednodniowych, różnicuje charakterystykę grupy, z której ostatecznie wyłoniony zostanie triumfator. Oczywiście wyłączywszy z tych rozważań kilku zawodników, o których wspomnę w samej konkluzji, i którzy w sprzyjających okolicznościach byliby w stanie odnieść sukces niezależnie od tego, jak rozegrana zostanie końcówka.

Jakie to scenariusze? Ten wpisany niejako w ustawienia domyślne Milano-Sanremo zakłada nieskuteczne ataki na Cipressie i Poggio, które doprowadzą do znaczącej selekcji w peletonie i sprinterskiego pojedynku na Via Roma. Zwycięzca powinien zostać wyłoniony z relatywnie małej grupy zawodników (15-20) –  bardzo szybkich, ale jednocześnie wytrzymałych i potrafiących się wspinać na poziomie oceny dobrej minus. Największe szanse na odniesienie zwycięstwa po takim rozegraniu końcówki będą mieli tacy zawodnicy, jak Peter Sagan (Bora-hansgrohe), Julian Alaphilippe (Deceuninck-Quick Step), Arnaud Demare (FDJ), Alexander Kristoff (UAE Team Emirates), Matteo Trentin (CCC Team), Greg Van Avermaet (CCC Team), Sonny Colbrelli (Bahrain-McLaren) czy Michael Matthews (Team Sunweb), ale najprawdopodobniej zabraknie w niej Fernando Gavirii czy Caleba Ewana.

Istnieje wariancja tego scenariusza, która zakłada oderwanie się tylko odrobinę mniejszej grupki zawodników (rzędu 10-15) już na samym zjeździe z Poggio, co może mieć miejsce zarówno w wyniku kraksy, jak wykorzystania świetnych umiejętności technicznych w tym zakresie. Jest to jeden z tych scenariuszy, który doprowadza do nie tylko bardzo ekscytujących, a również zaskakujących rozwiązań, ponieważ w jego wyniku często dochodzi do pojedynków faworytów wyścigu z pomocnikami, którzy znaleźli się we właściwym miejscu i czasie. Zakładając jednak, że to nie kraksa będzie przyczynkiem odjazdu, w walce o zwycięstwo z takiej grupy powinni się liczyć Wout Van Aert (Jumbo-Visma), Mathieu van der Poel (Alpecin-Fenix), Michał Kwiatkowski (Team INEOS), Oliver Naesen (AG2R-La Mondiale), Ivan Garcia Cortina (Bahrain-McLaren) czy Magnus Cort Nielsen (EF Pro Cycling), podobnie jak większość zawodników z poprzedniej grupy.

Wariant, na który z pewnością większość czytelników portalu liczy najbardziej, to ten, który przyczynił się do spektakularnego finiszu zakończonego triumfem Michała Kwiatkowskiego w 2017 roku, a więc skuteczny atak bardzo niewielkiej grupy zawodników na najbardziej stromym odcinku Poggio. Sagan i Alaphilippe swoimi pierwszymi występami po restarcie sezonu nie przekonali i o ile jestem skłonna uwierzyć, że nowy weekend będzie nowym rozdaniem, kolejny triumf Polaka w starciu ze Słowakiem i Francuzem nie byłby wielkim zaskoczeniem. Zainteresowanych rozstrzygnięciem wyścigu na swoją korzyść właśnie w ten sposób będzie jednak więcej, a wśród nich może się znaleźć między innymi świetnie dysponowany Van Aert, jak również Van Avermaet, Naesen, Trentin czy van der Poel.

Istnieje także możliwość, że na Poggio niewiele się wydarzy, a zwycięzca wyłoniony zostanie w wyniku sprintu z liczniejszego niż zazwyczaj peletonu. Gdyby do tego doszło, zwrócić uwagę należy na pełnokrwistych sprinterów, jak Caleb Ewan (Lotto Soudal), Fernando Gaviria (UAE-Team Emirates), Elia Viviani (Cofidis), Sam Bennett (Deceuninck-Quick Step), Giacomo Nizzolo (NTT Pro Cycling) i Nacer Bouhanni (Arkea Samsic), ale również wszystkich zawodników wymienionych przeze mnie jako potencjalni zwycięzcy finiszu ze zredukowanej grupy.

W tym miejscu można narysować linię oddzielającą scenariusze możliwe i prawdopodobne od możliwych i nieprawdopodobnych, które mimo wszystko wydają się na tyle ekscytujące, by choć krótko o nich wspomnieć. Tym bardziej, że nietypowe przecież dla Milano-Sanremo upały, jeszcze dłuższy dystans i zredukowanie składów do tylko sześciu zawodników może odegrać znaczącą rolę.

Czasy, w których wolno było się śmiać z ataków Vincenzo Nibalego na Cipressie i Poggio skończyły się wraz z jego pięknym triumfem w roku 2018, dlatego tym razem z szacunkiem wymienię zawodników, którzy mogą być zainteresowani przeprowadzeniem ataku z dystansu. Obok doświadczonego Włocha będą to Alberto Bettiol (EF Pro Cycling), Alexey Lutsenko (Astana), Tiesj Benoot (Team Sunweb), Michael Valgren (NTT Pro Cycling), Matej Mohoric (Bahrain-Merida) czy Bob Jungels (Deceuninck-Quick Step).

Mój typ? Van Aert albo Kwiatkowski. Obaj są nie tylko bardzo dobrze dysponowani, ale powinni być w stanie walczyć o zwycięstwo niezależnie od tego, który z wymienionych scenariuszy wejdzie w życie.

Ale to może być ktokolwiek od Nibalego po Gavirię. W tym właśnie piękno Milano-Sanremo.

Wyścig Mediolan-San Remo 2020 rozegrany zostanie w sobotę, 8 sierpnia.

Relację na żywo z wyścigu śledzić będzie można na antenie stacji Eurosport 1 od godz. 15.00.