fot. Tour de France

Wout Van Aert jest kolejnym przykładem na to, że kwarantanna wyzwala w kolarzach nieznane wcześniej pokłady kreatywności. W sobotę Belg przejechał 320 kilometrów po szutrze.

Przed Van Aertem niecodzienne wyzwania podejmowali m.in Emanuel Buchmann czy Remco Evenepoel. Natomiast Belg postanowił wziąć udział w evencie zorganizowanym przez Laurensa Ten Dama. Były zawodnik CCC Team zamierzał w tym roku wziąć udział w Dirty Kanza – szutrowym wyścigu, który miał odbyć się w zeszłą sobotę, jednak z powodu pandemii musiał zostać odwołany.

Holender postanowił, że w takim razie przejedzie 320 kilometrów samotnie, po wyznaczonej przez siebie, szutrowej trasie. Podobne wyzwanie zaproponował również innym zawodnikom, a rękawicę podjęli m.in dwaj zawodnicy Jumbo-Visma – Maarten Wynants i właśnie Van Aert. Belg, który z powodu kontuzji odniesionej podczas Tour de France, w tym roku wziął udział tylko w Omloop Het Nieuwsblad, na ukończenie trasy potrzebował 11 godzin i 17 minut.

320 kilometrów w ciągu doby to bardzo dużo, zwłaszcza że teren nie był płaski. Ostatnio trochę brakowało mi wyzwań, a to był bardzo dobry zamiennik

– mówił dziennikarzom HLN.be i dodał, że być może w przyszłości spróbuje swoich sił w prawdziwym Dirty Kanza.

To było bardzo ciekawe doświadczenie. Trasa nie była idealna – kilka razy utknąłem, ale mimo wszystko jestem zadowolony. To było bardzo fajne wyzwanie. Czy jeszcze kiedyś zrobię coś podobnego? Pewnie tak, ale teraz potrzebuję dwóch dni odpoczynku. Chciałbym kiedyś wziąć udział w Dirty Kanza.

Belg mógłby poradzić sobie w tym wyścigu całkiem dobrze – w końcu podczas dwóch ostatnich edycji Strade Bianche pokazywał, że umie jeździć po szutrze. Jednak wydaje się, że na razie jest to melodia przyszłości – na razie Van Aert skupia się na rozwoju swojej szosowej kariery, więc pewnie na jego występ w słynnym szutrowym wyścigu jeszcze trochę poczekamy.