Fot. Jeff Pachoud / East News

“Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – tak w każdym razie powiada przysłowie. Wiele jednak wskazuje na to, że kolarstwo niestety zbyt wielu przyjaciół nie ma. Gdy nastała bieda, musi jakoś radzić sobie samo.

Mniej więcej dwa tygodnie temu przeczytałem felieton Patricka Lefevere, w którym zarzucał UCI bezczynność i koncentrację wyłącznie na sobie. Tekst ukazał się ledwie dzień po tym, jak CCC rozpoczęło proces drastycznych cięć w swoich drużynach. “Największemu wrogowi nie życzę takiej historii” – napisał wówczas belgijski menedżer, krytykując jednocześnie kolarską centralę m.in. za to, że ta w obliczu wielkiego kryzysu w dyscyplinie zazdrośnie pilnuje terminu mistrzostw świata, blokując w kalendarzu aż dwa weekendy. Cenne dni, których peleton będzie jesienią pragnął jak kania dżdżu, by choćby spróbować zminimalizować ponoszone dzisiaj straty.

Nie minął kolejny tydzień, a UCI sama z rozbrajającą szczerością przyznała, że jeśli ktokolwiek oczekiwał od niej zrozumienia i wsparcia, powinien natychmiast porzucić swe zamiary. Bo kolarska centrala pieniędzy po prostu nie ma i z pomocą dyscyplinie jakoś przesadnie wychylać się nie zamierza.

Powodów takiego stanu rzeczy jest bez liku, choć mnie osobiście najbardziej urzekła informacja, że po części to efekt niezbyt szczęśliwych operacji finansowych, opartych na instrumentach zależnych od cen… ropy. W sumie szanuję za autoironię. Trzeba było również oddać wpisowe do kalendarza organizatorom ponad 600 imprez, które z powodu koronawirusa zostały odwołane. A to aż 30 procent zaplanowanych wydarzeń i spora część budżetu federacji.

Cisną się na usta pytania o pozostałe 70 procent oraz o długą listę innych płatności, które przy każdej możliwej okazji UCI chętnie inkasuje, ale przekaz w gruncie rzeczy był dość jednoznaczny: “nie pytajcie, bieda aż piszczy, musimy zwalniać ludzi, kasy nie ma”. W geście solidarności z poturbowaną dyscypliną władze federacji zdecydowały o redukcji swojego wynagrodzenia. Dobre i to, choć żadnej zagrożonej upadkiem drużynie życia raczej nie uratuje.

Na stronach naszego rodzimego związku poza informacją o odwołanych wyścigach również nie znalazłem niczego, co nosiłoby chociaż znamiona troski o przyszłość dyscypliny, do której miłość tak chętnie deklarowana jest przy każdych wyborach. O tym, że część zawodników może podczas domowych treningów korzystać ze sprzętu z Pruszkowa, dowiedziałem się wyłącznie z mediów społecznościowych kolarzy. Nie, żebym był tym jakkolwiek zaskoczony, w końcu profile samego PZKol już od jakiegoś czasu służą niemal wyłącznie nachalnej promocji biznesu jednego z wiceprezesów…

Kolarstwo, kolarki i kolarze muszą sobie radzić sami. Ze świadomością, że gdy czas izolacji się skończy, wszystko prawdopodobnie będzie wyglądać jeszcze gorzej. Że instytucje i ludzie, powtarzający w kółko frazesy o dobru kolarstwa, nie mając wiele do zaproponowania przed kryzysem, jeszcze mniej będą mogli zaoferować w jego apogeum.

Jeśli z tej ponurej lekcji, udzielanej nam przez wirusa, mamy wyjść jakkolwiek wzmocnieni, to już dziś powinniśmy zacząć szukać pomysłów na to, jak z dyscypliny wyeliminować te elementy, które ograniczają jej rozwój. Ostatecznie wyniki w sporcie osiąga się między innymi dzięki pozbywaniu się zbędnych obciążeń. A chyba nic nie ciąży dzisiaj kolarstwu bardziej, niż cała armia nikomu niepotrzebnych działaczy.

Patrzę dzisiaj na te wszystkie próby układania na nowo kalendarza, będące w większości wyłącznie listą pobożnych życzeń i realizowanych najczęściej według przewodniej myśli: “ratujmy co się da”. I czuję się rozdarty.

Z jednej strony marzę bowiem o tym, byśmy wszyscy jak najszybciej mogli wrócić do ścigania, oglądania, komentowania i opisywania wspaniałej walki na szosie, zamiast żałosnych prób naciągania kalendarza.

Ale z drugiej myślę o tym, że życie nam przyniosło znakomitą okazję do tego, by przemyśleć i poukładać ten sport zupełnie na nowo.

By skupić się na tych, którzy są w nim najważniejsi: na sportowcach.

By uwolnić ich od ciężaru reklam i kaprysów sponsorów.

By wynagradzać ich za wysiłek wkładany w walkę, a nie za czas spędzony w oku kamery.

By to oni byli pierwszym, a nie jednym z ostatnich ogniw tego łańcucha pokarmowego, który nazywamy kolarstwem.

By uwolnić ich od fałszywych przyjaciół, którzy nie sprawdzają się nawet w biedzie.