Foto: VeloImages

Szymon Rekita (Leopard Pro Cycling) był już bliski zakończenia kolarskiej kariery, ale ostatecznie, po namowach osób trzecich, postanowił dać sobie tę jeszcze jedną szansę. Między innym o tym, a także o początku sezonu i planach na najbliższą przyszłość opowiedział nam w Elblągu. 

Pojechałeś na wyścig Tour of Antalya jako obrońca tytułu, a tymczasem miałeś tym razem pecha z powodu kraks. Opowiedz proszę o tym. 

Tak, ten mój początek sezonu nie wygląda najlepiej, chociaż spodziewałem się, że wszystko będzie dobrze. Tak się zapowiadało, ponieważ już podczas zgrupowania na Majorce widziałem, że jestem w dobrej formie. Jednak niestety dwie kraksy w Turcji [podczas wyścigu Tour of Antalya] wykluczyły mnie z tego, aby starać się o dobry wynik. Pierwszą zaliczyłem na cztery kilometry przed końcem drugiego etapu (czyli nie załapałem się na strefę ochronną). Następnego dnia, na etapie do Termessos, który w tamtym roku wygrałem, również kraksa przed ostatnim podjazdem – leżało trzech, w tym dwóch z naszej drużyny.

Jest już w porządku z tym twoim kolanem, które ucierpiało w Turcji?

Generalnie tak. Odczuwam tylko swego rodzaju dyskomfort, ale jest w porządku. W poniedziałek [2 marca] będę wiedział, czy wystartuję w wyścigu 8 marca, a później mam zaplanowany start 15 marca [Paris-Troyes] i zaraz potem Olympia’s Tour. Co do tych dwóch ostatnich jestem pewny, że w nich pojadę, a co do tego pierwszego, to się jeszcze okaże.

Trenujesz normalnie, z pełnymi obciążeniami? 

Nie, dopiero dzisiaj [29 lutego] zrobiłem krótki, mocniejszy trening, aby zobaczyć, jak to wszystko wygląda, ale już od jutra, ponieważ wydaje się być wszystko OK, wracam do normalnych treningów.

Jak oceniasz poziom wyścigu Tour of Antalya? 

Pomimo że Antalya uzyskała teraz kategorię 2.1, to nie różniła się niczym w porównaniu do ubiegłego roku, kiedy wygrałem i kiedy miała 2.2. Zarówno poprzednio, jak i teraz startowała drużyna Israel [wówczas Cycling Academy, a teraz Start-Up Nation]. OK, teraz mają licencję World Tour, ale byli. W 2019 roku startował też Mathieu Van der Poel. Poziom tego wyścigu jest wysoki, i nie mówię tak dlatego, że mam z niego dobre wspomnienia. Organizacja, hotele – wszystko jest na najwyższym poziomie.

W wywiadzie udzielonym “Gazecie Olsztyńskiej” po tym, jak uhonorowano ciebie tytułem najlepszego sportowca powiatu olsztyńskiego 2019 roku powiedziałeś, że jeśli po tym sezonie nie uda ci się dostać do drużyny drugiej lub pierwszej dywizji, to zakończysz karierę. Przykro to słyszeć… 

Jeśli mam być szczery, to już tej zimy byłem prawie pewien, że kończę. Już nawet rozglądałem się za pracą [śmiech]. Ale przekonały mnie osoby z mojego rodzinnego Biskupca i mój menadżer z Leopard Pro Cycling, ponieważ widzą postęp, jaki robię – moc, jaką generuję itd. Mam 26 lat, jestem coraz mniej atrakcyjny dla ekip. W kolarstwie nastałała moda, że zatrudnia się bardzo młodych zawodników. Jak ja miałem 21 lat powtarzano mi cały czas, że jestem za młody na wyższy poziom (chociaż taki reprezentowałem) – mówiono mi, że powinienem się jeszcze uczyć. Teraz to wszystko się tak odwróciło, że jestem za stary, a ten, kto ma 21 lat jest w idealnym wieku, aby przechodzić chociażby do World Touru. Co roku rozmawiam z drużynami, niby jestem blisko podpisania kontraktu, a jednak wciąż się nie udaje. Nie chciałbym takiej sytuacji, że w wieku trzydziestu paru lat obudzę się z niczym. Prawda jest taka, że z kolarstwa emerytury jak na razie nie mam [śmiech].

Powiedziałeś, że do niekończenia kariery namawiał cię między innymi menadżer z drużyny Leopard Pro Cycling, a więc twoja rola musi być w niej dość ważna. Jaka ona rzeczywiście jest? 

Na pewno mam w tej drużynie bardzo mocną pozycję, jestem jednym z jej liderów. Jeśli chodzi o poziom Continental, to jest to super ekipa i mogę polecić ją każdemu, ale nie mogę myśleć, że do końca kariery będę jeździł w Leopardzie. To jest ekipa dobra do rozwoju, a w pewnym wieku trzeba też pomyśleć o finansach. Oni zapewniają mi wszystko, czego potrzebuję, ale jednak z czegoś trzeba żyć i myśleć o przyszłości. Czuję, że to jest ten czas, w którym coś się w moim życiu musi wydarzyć – albo ten kolarski świat opuszczę albo wskoczę na wyższy poziom. Coś z tych dwóch rzeczy musi się stać.

Jeśli złożyłaby tobie ofertę drużyna Pro Continental, to byłoby w porządku? Nie oczekujesz wyłącznie na ofertę z World Touru? 

Oczywiście. Ja teraz jestem można powiedzieć pół zawodowcem, ponieważ drużyna kontynentalna drużyna nie jest w pełni zawodową ekipą.

Bez różnicy jest również dla ciebie to, z jakiego kraju zgłosiłby się po ciebie zespół? 

Ktoś bardzo mądry powiedział mi, że życie jest jak pociąg – jeśli nie wsiądzie się do niego w odpowiednim momencie, to ten pociąg pojedzie dalej i nie będzie więcej okazji. Miałem kiedyś kilka propozycji, aby przejść do ekip drugiej dywizji, ale z nich nie skorzystałem, bo zawsze powtarzano mi, że ja mam być w World Tourze, że mam czekać na jedną konkretną ekipę, z którą miałem już podpisywać kontrakt, ale ostatecznie ten pociąg już odjechał i jestem teraz w takiej sytuacji, w jakiej jestem.

Z tych wyścigów, które przed tobą upatrzyłeś sobie jakiś konkretny czy będziesz dawał z siebie wszystko w każdym? 

Nie. Oczywiście, są wyścigi bardziej i mniej ważne, ale nie chciałbym się skupiać na konkretnych. Już ten pierwszy wyścig [w Turcji] pokazał, że robienie formy na jeden konkretny wyścig nie ma sensu. Zwłaszcza będąc na poziomie Continental, kiedy ja muszę pokazać, że jestem godzien wejścia na wyższy poziom. Jedna kraksa czy inny pech może to wszystko zburzyć. Dlatego chcę być skupionym na każdym wyścigu i może akurat uda mi się zrobić jakiś dobry wynik.

W Elblągu podczas gali Warmińsko-Mazurskiego Związku Kolarskiego rozmawiała Marta Wiśniewska